Wiadomości
  • Register

Wołyń zawsze był ojczyzną przedstawicieli różnych narodowości – Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów, Niemców, Karaimów, Ormian, Romów. To właśnie wspólny wkład kulturalny wszystkich mieszkańców regionu uformował współczesny Wołyń taki, jaki znamy.

Wielką i wyjątkową rolę w kształtowaniu tożsamości regionu odgrywają Polacy.

Zapaliliśmy się do pomysłu stworzenia własnego stowarzyszenia

Historia Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej, jednej z najstarszych organizacji mniejszości narodowych na Wołyniu, rozpoczęła się na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Imperium sowieckie upadało, a jego obywatele, otrzymując wolność, poczuli potrzebę odnalezienia własnej tożsamości. Koncepcja narodu radzieckiego stworzona przez reżim totalitarny nie wytrzymała próby czasu, a ludzie stanęli przed koniecznością zrozumienia, kim są, skąd pochodzą i kim byli ich przodkowie. Nie jest tajemnicą, że wśród równych «najrówniejsza» była narodowość rosyjska, podczas gdy inne często były traktowane z pewną wyższością, a nawet podejrzliwością. Bycie Polakiem na Wołyniu, ze względu na okoliczności historyczne, było szczególnie trudne, dlatego wielu wolało nie wspominać o swoich polskich korzeniach.

Odrodzenie narodowe Polaków na terenie Ukrainy jest nierozerwalnie związane z odrodzeniem religijnym. Po dziesięcioleciach prześladowań Kościół rzymskokatolicki praktycznie zmartwychwstał z gruzów, a duży procent jego członków to są właśnie katolicy polskiego pochodzenia. Należy również wziąć pod uwagę paradoksalny fakt, że katolicy pochodzenia ukraińskiego zostali «spolonizowani» przez władze sowieckie, które zakazały ustanowionego przez Sobór Watykański II prawa do używania języków narodowych i zgodziły się na używanie języka polskiego w nabożeństwach w kościołach USRR.

Stowarzyszenie Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej też nie było wyjątkiem, bo zostało stworzone przez wiernych parafii rzymskokatolickiej Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku. Jak zauważają członkowie organizacji, «parafia i Stowarzyszenie przez długi okres to było jedno i to samo». Już na początku 1989 r. grupa katolików zebrała ponad 900 podpisów i wystąpiła o rejestrację wspólnoty wyznaniowej, a 6 grudnia 1990 r. (ponad półtora roku później!) parafia została oficjalnie zarejestrowana przez władze.

Ciekawostka: pierwszą mszę św. w łuckiej katedrze katolickiej 23 września 1990 r. celebrował o. Antoni Andruszczyszyn i była to prawdopodobnie jedyna msza na świecie sprawowana w kaplicy Przenajświętszego Sakramentu, która została otwarta w czynnym muzeum ateizmu. Stopniowo, częściami, parafianie wywalczyli cały kościół.

Danuta Rówieńska, była prezes Stowarzyszenia, tak wspomina tamte czasy: «W katedrze było wtedy jeszcze muzeum ateizmu, dano nam tylko miejsce po lewej stronie. Raz w tygodniu przyjeżdżał ksiądz, najczęściej msze odprawiał ks. Marcjan Trofimiak, późniejszy ordynariusz łucki. A my gromadziliśmy się wcześniej przed mszą św., śpiewaliśmy, modliliśmy się. Potem przybył ze Lwowa ks. Ludwik Kamilewski, który później został naszym stałym kapłanem i przeniósł się do Łucka».

Według pani Danuty inicjatywa założenia stowarzyszenia wyszła właśnie od proboszcza Kamilewskiego. Chociaż Maria Protopopowa wspomina, że ​​taką propozycję złożyli latem 1990 r. konsulowie polscy ze Lwowa: «Wszyscy zostaliśmy po mszy w kościele, żeby się z nimi spotkać. Mówią nam: ilu was jest Polaków, zorganizujcie stowarzyszenie, będziecie się spotykać ze sobą. Mówimy, że nie jest to nam niby potrzebne, ponieważ i tak się spotykamy… Ale ich propozycja, że ​​stowarzyszenie będzie także dla młodych ludzi, że młodzież będzie mogła studiować w Polsce, bardzo nas zainteresowała. To nas wprost zainspirowało, zapaliliśmy się do pomysłu stworzenia własnego stowarzyszenia».

30LAt 1

Stopniowo idea skrystalizowała się i 16 czerwca 1991 r. grupa parafian kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła w Łucku podjęła inicjatywę utworzenia organizacji zrzeszającej osoby polskiego pochodzenia z obwodu wołyńskiego.

29 września 1991 r. odbyła się obwodowa Konferencja Założycielska, na której podjęto decyzję o utworzeniu Stowarzyszenia Kultury Polskiej w Obwodzie Wołyńskim. Ta data jest uważana przez członków SKP za oficjalne urodziny ich organizacji.

Na konferencji spisano listę uczestników, zawierającą łącznie 63 nazwiska. Wszystkie osoby znajdujące się na niej należały również do najbardziej aktywnych parafian. Pierwszym prezesem SKP została Anna Maria Steciak. 28 stycznia 1992 r. Wołyńska Obwodowa Rada Deputowanych oficjalnie zarejestrowała Stowarzyszenie Kultury Polskiej. Kilka lat później organizacja wybrała sobie na patronkę Ewę Felińską.

Równolegle Stowarzyszenie prowadziło działania zmierzające do odzyskania katolickich kościołów na całym Wołyniu, jednocześnie zakładając oddziały i tworząc nowe parafie.

«Ze śp. Ireną Kostecką chodziłam po całym Łucku, jeździłam po rejonach, w każdej wsi czy mieście szukaliśmy Polaków. Musieliśmy utworzyć miejscowe dwudziestki (organ świecki powołany przez władze radzieckie, niezbędny do funkcjonowania parafii, który faktycznie zakładał parafię i zatrudniał księdza – aut.). Zbieraliśmy podpisy tych ludzi. Wszystko to robiło nasze Stowarzyszenie pod auspicjami księdza Ludwika. Zebraliśmy również ponad 200 podpisów, aby zwrócono nam kaplicę na byłym katolickim cmentarzu w Łucku. Wszędzie tam, gdzie były kościoły, od razu czyniliśmy starania o utworzenie zarówno parafii, jak i stowarzyszenia. To była wówczas nasza główna działalność» – mówi Danuta Rówieńska. Tak zaczęły powstawać oddziały SKP.

Stowarzyszenie ciągle się zmienia

Łuckie Stowarzyszenie stopniowo się rozrastało, w 1993 r. liczba jego członków prawie się podwoiła – do 112. Organizacja oficjalnie utworzyła chór, choć w rzeczywistości wszyscy jego członkowie od dawna śpiewali razem w kościele i w Stowarzyszeniu. «Przez cały czas czynnie udzielały się w życiu SKP Urszula Bas, Józefa Bojczenko, Danuta Rówieńska, Antonina Bardyga, Maria Witiuk – członkinie Stowarzyszenia, które walczyły o kościół. Były też Leokadia Trusz i Julia Tołkaczowa. Niemal zawsze, kiedy się zbieraliśmy, śpiewaliśmy polskie piosenki: «O mój rozmarynie», «Czerwony pas», «Gdybym miał gitarę» – wspomina Maria Protopopowa.

Przy SKP utworzono z czasem Koło Sybiraków, organizację, w skład której weszli Polacy represjonowani przez władze sowieckie i deportowani na Syberię i do Kazachstanu, a także ich potomkowie.

Jednocześnie, w połowie lat 90., Stowarzyszenie zaczęło prowadzić kursy językowe, ponieważ wiele osób pochodzących z polskich rodzin, żyjących w środowisku ukraińskojęzycznym, bardzo słabo znało swój język ojczysty. Lekcje odbywały się raz lub dwa razy w tygodniu, były półamatorskie, ale dzięki nim dzieci i młodzież odkrywały kulturę swoich przodków, a starsi odnawiali swoją wiedzę. Teraz te kursy zostały przekształcone w pełnoprawną szkołę sobotnio-niedzielną, do której uczęszczają setki uczniów.

Początkowo członkowie SKP gromadzili się na plebanii, a także w salonie artystycznym (obecnie Galeria Sztuki przy Łesi Ukrainki 24a), a w listopadzie 2001 r. Stowarzyszenie przeniosło się do własnej siedziby przy ul. Kryłowa 5/7, gdzie mieści się do dziś.

30LAt 2

W 2009 r. przy SKP powstała dwujęzyczna gazeta «Monitor Wołyński». Ten dwutygodnik jest znany i lubiany przez czytelników po obu stronach granicy. Tematyka jest niezwykle szeroka – współczesne życie i historia Polaków na Wołyniu, edukacja, kultura i wydarzenia kulturalne, współpraca polsko-ukraińska.

30LAt 7

Dziś w samym tylko łuckim oddziale SKP jest około 300 członków. Stowarzyszenie posiada również oddziały w Beresteczku, Horochowie, Maniewiczach, Lubieszowie i Kiwercach. Wszystkie te pododdziały są oficjalnie zarejestrowane i działają niezależnie. W różnych okresach prezesami SKP byli Anna Maria Steciak, Irena Kostecka, Danuta Rówieńska, Georgij Rolinger, obecnie na czele organizacji stoi Walenty Wakoluk.

Organizacja zajmuje się także porządkowaniem polskich cmentarzy cywilnych i wojskowych. M.in. oddział w Łucku opiekuje się cmentarzem wojskowym w Przebrażu (obecnie wieś Gajowe). Kilka razy w roku członkowie organizacji sprzątają tę nekropolię, malują, zapalają znicze.

30LAt 12

Książki z biblioteki polskiej, która kiedyś działała przy SKP, organizacja przekazała do Biblioteki-Filii nr 6 Łuckiego Centralnego Systemu Bibliotecznego, która mieści się przy ul. Woli. «W ten sposób nasz księgozbiór stał się dostępny dla szerszego grona czytelników» – mówi prezes SKP Walenty Wakoluk.

Stowarzyszenie ciągle się zmienia, ktoś odchodzi do nieba, młodzi wyjeżdżają, ale organizacja kontynuuje swoją wieloaspektową działalność.

30LAt 6

***

Historia to nie tylko wydarzenia zakrojone na wielką skalę, lecz przede wszystkim losy ludzi, którzy ją tworzą. Swoimi wspomnieniami z okazji 30. rocznicy powstania organizacji podzielili się członkowie Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu.

Żadnego strachu nie było

«W 1990 r. razem z mamą dowiedziałyśmy się od znajomych, że w kościele już są odprawiane nabożeństwa – mówi Zofia Piórkowska. – Kościół wówczas nie został jeszcze zwrócony, msze odprawiano w bocznej nawie, tam stały jeszcze plansze wystawowe, atrapy małp, neandertalczyków. Więc na początku chodziliśmy tylko na nabożeństwa, a następnie zostało zorganizowane nasze Stowarzyszenie». Według pani Zofii założycielką SKP była Irena Kostecka, nauczycielka w Szkole nr 5, później wybrana na prezesa SKP, a opiekował się nim ks. Ludwik Kamilewski.

«Nie było nas zbyt wielu, tylko kilkadziesiąt osób. Gromadziliśmy się na piętrze w domu naprzeciwko kościoła, a modlić się chodziliśmy do świątyni. Oprócz Polaków na nasze spotkania przychodzili wówczas także Ukraińcy i Czesi. Potem powstał chór. Uczyliśmy się polskich pieśni ludowych i patriotycznych, a także śpiewaliśmy podczas mszy. Rozmawialiśmy ze sobą w różnych językach – ukraińskim, rosyjskim i polskim. Byli wśród nas Polacy, którzy nie znali swojego języka ojczystego, więc Stowarzyszenie powołało kursy, na których można było się go nauczyć» – wspomina pani Zofia.

«Nie umiałam pisać po polsku, tylko mówić, bo rozmawiałam po polsku z matką. Moja mama Kunegunda urodziła się i mieszkała niedaleko Lublina. Na Wołyń przeprowadziła się w latach 30. na prośbę właściciela ziemskiego, u którego pracowała. Kupił ziemię pod Łuckiem, gdzie jest Górka Połonka i chciał, żeby pracowali na niej ludzie, których już znał. Więc najpierw ona i jej rodaczka, koleżanka Józefa, pracowały w polu, a potem w wybudowanej przez tego właściciela kawiarni. Moja matka wkrótce wyszła za mąż za Ukraińca, Antona Lewczuka, mojego ojca. Urodziłam się na Wołyniu. Kiedy wydawali paszporty, byłam zarejestrowana jako Sofia, chociaż w rzeczywistości jestem Zofią. Tak się złożyło, że ojciec opuścił rodzinę, więc go nie pamiętam. W domu rozmawialiśmy po polsku, a ponieważ na naszej ulicy mieszkali zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, to również dobrze znam ukraiński. Kiedy moja mama wyszła za Rosjanina, robotnika w cegielni, poszłam do Szkoły nr 8, gdzie uczyli się w języku rosyjskim. Mama była analfabetką, w domu starała się pielęgnować polskie tradycje, choć oczywiście potajemnie» – dzieli się swoimi wspomnieniami Zofia Piórkowska.

Opowiada, że gdy przy Stowarzyszeniu powstała biblioteka literatury polskiej, członkowie organizacji przynosili książki i przekazywali je. Mówi też, że jej mąż Włodzimierz Piórkowski pochodził z rodziny mieszanej – jego ojciec był Polakiem, a matka Ukrainką: «Sowieci zabrali dom i zesłali rodziców na Syberię. Po powrocie udało im się wrócić do pokoju w swoim domu. Czy baliśmy się chodzić do Stowarzyszenia? Absolutnie nie, żadnego strachu nie było».

Parafia i Stowarzyszenie – to było jedno i to samo

«Mój mąż był zawodowym wojskowym, więc musiałam mieszkać w różnych miejscach, w których służył, nawet na Kaukazie. Do Łucka przenieśliśmy się ze Stryja, gdzie do kościoła przyjeżdżał ksiądz ze Szczyrca. Był nim ks. Augustyn Mednis, który później służył tu, w Łucku. O mszach w katedrze łuckiej dowiedziałam się z ogłoszeń na słupach. To był rok 1990. Jednego razu na mszy byli ludzie z Polski. Znałam dosyć dużo starych pieśni i modlitw, bo w moich rodzinnych Medenicach był czynny kościół, mama również mnie uczyła. Poprosiłam Polaków, żeby nauczyli nas nowych pieśni. Mieliśmy Mykołę Filipczaka, który grał na akordeonie, więc nauczyliśmy się «Czarnej Madonny» i zaśpiewaliśmy ją na mszy. Tak stopniowo tworzyliśmy chór. Następnie przybył ze Lwowa ks. Ludwik Kamilewski i przywiózł ze sobą skrzypaczkę Danutę. Na naszej mszy grała na skrzypcach» – wspomina Danuta Rówieńska.

«Jeździliśmy razem z księdzem i odprawialiśmy msze – mówi. – A kościoły wszędzie stały zdewastowane. Najpierw ks. Ludwik odzyskał i wyremontował kościół św. Piotra i Pawła w Ołyce oraz uporządkował tam cmentarz. Potem Maniewicze. W kościele również nie było dachu ani podłogi. Mszę odprawiał tam ks. Jan Mucharski, który również podjął się remontu i porządkowania cmentarza katolickiego. Jeździliśmy też do Beresteczka do kaplicy cmentarnej, bo kościół nigdy nam nie został oddany. Świątynia stopniowo popadała w ruinę. Ks. Ludwik naprawił tam także kaplicę i groby na cmentarzu. Nie udało nam się również odzyskać kościoła w Cumaniu, gdzie znajdował się klub. Przyjechaliśmy, zebraliśmy podpisy, przekazaliśmy dokumenty związane ze zwrotem kościoła, ale dzień po podpisaniu miejscowe władze przyszły do tych ludzi i powiedziały: «Chcecie kościół? Chcecie towarzystwa? To będziecie mieli. Ale nie liczcie na to, że dostaniecie drewno na opał, że jakaś pomoc przyjdzie od rady wsi». I tak ta wieś została bez świątyni».

Jak mówi Danuta Rówieńska, z księdzem wszędzie jeździł chór, czyli członkowie SKP: «W ogóle parafia i Stowarzyszenie przez długi okres to było jedno i to samo. A gromadziliśmy się w sali naprzeciwko katedry, na piętrze. Sporządziliśmy dla siebie statut, zatwierdziliśmy go w Radzie Obwodowej. Początkowo władze tak naprawdę nie chciały tego robić, ale musiały. Zatwierdzaniem zajmowała się Irena Kostecka».

30LAt 3

Członkowie SKP rozmawiali ze sobą głównie po ukraińsku, nie wszyscy znali polski. «Ci z nas, którzy w jakiś sposób mówili, popełniali błędy. Dlatego nie wstydziliśmy się uczyć na kursie języka polskiego zorganizowanym przez nasze Stowarzyszenie. Jeździliśmy z chórem do Polski, a także dzieci spędzały wakacje w Polsce» – opowiada pani Danuta.

«Czy w tamtych czasach ludzie bali się przyznać, że są Polakami? – zastanawia się. – Różnie było. Ja zawsze byłam dumna z bycia Polką. Zawsze byłam jedyną Polką u siebie w pracy, nigdy tego nie ukrywałam».

W języku polskim – tylko za kościelną bramą

«Pierwszymi członkami Stowarzyszenia zostali ludzie starsi – 50, 60, 70 lat. Byli to ci, którzy pamiętali swoją polską tożsamość, którzy chcieli znów poczuć się Polakami. Pierwszych sześć lub siedem rzędów ławek w kościele zajmowali wyłącznie oni. W ślad za nimi do SKP zapisywały się ich dzieci i wnuki. Byłam uważana za młodą, ponieważ miałam 40 lat. Moja droga do organizacji też prowadziła przez kościół» – mówi Mirosława Butyńska.

Pani Mirosława pochodzi z Krzemieńca. Po studiach przez jakiś czas pracowała w Ługańsku, a jej rodzina przeniosła się do Łucka w 1977 r. «Pochodzę z całkowicie polskiej rodziny – mówi. – Jednak swojego ojca nigdy nie znałam, bo w lipcu 1945 r. podczas repatriacji wyjechał do Polski, a matka postanowiła zostać. Czemu? Ponieważ jej ojciec, mój dziadek Dominik, nie wrócił z Niemiec, gdzie został wywieziony w 1943 r. na roboty przymusowe. Mama doczekała się go, ale do tego czasu repatriacja się skończyła. Tak zostaliśmy w Krzemieńcu».

«W domu (w czasach sowieckich – red.) rozmawialiśmy po ukraińsku. Kilka razy na ulicy, kiedy rozmawialiśmy po polsku, nas poniżano, kazano nam wynosić się do Polski, więc mama zdecydowała, że ​​będziemy mówić po polsku tylko za kościelną bramą. To był dla nas kawałek polskiej ziemi – wokół kościoła» – wspomina pani Mirosława.

«We wrześniu 1990 r., kiedy szłam do pracy, zobaczyłam dziwne ogłoszenie. Z krzyżem! Jak to może być? Czytam: «Kościół rzymskokatolicki zaprasza na nabożeństwo do kaplicy kościoła Świętych Piotra i Pawła». Idę na obiad, szukam tej kaplicy, bo w moim rozumieniu ta kaplica to mała świątynia, osobna. Przyszłam do kościoła, pytam pracowników muzeum ateizmu, a oni wskazują na zakrystię – tutaj. Dotarliśmy z synem na niedzielne nabożeństwo. Zaczęliśmy wówczas chodzić na msze, które odbywały się w każdą niedzielę. Mój syn był jednym z pierwszych ministrantów, a najmłodszym był siostrzeniec Weroniki Milochinej, jednej z parafianek, która aktywnie walczyła o odzyskanie katedry. Chodziłam do kościoła od dzieciństwa, bo w Krzemieńcu nigdy nie został zamknięty. Był to jedyny otwarty kościół katolicki na całym Wołyniu. Tylko od 1945 do 1955 r. nie mieliśmy swego kapłana, ale potem przyszedł ks. Jakub Macyszyn, który spędził 10 lat w obozach».

«Znałam wiele pieśni religijnych, więc kiedy zaczęłam śpiewać w Łucku, miejscowi katolicy patrzyli na mnie, bo nie wiedzieli, kto to jest. Spotkaliśmy się później, zaczęłam śpiewać w chórze. Nabożeństwa odbywały się wówczas w kaplicy, w niej też miało miejsce pierwsze zebranie Stowarzyszenia. Zgromadziło się nas około 40 osób, ale większość z nich to były osoby starsze» – mówi Mirosława Butyńska.

Według niej na pierwszego prezesa organizacji została wybrana najpierw Irena Kostecka. Pracowała jednak w szkole i nie chciała się afiszować, więc na czele Stowarzyszenia jako pierwsza stała Anna Maria Steciak, a już rok później Irena Kostecka. «Zorganizowała dla łuckich dzieci wakacje w Polsce, pojechałam z nimi dwa razy jako opiekunka. Nasz chór kilkakrotnie występował w Polsce, jeździliśmy na spotkania z Papieżem. A kiedy Papież przybył na Ukrainę, nasze Stowarzyszenie pojechało do Lwowa. Dzieci też były zajęte, uczyły się języka w SKP» – mówi pani Mirosława.

«Gdzieś w połowie lat 90. Anna Maria Steciak zaproponowała mi, żebym prowadziła wycieczki dla Polaków. Odmówiłam kategorycznie ze względu na okropny akcent kresowy. Należy powiedzieć, że kiedy uczyłam się w szkole, Irena Sandecka (wybitna polska działaczka w Krzemieńcu – red.) urządzała w domu różne polskie wieczory. Na przykład na dzień urodzin Juliusza Słowackiego dała mi rolę poety, musiałam nauczyć się wiersza «Testament mój». Na kolejną imprezę – kolejny wiersz. Wciąż je pamiętam. Nawiasem mówiąc, uczyła mnie też katechizmu przed Pierwszą Komunią. I dawała mi książki, miała bogatą bibliotekę. Byłam więc dość dobrze zaznajomiona z polską literaturą – wspomina Mirosława Butyńska. – W końcu mój mąż i pani Anna Maria mnie przekonali. Strasznie się martwiłam. Kiedy skończyła się wycieczka po Łucku, Rożyszczach i Ołyce, dostałam ogromny bukiet kwiatów. Kiedy przeprosiłam za akcent, usłyszałam w odpowiedzi: «Tak mówili nasi rodzice, nasze babcie, z takim akcentem! Pani język to powrót do naszego dzieciństwa». W ten sposób zostałam przewodnikiem. Łuck był jednak rzadko odwiedzany przez turystów. A kiedy przeniosłam się do Krzemieńca w 1998 r., aby zaopiekować się mamą, to na początku maja, w Dniu Polskiej Flagi i Konstytucji 3 Maja, do Krzemieńca przybywało 20–25 autobusów polskich turystów, a na dodatek jeszcze otworzono Muzeum Słowackiego. Od 2014 r. liczba turystów co prawda spadła, a ostatnio Polacy w ogóle nie przyjeżdżają. Obecnie odwiedzam Łuck niezbyt często, ale zawsze ciepło wspominam SKP».

To nasza ojczyzna

«Był rok 1990. Walczyliśmy wtedy o kościół. Kiedyś w sali, w której obecnie mieści się Wyższa Szkoła Technologii Żywności, odbywało się spotkanie grupy inicjatywnej, ponieważ parafii oficjalnie nie było. Przybyli konsulowie ze Lwowa, zachęcali do tworzenia polskiego stowarzyszenia, bo organizacjom łatwiej coś osiągnąć. Była tam Anna Steciak, która później stała się jedną z pierwszych założycielek SKP, zaczęła tworzyć listę. My, czyli ja i moje siostry Zosia i Maria, też się zapisałyśmy i zaczęłyśmy chodzić do Stowarzyszenia. Gromadziliśmy się, przepisywaliśmy pieśni, modlitwy, przekazywaliśmy sobie literaturę religijną, wymienialiśmy się przepisami. A kiedy kościół został nam zwrócony, opanował nas niesamowity entuzjazm. Wtedy usunęliśmy zwały różnych rupieci, których tam było pełno, wywaliliśmy atrapy małp, a pracował z nami jeszcze młody ks. Ludwik Kamilewski. Byliśmy pod wielkim wrażeniem, że ksiądz pracuje jako zwykły robotnik» – wspomina Antonina Bardyga.

«Chcieliśmy wtedy wiedzieć więcej – zarówno o wierze, jak i o Polsce – mówi. – Stworzyliśmy chór, uczyliśmy się nowych piosenek, bo od mamy znaliśmy tylko te, których uczyliśmy się w domu. Zajmowały się nami siostry zakonne Maria i Krystyna. Uczono nas nie tylko pieśni, ale i katechizmu, bo tego wszystkiego zostaliśmy pozbawieni w czasach Związku Radzieckiego. Zapraszały nas do swojego domu na herbatę lub zbieraliśmy się w altanie przed kościołem».

«Język polski był dla nas tylko językiem modlitwy, bo wychowaliśmy się wśród Ukraińców i na co dzień mówiliśmy po ukraińsku» – mówi pani Antonina. Dodaje, że kursy języka polskiego organizowane zaraz po założeniu Stowarzyszenia, prowadziły Danuta Rolinger i Irena Kostecka, a także nauczyciele, którzy zostali skierowani tu z Polski. «Członkowie naszej organizacji też zawsze chętnie przyjmowali gości z Polski, którzy zaczęli przyjeżdżać do nas na Wołyń, zabierali ich na nocleg do swoich domów».

Chór Stowarzyszenia jeździł wszędzie tam, gdzie otwierano kościoły, śpiewał podczas liturgii. Antonina Bardyga pamięta podróż do Dowbysza na Żytomierszczyźnie, gdzie zachowała się polska wspólnota: «Szliśmy w procesji z figurą Matki Boskiej Fatimskiej, wzięło w niej udział całe miasto. Zachowali swoją wiarę i język. To było dla mnie bardzo emocjonalne przeżycie».

Już po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości chór udał się do Chełma. «Występowaliśmy tam. A moje największe wrażenia związane są z pielgrzymką z Chełma do Częstochowy w 1991 r., gdzie odbywało się spotkanie z Papieżem. Wtedy Mieczysław Malinowski i Stanisław Czernik z Polski, przyjaciele i dobroczyńcy naszego Stowarzyszenia, przygotowali wszystko na spotkanie z nami, ale nie oddawano nam dokumentów, biletów, sztucznie nas zatrzymywano. Musieliśmy nawet spędzić noc na torach, żeby przekroczyć granicę. Dlatego spóźniliśmy się na rozpoczęcie pielgrzymki» – wspomina Antonina Bardyga.

«Było nas dużo, ale trafili z nami do Polski też ludzie obcy, którzy nie chodzili ani do kościoła ani do Stowarzyszenia – zaznacza moja rozmówczyni. – Ojciec Święty ich nie interesował. Chcieli tylko przekroczyć granicę, a potem handlować. Byli jednak z nami członkowie Łuckiego Prawosławnego Bractwa Andrzeja Pierwszopowołanego, którzy towarzyszyli nam przez całą pielgrzymkę, i spotkali się z Papieżem na Jasnej Górze. Zawsze nosili swoją flagę, więc byli wszędzie widoczni».

«Spędziliśmy noc na placu, a kiedy rano zaczęto krzyczeć, że jedzie Papież, zauważyłam w ludziach taką prawdziwą radość! Papież pozdrawiał wszystkich w różnych językach. Te niesamowite uczucia wciąż mnie przepełniają. I pamiętam też, jak pojechaliśmy do Polski, jak zostaliśmy dobrze przyjęci, nakarmieni, zabrani na noc. Moje buty nie nadawały się na pielgrzymkę, miałam pęcherze na stopach, więc ktoś dał mi inne obuwie. Polacy szczególnie nas wypytywali, gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Wołynia. Podchodzili do nas ci, którzy pochodzili z naszych stron. Zakochałam się wówczas w Polsce całym sercem. Kiedy mój syn Jerzy studiował tam, mówiłam mu: «Jaki jesteś szczęśliwy!». Był jednym z pierwszych łuckich ministrantów, na studia do Polski wyjechał dzięki naszemu Stowarzyszeniu. W tym czasie nabożeństwa w Łucku prowadził ks. Jan Zając, to właśnie on powiedział, że Jerzy musi być na Dniach Młodzieży w Częstochowie. Mój syn miał 15 lat, więc do Polski trafiłam dzięki niemu, jako opiekun. Byłam w siódmym niebie ze szczęścia» – wspomina pani Antonina.

«W dniach naszej pielgrzymki w ZSRR odbył się zamach stanu. Mówiono nam, żebyśmy zostali w Polsce, bo nie wiadomo, jak to się skończy. Ale jak opuścimy Ukrainę? – pyta Antonina Bardyga. – Choć jesteśmy Polakami, to Ukraina jest naszą ojczyzną, tu są pochowani nasi przodkowie. Przywiozłam z podróży portret Papieża Jana Pawła II. On nadal mnie błogosławi».

30LAt 13

30LAt 14

Wszyscy starali się być bliżej ołtarza

«Latem 1990 r. przyjechali do nas dwaj konsulowie ze Lwowa. Po mszy wszyscy zostaliśmy na spotkaniu z nimi. A oni pytają: ile jest tu państwa Polaków, zorganizujcie stowarzyszenie, spotykajcie się. Odpowiadamy, że niby po co, przecież już się spotykamy, rozmawiamy sobie. Jednak ich opinia, że stowarzyszenie będzie również dla młodzieży, że będzie mogła studiować w Polsce, nas rzeczywiście zainteresowała. To To było inspirujące, podekscytowaliśmy się pomysłem stworzenia własnej organizacji. Przedtem, w 1989 r., byłam na warsztatach we Lwowie, wiedziałam, że jest tam Towarzystwo Kultury Polskiej, polska prasa. Wiosną 1991 r., kiedy ksiądz Ludwik nie był jeszcze z nami na stałe, tylko dojeżdżał, przyjechały do nas zakonnica-katechetka w świeckim stroju i jakaś dziewczyna, przywiozły «Gazetę Lwowską» w języku polskim. Czytało ją całe Stowarzyszenie, było to dla nas bardzo ciekawe» – opowiada Maria Protopopowa.

Przypomina też, że gdy kościół został już całkowicie przekazany katolikom, członkowie SKP podczas mszy św. starali się być bliżej ołtarza: «To teraz, kiedy już wszystko mamy, ludzie z jakiegoś powodu «ukrywają się» w tylnych ławach, wówczas wszyscy pragnęli tego, czego nie mieli przedtem».

Maria Protopopowa zaznacza, że statut Stowarzyszenia opracowała Anna-Maria Steciak. Do Stowarzyszenia najczęściej przychodziły Urszula Bas, Józefa Bojczenko, Danuta Rówieńska, Antonina Bardyga, Maria Witiuk – to te członkinie walczyły o kościół, a także Leokadia Trusz i Julia Tołkaczowa. Niemal zawsze, gdy się spotykały, śpiewały polskie piosenki.

«Język polski znałam od samego dzieciństwa, ponieważ w domu rozmawiała w nim moja mama, – mówi pani Maria. – Kupowała też polskie czasopisma: «Kobieta i życie», «Nowa wieś», «Przekrój». To była ciekawa historia: matka przypadkowo poznała na ulicy panią Stasię, Polkę z Drohobycza, i ta Stasia kiedyś powiedziała: «Widziałam, że w jednym z kiosków sprzedają polskie czasopisma!» Tak w naszym domu pojawiła się polska prasa. Naukę czytania opanowywałam samodzielnie. Chodziłam już do piątej klasy, uczyłam się angielskiego, więc miałam łatwiej. Czasopisma były dla mnie bardzo interesujące, a Polskie Radio u nas nigdy nie milkło. Bardzo mi się podobał cykl audycji o zwierzętach Warszawskiego Zoo, prowadzony przez legendarnego pana Żabińskiego. Poza tym w domu mieliśmy całkiem niezłą bibliotekę literatury polskiej. Takich miałam nauczycieli języka polskiego. Do Polski, gdzie mieszkała babcia, jeździliśmy rzadko, nie zawsze nas puszczano, język jednak znałam bardzo dobrze».

W rodzinie Marii Protopopowej zachowały się polskie tradycje: «Moja babcia dobrze śpiewała, pochodziła ze śpiewającej rodziny, a jej bracia ukończyli nawet konserwatorium. Była najmłodsza z 10 dzieci, które przeżyły. Na Boże Narodzenie cała rodzina zawsze gromadziła się w domu rodziców: przybywali z całego imperium, z Petersburga, Tyflisu, Baku, aby być razem w Wigilię». Kontynuując tradycję, pani Maria sama uczyła języka polskiego obie córki.

Z jej wspomnień wynika, że biblioteką przy Stowarzyszeniu kierowała Zofia Kulikowska: «Pani Zofia zawsze przygotowywała referaty z okazji różnych świąt i patriotycznych spotkań – o działaczach politycznych, pisarzach, artystach, bohaterach. Bardzo dużym plusem było to, że siedziba Stowarzyszenia mieściła się blisko kościoła i zaraz po mszy wszyscy tam chodziliśmy. Teraz, gdy pomieszczenie jest nieco dalej, wiele osób, zwłaszcza starszych, ma trudności z dotarciem. Wówczas zaś spotykaliśmy się bardzo często, urządzaliśmy różne imprezy lub po prostu opowiadaliśmy swoje rodzinne historie, wspominaliśmy przeszłość. Opowiadałam też historię mojej babci. Pochodząca z Podola, wspominała, jak jeszcze w czasach carskich Polacy potajemnie wynajmowali nauczycielkę, aby uczyła dzieci języka polskiego w szkole kościelno-parafialnej, a ktoś tymczasem stał na czatach, żeby nikt obcy nie wszedł. Gdy zaś jednak ktoś się pojawił, dzieci wyciągały spod biurka robótki ręczne i udawały, że to tym się zajmują».

30LAt 9

30LAt 10

30LAt 11

Szkoła przy SKP – główny kierunek działalności

«Dołączyłem do Stowarzyszenia w roku 1999» – mówi Aleksander Świca, dyrektor szkoły sobotnio-niedzielnej przy SKP.

I kontynuuje: «Przy naszej organizacji działa «Koło Sybiraków». Dziś to ja je prowadzę, ponieważ też pochodzę z rodziny «Sybiraków», czyli Polaków zesłanych na Syberię, którzy dopiero po śmierci Stalina mogli wrócić do ojczyzny. Do tego grona należą seniorzy naszego Stowarzyszenia pochodzący z rodzin represjonowanych, a także ich dzieci i wnuki. Od 12 lat uczestniczymy w Marszu Żywej Pamięci Polskiej Syberii w Białymstoku».

30LAt 4

30LAt 5

«Ale dzisiaj główny kierunek działalności naszego Stowarzyszenia to edukacja. W szkołach sobotnio-niedzielnych we wszystkich oddziałach zarówno dzieci, jak i dorośli uczą się polskiego języka, kultury i historii – bez tych rzeczy nie sposób wyobrazić sobie naszej polskiej tożsamości» – mówi pan Aleksander.

Przed pandemią co roku organizowaliśmy wyjazdy do Polski. «To taka praktyka języka polskiego, bo komunikując się z polskimi rówieśnikami, dzieci utrwalają wiedzę zdobytą podczas zajęć. Cztery-pięć grup, w sumie do 200 dzieci, każdego lata jeździło na dwutygodniowe polskie kolonie nad morze lub jeziora. Ponadto odbywały się kilkudniowe wycieczki do Polski. Z uczniami starszych klas odwiedzaliśmy uczelnie w Warszawie i Krakowie. Byliśmy w szczególności w Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica, jednej z wiodących uczelni technicznych w Europie Środkowo-Wschodniej» – mówi Aleksander Świca.

30LAt 16

30LAt 17

Podkreśla, że co roku we wrześniu Stowarzyszenie prowadzi zapisy do szkoły zarówno dla dzieci, jak i dorosłych: «Tym razem zrekrutowaliśmy już 12 grup, dwie kolejne są w trakcie naboru. Przed pandemią mieliśmy 22 grupy. Lekcje prowadzą wykwalifikowani ukraińscy nauczyciele oraz dwóch nauczycieli z Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą. Jest to jedna z największych szkół w Łuckim Okręgu Konsularnym. Nasi uczniowie są laureatami wielu regionalnych, ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów».

30LAt 8

30LAt 15

Anatol OLICH
Zdjęcia pochodzą z archiwum «Monitora Wołyńskiego»

CZYTAJ TAKŻE:

RODZINNE HISTORIE: SYBERYJSKI HART ALINY ROGOZIŃSKIEJ