Rozmowy
  • Register

Jacek Dehnel jest jednym z najbardziej znanych polskich twórców młodego pokolenia. Jest bardzo wszechstronny – pisze wiersze, prozę, tłumaczy, coraz częściej zajmuje się też publicystyką. 

Nie ukrywa swoich rodzinnych związków z Ukrainą – jego pradziadek był w połowie Rosjaninem, a w połowie Ukraińcem i mieszkał w Kijowie.

W dziedzinie prozy zadebiutował w 1998 r. zbiorem opowiadań «Kolekcja», natomiast jako poeta w 2004 r. wydając tomik wierszy «Żywoty równoległe». Dużą popularność przyniosła mu powieść «Lala» z 2006 r. Jest laureatem prestiżowych nagród literackich: Nagrody Fundacji im. Kościelskich, Paszportu «Polityki», otrzymał także «Śląski Wawrzyn Literacki». Wielokrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej «Angelus», Nagrody Literackiej «Nike» oraz Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej.

Jego utwory przetłumaczono na kilkanaście języków, w tym cztery na język ukraiński. Rada Języka Polskiego nadała mu tytuł «Honorowego Ambasadora Polszczyzny» (w 2008 r.) i «Młodego Ambasadora Polszczyzny» (2011 r.), zaś Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznaczył go brązowym Medalem «Zasłużony Kulturze Gloria Artis».

Mimo dużej ilości obowiązków z radością przyjął zaproszenie na tegoroczną «Fronterę», III już edycję tego coraz bardziej rozpoznawalnego Międzynarodowego Festiwalu Literackiego odbywającego się w Łucku. Prócz uczestnictwa w spotkaniach i panelach festiwalowych Jacek Dehnel wziął również udział w akcji sadzenia jesionów w Parku Kultury i Wypoczynku im. Łesi Ukrainki. Wymyślił ją Andrij Lubka, na wiadomość, że czerwcowa wichura przewróciła 200-letni jesion – pomnik przyrody, a przeprowadzili organizatorzy festiwalu.

Dehnel 01

Z pisarzem rozmawialiśmy w sobotę, 3 października, tuż przed jego wyjazdem na powyżej opisaną akcję.

Gdyby któryś z naszych czytelników zapragnął po przeczytaniu wywiadu zapoznać się z Pana twórczością, co by mu Pan zaproponował: poezję czy prozę, a może powinien zacząć od jakiegoś konkretnego tytułu?

– Wszyscy się, jako ludzie, bardzo różnimy. Więc nie jest tak, że istnieje jeden wytrych do wszystkich czytelników. Mam bardzo różnych odbiorców: takich, którzy czytają tylko moje teksty publicystyczne, głównie felietony, interesujących się tylko moją poezją i czytających tylko moją prozę. A także i takich, którzy czytają wszystko. Jeśli już musiałbym wybrać, to na początek polecam albo ciepłą «Lalę», albo mrocznego «Saturna», bo to książki popularne, tłumaczone na kilkanaście języków. Natomiast tu, na Ukrainie, mógłbym zachęcić do czytania «Matki Makryny» – dzieje się wprawdzie na terenach obecnej Białorusi, ale to podobne klimaty pogranicza kultur i języków. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej taka opowieść jest bardziej rozpoznawalna, no i została przetłumaczona na język ukraiński. Podobnie jak «Lala», «Saturn» i «Krivoklat». Mam tu wielu czytelników, z czego bardzo się cieszę.

– Czy ma Pan już jakieś pierwsze wrażenia, obserwacje związane z «Fronterą», czy nasuwa się Panu porównanie z innym festiwalem, na który był Pan zaproszony?

– Organizatorzy są bardzo wytrwali. Zapraszali mnie od trzech lat, ale zawsze mi coś wypadało, nie mogłem przyjechać, było mi już bardzo głupio i teraz postanowiłem – COVID nie COVID – jadę. Obserwuję ogromny entuzjazm na Ukrainie dla festiwali literackich. Cały czas powstają kolejne, w ubiegłym roku byłem na festiwalu w mieście Dnipro, czytaliśmy teksty w socrealistycznym budynku miejscowych władz, i to było niesamowite. Myślę, że w ogóle język i literatura, w tym i przekłady, są na Ukrainie ważnym czynnikiem tożsamościowym. A poza tym my, Polacy, mamy z Ukrainą silne związki literackie. Jest wielu polskich pisarzy i poetów, którzy się nauczyli języka ukraińskiego i wielu twórców ukraińskich, którzy znają język polski. Wzajemnie się tłumaczą, a to jest zawsze najważniejsze w transmisji pomiędzy literaturami różnych krajów. Znam z autopsji ten entuzjazm, bo sam jestem tłumaczem, choć nie z ukraińskiego: człowiek zakochuje się w tekście, przekłada go, szuka wydawcy. Dzięki temu przepływ w obie strony jest spory: dużo książek polskich autorów ukazuje się na Ukrainie, a ukraińskich w Polsce, ci pisarze są czytani, nagradzani, zapraszani. To jedna z silnie łączących nas ścieżek, ważna również w znaczeniu geopolitycznym.

– To, że wielokrotnie był Pan na Ukrainie już wiemy. Natomiast chcielibyśmy zapytać, czy był Pan w miejscach, w których kiedyś mieszkała Pana rodzina?

– Byłem we Lwowie, gdzie znalazłem kamienicę, gdzie przez pewien czas mieszkała siostra prababci, a przede wszystkim w Kijowie. Dziewczyna pracująca w wydawnictwie dokonała niesamowitych wysiłków i wyszukała mi w starych książkach adresowych, gdzie przed rewolucją mieszkał mój pradziadek, moja prababcia, moi prapradziadkowie. Okazało się, że wszystkie te budynki, poza jednym, z którego została tylko oficyna, stoją i czułem się naprawdę niezwykle, widząc te miejsca. Tyle, że w moim przypadku tu nie ma żadnej traumy, nikt mojej rodziny stąd nie wyrzucał, nie musieli uciekać. Prapradziadkowie mieszkali na Ukrainie wiele lat, byli częścią polskiej społeczności, której elity wniosły duży wkład w naukę i kulturę Kijowa, a wyjechali, jak Polska odzyskała niepodległość. Z kolei ich zięć a mój pradziadek był w połowie Rosjaninem, w połowie Ukraińcem, niby z kozackiej rodziny, ale mieszczuchem, bo prawnikiem. Do Polski wyjechał z miłości do prababci.

Dehnel 02

«Lala» to szalenie ciepła, cudowna książka, oparta na losach Pańskiej rodziny. Daje się w niej jednak wyczuć zagrożenie, obawę, a nawet strach o życie bliskich. Trudno nie zadać pytania dotyczącego tych uczuć, a także Pana stosunku do przemijania. Czy Pan też doświadcza tego typu uczuć? Jak Pan sobie z tym radzi?

– Strach to jedna z podstawowych emocji ludzkich. Wprawdzie żyjemy dzisiaj w dosyć bezpiecznym kawałku świata i dosyć bezpiecznym kawałku historii, ale to nie znaczy, że strachu nie odczuwamy. Ja jestem jednak orędownikiem tchórzostwa, to taka brzydka nazwa instynktu samozachowawczego. Bohaterstwo niestety bardzo często okazuje się brawurą, a my w Polsce mamy kult bohaterszczyzny, co, gdy popatrzymy na to historycznie, niekoniecznie nam przynosiło szczególne zyski. Wiele naszych klęsk i ofiar z tego się właśnie wzięło i może dlatego doceniam strach: wewnętrzny sygnał od organizmu, mózgu, że może niekoniecznie trzeba coś zrobić, że może zająć się czymś innym.

Mam też swoje obawy geopolityczne – duże wrażenie zrobiło na mnie wejście wojsk rosyjskich na Krym i jego aneksja. Pomyślałem: teraz kolej na nas i kraje bałtyckie. Boję się także katastrofy klimatycznej. Już za mojego czterdziestoletniego życia dostrzegam zmiany klimatu i zdaję sobie sprawę, jak są silne. Duża część zwierząt, bezpieczna w moim dzieciństwie, dziś jest zagrożona wymarciem. Czuję, że dzieje się coś, czego niedługo nie będziemy w stanie powstrzymać jako obywatele, a i rządy nie bardzo sobie z tym radzą.

Obawiam się wreszcie mającej miejsce w naszym kraju nagonki na osoby LGBT, przez którą zdecydowaliśmy z mężem o wyprowadzce do Berlina. Będziemy oczywiście odwiedzać Polskę, tu mamy bliskich, jesteśmy też związani z polskim rynkiem książki, ale na razie taka jest nasza decyzja.

Dehnel 03

– Język Pana utworów jest barwny i szalenie plastyczny. Czytając opisy przedmiotów oraz miejsc można wręcz poczuć ich kształt oraz zapach. Czy taki język oddaje Pana sposób postrzegania świata?

– Pisanie to w ogóle dość szczególny proces: buduje się przy pomocy języka pewną całość, która ma oddziaływać na czytelnika w sposób, który jednak tylko częściowo możemy zaprojektować. A mój język... częściej pewnie używam zdań złożonych i posługuję się bogatszym językiem, niż przeciętny jego użytkownik, ale to po prostu część mojego zawodu. W pisaniu trzymam się mocno jednej zasady: przy każdej książce próbuję znaleźć język jak najbardziej dostosowany do opowiadanej historii. Inny jest więc w «Lali», «Saturnie», czy «Krivoklacie». Każda z tych opowieści układa mi się w głowie, patrzę, co z ogromnego wachlarza polszczyzny może się w niej znaleźć. Ba, dzięki pisaniu się uczę. Kiedy na przykład pisałem «Matkę Makrynę», często korzystałem nie tylko z języka XIX-wiecznej prasy, listów, pamiętnika, ale też ze słownictwa polskiego z Wileńszczyzny, żeby tekst był nim nasycony. Nie w całości, rzecz jasna, bo to także nie miałoby sensu. A tam są takie piękne słowa – na breję z rozmoczonego śniegu mówiono «ślapoć», jak coś było ubrudzone – «wyszmulane». Części tych słów zacząłem nawet sam używać.

– Jaki wpływ, Pana zdaniem, ma pisarz na język i sposób, w który się komunikujemy w przestrzeni publicznej? Czy w ogóle ma na to wpływ?

– Nie ma. My po prostu nie jesteśmy czytani. Polacy prawie nie czytają, książkami interesuje się niewielka część społeczeństwa, niewiele ponad 10%. Co więcej, z badań czytelnictwa prowadzonych przez Bibliotekę Narodową wynika, że osoby dużo czytające to także konsumenci innych działów kultury: oglądają filmy, chodzą na wystawy i do teatru. Sądzę, że to po części kwestia wychowania i tradycji w rodzinie, a po części tego, że również szkoła bardzo słabo nas socjalizuje do korzystania z kultury. Dzieci muszą czytać te straszne lektury, które dawno powinny były wylecieć ze spisu, a jednocześnie czyta się coraz więcej utworów we fragmentach. Książka to nie jest wino, żeby wystarczyło wypić kieliszek, by wyrobić sobie zdanie o smaku całej butelki. Utwór to jest pewna całość. Trudno przypuszczać, że uczniowie zainteresują się wielkimi dziełami po urywkach. To osłabia siłę literatury i uczy niewłaściwych zachowań. Całe myślenie, które leży u podstaw edukacji literackiej w Polsce, «co poeta lub pisarz miał na myśli»: traktowanie utworu jako rebusu z jednym rozwiązaniem. To koszmarny błąd, teksty możemy w bardzo różny sposób otwierać interpretacyjnie, pokazywać różne możliwości ich odczytania. W tym tkwi ich siła. Jednotorowe odczytywanie literatury od razu zniechęca, ponieważ ogranicza swobodę czytelniczą, która jest jednym z największych skarbów: każdy z nas może przeczytać tę samą książkę i wyciągnąć z niej coś innego.

Tak, język dyskursu społecznego pod wieloma względami bardzo się pogorszył, głównie mam na myśli agresję. Niestety, pisarz niewiele z tym może zrobić, bo nie pracuje w medium, z którego korzysta większość Polaków. Podstawą musi być tu właściwa edukacja, promocja czytelnictwa, dofinansowanie bibliotek. W parkach, na ulicy, w autobusach widać, jak mało się u nas czyta. A to ma poważne skutki społeczne i cywilizacyjne. Jak dowodzą badania, czytanie tekstów literackich zwiększa nasze możliwości empatyczne. Co więcej, czytanie tzw. literatury wysokiej zwiększa je znacznie bardziej niż jakieś romansidło. To, co widzimy w Polsce: agresja, zamknięcie na inność – po wszystkich stronach sporu politycznego – wiąże się, między innymi, z niskim poziomem czytelnictwa.

Dehnel 04

– Czy przywiązuje Pan w swoim życiu dużą rolę do rzeczy, drobiazgów, bibelotów? Generalnie ludzie, niezależnie od wrażliwości, albo wyrzucają niepotrzebne rzeczy, np. czajniczek bez uszka, wyszczerbioną filiżankę, albo je gromadzą. Ja jestem chomikiem, wszystko wrzucam do szufladki. A jak jest u Pana? W Pana utworach tych drobiazgów i bibelotów jest mnóstwo.

– Cóż, jestem kolekcjonerem i to oczywiście pewnie się przejawia w tym, co piszę. Dom, w którym się wychowywałem w dzieciństwie, dom babci Lali, był pełen drobiazgów. A że z przedwojnia prawie wszystko przepadło, to rzeczy, które przetrwały, były otaczane szacunkiem i sentymentem. Oprócz tego babcia kolekcjonowała szkło: było go mnóstwo, na półkach biegnących przez cały pokój. No i cały dom zastawiony książkami. Myślę, że to stamtąd wziął się mój stosunek do przedmiotów: lubię mieć wokół siebie ładne rzeczy, niekoniecznie drogie czy designerskie, mogą być kupione za pięć złotych na pchlim targu. Ich obecność sprawia mi przyjemność.

Kiedyś zbierałem prawie wszystko, teraz skoncentrowałem się na fotografii. Założyłem portal «Awers/rewers», gdzie stopniowo wrzucam całą moją kolekcję, w tej chwili udostępniam tam około 8 tys. zdjęć, praktycznie od początku fotografii do lat powojennych. Swego czasu napisałem też «Fotoplastikon», zbiór stu mini-esejów opartych na fotografiach, teraz powoli piszę drugi tom. Zdjęcie jest dla mnie wycinkiem rzeczywistości, pod tym względem jest pokrewne pisarstwu. (Ciąg dalszy w następnym numerze).

– Zdradzi nam Pan swoje fascynacje literackie? Czy ma Pan jakichś ulubionych autorów? Utwory? Epoki?

– Mamy tylko dwie godziny… (śmiech). Nie podam jednego nazwiska ani dwóch czy pięciu. Literaturę traktuję jako ogromną, złożoną sieć. Mam oczywiście takich pisarzy, którzy najbardziej na mnie wpłynęli w takim, ujmijmy to tak, «okresie kształtującym» – od 15 do 25 roku życia – dotyczy to zarówno poezji, jak i prozy, polskiej i zagranicznej. Tam jest i Borges, i Calvino, i Garcia Márquez, Cortázar – literatura iberoamerykańska. Z rosyjskiej Bułhakow «Mistrz i Małgorzata», Dostojewski też zrobił na mnie wrażenie, kiedy miałem kilkanaście lat. Z poetów oczywiście Mandelsztam i Brodzki. Z autorów polskich Gombrowicz i Schulz. Ale też mam takie swoje miłości lokalne, z literatury polskiej czy nawet gdańskiej: opowiadania Pawła Huelle, «Hanemann» Stefana Chwina. Bardzo lubię Olgę Tokarczuk, ale to banał mówić o niej teraz, kiedy w naszej świadomości, mówiąc trochę żartem, zajęła miejsce Sienkiewicza… (śmiech). To właśnie ukształtowało mnie jako nastolatka w latach 90. No i oczywiście literatura amerykańska – przede wszystkim Faulkner, ale też opowiadania Hemingwaya. Bardzo lubię Trumana Capote, a także Flannery O’Connor. I tak dalej.

– Jest Pan bardzo wszechstronny. Poeta, prozaik, tłumacz. Jak to wszystko współistnieje w Panu? Czy coś Pan preferuje? Udaje się Panu to pogodzić, czy musi Pan dokonywać wyborów?

– Plus publicystyka w pismach i na Facebooku. Coraz tego więcej, ale próbuję tak sobie aranżować czas, żeby wszystko zmieścić. Bo dochodzi i to, że wystarczy zostać tylko trochę znanym pisarzem, a już coraz więcej czasu schodzi na obsługę tej popularności: na wywiady, podpisywanie i konsultowanie umów, spotkania z czytelnikami, promocję książek, odpisywanie fanom. Tylko jeśli żyje się z literatury w Polsce, to nie przekracza się progu finansowego, który pozwoliłby zatrudnić asystenta czy agenta.

Nie żebym się skarżył: mogę się utrzymać z pisania, nie muszę mieć dodatkowej pracy zawodowej, a to przywilej nielicznych, który na samym początku daje mi wyraźną przewagę. Mam tego świadomość. Ale to tak czasochłonne, że czasem nie mam chwili wolnego na swoje podstawowe zajęcie – pisanie. Na szczęście są jeszcze stypendia wyjazdowe, które pozwalają na oddech.

A jak to godzę? Poezja w jakimś sensie powstaje sama i tylko w odpowiednim momencie trzeba ją zapisywać. Felietony mają swój stały rytm. Proza to oczywiście znacznie większe projekty, wymagające wielu miesięcy, czasem lat pracy. Książka, którą właśnie piszę, ma już 600 tys. znaków, a jestem gdzieś w połowie, szykuje się więc największa w mojej karierze kolubryna. Tłumaczenia wreszcie biorę, kiedy pojawia się naprawdę coś interesującego, bo stawki za tłumaczenia są tak niskie, że zwyczajnie na tym finansowo tracę. Jeśli więc się na coś decyduję, to tylko na książki, na których mi rzeczywiście zależy. Ta różnorodność też optymalizuje pracę: jeśli zacinam się, powiedzmy, w prozie, to siadam do publicystyki, tłumaczenia czy innych zaległych rzeczy.

Dehnel 05

– Nawiązał Pan do rozmiarów swojej najnowszej książki. Czy to nie jest jakiś trend, że książki, zwłaszcza powieści, są coraz grubsze? Wystarczy przejść się po Empiku, czy popatrzyć na twórczość Olgi Tokarczuk.

– «Księgi Jakubowe» są oczywiście bardzo obszerne, ale to opus magnum, wynik wielu lat pracy Olgi Tokarczuk. Acz istnieje moda na takie wielkie powieści, które mają ogarnąć lub udają, że ogarniają coś wielkiego, są przekrojowe, potężne. Wydaje się, że przyszła do nas ze Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony chyba tęsknimy do tych obszernych narracji. Widać przecież, jak przesunęło się zainteresowanie z dwugodzinnych filmów do seriali np. Netflixa, trwających po kilkanaście godzin. I to przez kilka sezonów. W tym potrzaskanym, pokawałkowanym świecie podobają nam się duże narracje, spełniają potrzebę szerszego widzenia świata. Z drugiej strony to również zabieg marketingowy: łatwiej i drożej sprzedają się rzeczy obszerniejsze. Ale jest też sporo książek o mniejszych rozmiarach, są nawet wydawnictwa, które się w tym specjalizują, i jury nagród literackich, które je szczególnie cenią. Mamy więc i taką literaturę, w której możemy zanurzyć się na dłużej, poznać i pokochać bohaterów, i taką, która uderza nas w samo serce krótką serią. Do wyboru.

– Wracając jeszcze do tłumaczeń, o których już sporo mówiliśmy. Czy to bardziej pasja, czy dodatkowe zajęcie?

– Wybieram tylko te książki, na których mi zależy, więc przynajmniej połowę rzeczy, które przetłumaczyłem, sam przyniosłem do wydawnictw. Do wielu innych niestety nie udało mi się wydawców przekonać. Ostatnio powiodło się z pięknymi «Niewidzialnymi bibliotekami», które tak mi się spodobały, że przetłumaczyłem je bez zlecenia, dla własnej przyjemności. Dostaję też sporo propozycji tłumaczeń, ale z większości rezygnuję, bo albo nie jestem zainteresowany, albo nie mam czasu, albo wreszcie wiem, że w danym typie literatury bym się nie sprawdził. Tłumacze raczej się do tego nie przyznają, rzadko rezygnują z przekładu jakiejś książki, bo nie czują się kompetentni. Jest w nich obawa, że jak odmówią, to nikt już się do nich nie zwróci. Ale to tak nie działa: oddanie tłumaczenia bardziej kompetentnej osobie wychodzi na zdrowie i obu tym tłumaczom, i czytelnikom, i wydawnictwu.

Ja na przykład wiem, że jestem niezły w przekładzie poezji rymowanej, bo sam używam rymów we własnym pisaniu. Zdarza się, że podchodzę do jakiegoś zlecenia nieufnie, a potem się daję przekonać – zaproponowano mi tłumaczenie książki Jerzego Pietrkiewicza, polskiego autora piszącego po angielsku. Grzecznie poprosiłem o próbkę 10 stron, na odczepnego, żeby mieć powód do odmowy. I z miejsca się zachwyciłem. Dzięki temu przełożyłem «Zdobycz i wierność», znakomitą powieść, osadzoną w realiach wielkiej smuty i Dymitriady, głęboko zanurzoną w języku sienkiewiczowskiej powieści. Ale przecież pisaną po angielsku. Trzeba było zatem wyłuskać z angielskiego tekstu Pietrkiewicza to, jak brzmiałyby dane słowa w sienkiewiczowskim pastiszu pisanym po polsku.

Dehnel 06

– Czy ma Pan jakiegoś polskiego ulubionego tłumacza? Jest nim Barańczak? (Stanisław Barańczak – jeden z najwybitniejszych polskich tłumaczy ostatnich dekad – red.)

– Tak się składa, że pracę magisterską pisałem o tłumaczeniu Philipa Larkina przez Barańczaka, które moim i nie tylko moim zdaniem wypadło raczej kiepsko. To był bardzo ciekawy poeta i tłumacz z wielkim talentem do gier językowych, brzmieniowych, rymów. Jest fantastyczny tam, gdzie na tym się opiera istota tekstu, jak u Gerarda Manleya Hopkinsa. Albo w scenach komicznych u Szekspira, bo komizm starzeje się najszybciej i przetłumaczenie humoru z XVI czy XVII wieku tak, żeby był zabawny również dla nas, jest prawdziwą sztuką. Mamy przekłady Szekspira sprzed stu, stu pięćdziesięciu lat i wiadomo, że dziś są już martwymi zabytkami. Barańczak miał też wielkie zasługi wprowadzenia wielu poetów do polszczyzny, ale nie zawsze dobrze trafiał. Zachwycił się Larkinem, ale ewidentnie «nie czuł» tego poety, rozmijał się z nim, fałszował go, przerabiał.

Bardzo lubię przekłady Zofii Chądzyńskiej z literatury iberoamerykańskiej, uwielbiam tłumaczenia Magdaleny Heydel, ma ogromną kulturę słowa i wyczucie językowe, mam też słabość do Tadeusza Boya-Żeleńskiego, nawet jeśli nie pozostawał wierny oryginałom. Każdy tłumacz, a przecież on też jest twórcą, ma lepsze i gorsze dzieła, lepsze i gorsze momenty. Inna sprawa, że w Polsce nie docenia się pracy tłumaczy, co jednak powoli się zmienia, m.in. dzięki Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury. Nazwiska tłumaczy pojawiły się w stopkach utworów, na okładkach książek, dyskutuje się także o jakości pracy translatorskiej. Przy nagrodach literackich pojawiły się też wyróżnienia za przekłady.

– Czy epidemia COVID w jakiś sposób odbija się na Pana twórczości? Czy utrudnia Panu pracę?

– Na twórczości raczej się nie odbija, na pracy już tak. Znacznie mniej jest spotkań autorskich, a przez pewien czas nie było ich wcale. Ja mam wyjątkowo komfortową sytuację, bo w początku marca wyjechałem na roczne stypendium, w związku z tym mogłem siedzieć w domu i pisać. Na pisarzy i tłumaczy epidemia wpłynęła stosunkowo mniej niż na piosenkarzy czy aktorów, ale ogólnym polskim problemem są niskie zarobki większości ludzi, którzy utrzymują się z kultury. Dużą częścią wpływów były i są spotkania autorskie, planowane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, a to się skończyło z dnia na dzień. I mówimy tu nie tylko o mało znanych autorach, ale i osób nominowanych do najważniejszych nagród literackich w Polsce. Taka jest rzeczywistość tego rynku.

Nasze stowarzyszenie, Unia Literacka, zorganizowało taką akcję, że przez 50 wieczorów lockdownu nasi członkowie czytali i spotykali się z czytelnikami on-line; był tam Zygmunt Miłoszewski, Olga Tokarczuk, Dorota Masłowska, Jakub Żulczyk – cała plejada pisarzy i poetów. Czytania były darmowe, ale prosiliśmy o wsparcie dla potrzebujących twórczyń i twórców. Jeśli doliczyć pieniądze z aukcji zorganizowanych wspólnie m.in. z Allegro, zebraliśmy ponad 70 tys. złotych, które stopniowo rozdzielamy w zapomogach. Program zapomóg dla twórców miało też Ministerstwo Kultury, Fundacja Szymborskiej w tym roku nie przyznała nagrody i przeznaczyła pieniądze na zapomogi. COVID pokrzyżował autorom także ich plany wydawnicze. Zwykle wysyp premier książkowych jest wiosną i jesienią, natomiast teraz obserwujemy wręcz szaloną ilość nowych książek, ponieważ zebrały się z dwóch sezonów. Wydawnictwa poprzenosiły premiery ważnych książek z wiosny na jesień i teraz wszystko ukazuje się jednocześnie. Oczywiście te książki się gorzej sprzedadzą, bo ich trwanie na rynku jest bardzo krótkie – jeśli nie otrzymają «drugiego życia» dzięki nominacjom do ważnych nagród, to trwa ledwie kilka miesięcy.

Dehnel 07

– Na koniec: czy chciałby Pan z naszymi czytelnikami, to dosyć specyficzna grupa, żyjąca na pograniczu kultury ukraińskiej i polskiej, są młodsi i starsi, podzielić się jeszcze jakąś refleksją?

– Myślę, że bycie na pograniczu dwóch czy więcej kultur to zawsze dar. Podobnie z językiem, bo każdy język inaczej postrzega świat i go opisuje. Dzięki temu żyje się na więcej sposobów, ma się więcej tradycji, do których się można odwołać, można wybierać z obu kultur co lepsze rzeczy. Ten dar w trudnych momentach dziejowych może być oczywiście przekleństwem, ale częściej jest chyba dobrodziejstwem. Chciałbym, aby był czymś pozytywnym. Tak przynajmniej było to traktowane w mojej wielonarodowej i wielokulturowej rodzinie. Bycie takim – jak to moja babcia mawiała żartem – «kundlem» to ogromny dar, który sprawia, że jesteśmy silniejsi.

Rozmawiali Gabriela WOŹNIAK-KOWALIK i Piotr KOWALIK
Fot. Żanna BASZCZUK, Maks TARKIWSKYJ

CZYTAJ TAKŻE:

MIROSŁAW WLEKŁY: «NA UKRAINIE SĄ ZADAWANE INNE PYTANIA»

WOKÓŁ KSIĄŻEK Z MACIEJEM ROBERTEM I KONRADEM JANCZURĄ

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI: «BUDUJMY CENTRUM ŚWIATA NA WŁASNYM PODWÓRKU»

WYSPY WIOLETTY GRZEGORZEWSKIEJ

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1