Rozmowy
  • Register

Ze Sławomirem Misiakiem, nowym Konsulem Generalnym RP w Łucku, rozmawialiśmy o przestrzeni postsowieckiej, Białorusi, Wołyniu i polsko-ukraińskiej współpracy, nauce języka polskiego, oraz oczywiście o planach na dalszą i bliższą przyszłość.

– Panie Konsulu, z jakim bagażem doświadczeń przybył Pan na Wołyń?

– W 2000 r. zacząłem pracę w MSZ jako aplikant. Zdałem egzamin i zostałem przyjęty na dwuletnie szkolenie, składające się z części krajowej, teoretycznej, potem praktycznej – staż w departamentach i na placówce zagranicznej. Trzy miesiące byłem na stażu w organizacji międzynarodowej «Inicjatywa Środkowoeuropejska» w Trieście we Włoszech. Przez rok pracowałem w Ambasadzie RP w Pradze, potem byłem w departamencie związanym z negocjowaniem polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Po wejściu Polski do UE, wyjechałem do Aten, gdzie przez ponad 4 lata pracowałem w Ambasadzie RP. Następnie był Departament Wschodni MSZ i roczny pobyt w polskiej placówce dyplomatycznej w Baku. Po powrocie z Azerbejdżanu wróciłem do Departamentu Wschodniego MSZ, gdzie zajmowałem się Rosją. Następnie przez pięć lat byłem kierownikiem wydziału wizowego w Konsulacie Generalnym RP w Brześciu i przez ponad pół roku prowadziłem tę placówkę. Po zakończeniu misji na Białorusi wróciłem do MSZ, do Departamentu Konsularnego, gdzie przepracowałem prawie dwa lata i teraz jestem na Wołyniu jako Konsul Generalny.

– Czy Ukraina to własny wybór czy jednak «z polecenia»? Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć naszym Czytelnikom, jak wygląda obejmowanie takich stanowisk w MSZ?

– W polskim MSZ zasadniczo nie ma przymusu wyjazdowego. Co roku pojawia się lista z wolnymi miejscami na placówkach. Każdy pracownik spełniający wymagania może się zgłosić. Wybiera trzy stanowiska, mogą być w jednym albo w kilku krajach. Później komisja wskazuje osobę na dane stanowisko, a ostatecznie wszystkich kandydatów akceptuje Dyrektor Generalny Służby Zagranicznej. Czasem dostaje się to, co się chce, a czasem można otrzymać inną propozycję. Inne zasady dotyczą stanowisk kierowniczych w placówkach zagranicznych, ambasadorów, kierowników Instytutów Polskich i konsulów generalnych. Tutaj kandydata wyznacza minister spraw zagranicznych, a Ambasadorów powołuje Prezydent. Ja wybrałem Łuck i Ukrainę i to jest absolutnie mój wybór.

– Z krajów byłego ZSRR pracował Pan w Azerbejdżanie, na Białorusi, teraz na Ukrainie, miał Pan do czynienia z Rosją. Czy te państwa łączą wspólne cechy przestrzeni postsowieckiej?

– Coś w tym jest, aczkolwiek od czasu upadku Związku Radzieckiego minęło już prawie 30 lat i te kraje już w dużym stopniu się różnią. Wynika to z wielu aspektów, przede wszystkim z tego, jak ewoluował w danym kraju system polityczny i jaki przybrał kształt. Na Ukrainie jest demokracja. Władze się zmieniają, jest ograniczona liczba kadencji prezydenta – to duży sukces. To ludzie wybierają władze, co pewien czas przy okazji wyborów pojawiają się emocje, kto wygra i tutaj głos wyborcy ma swoje znaczenie. W przestrzeni postsowieckiej nie wszędzie tak jest, a w dodatku pojawiły się w niej konflikty zbrojne. To w dużej mierze skutek spuścizny sowieckiej, celowego wymieszania narodowości. Dzisiaj jest to wykorzystywane jako pretekst do interwencji w wewnętrzne sprawy suwerennych państw. Podsumowując, przestrzeń postsowiecka to moim przekonaniu z jednej strony wspólny dla byłych republik ZSRR punkt startowy na drodze do budowy niezależnego państwa, z drugiej mimo prawie 30 lat, które minęły, wciąż istniejące elementy wspólne np. rozwiązania prawne czy organizacyjne.

– Czasem odnoszę wrażenie, że my na Ukrainie usprawiedliwiamy się tym pojęciem «kraj postsowiecki».

– Może ten argument to pokusa dla usprawiedliwiania pewnych problemów w reformowaniu kraju, pod pretekstem trudności w rugowaniu starych, wywodzących się z czasów sowieckich rozwiązań i przyzwyczajeń, których system sowiecki zostawił niemało. Jednak każdy z krajów powstałych po upadku ZSRR jest inny. Z własnego doświadczenia powiem, że kiedy jechałem na Białoruś, mając na uwadze istniejące Państwo Związkowe miałem wrażenie, że to do pewnego stopnia taka mała Rosja. Natomiast absolutnie nie. Kraj co prawda jest mocno zrusyfikowany pod względem językowym. Język białoruski, który bardzo mi się podoba, jest niestety rzadko używany, co uważam za wielką niesprawiedliwość, bo to język z wielkimi tradycjami państwowymi i historycznymi. W wydaniu starobiałoruskim był językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego. Faktycznie to kraj świadomych swojej odrębności Białorusinów, która z każdym rokiem rośnie. To jest ich kraj, ich tradycje.

– Dlaczego wciąż mówi się o naszych terenach «postsowieckie», przecież minęło już 30 lat od upadku ZSRR?

– To pojęcie jest chyba wygodne, choć stanowi pewną «przyszytą łatkę», i dla zachodu Europy, ale i dla samych państw b. ZSRR. W ogólnym rozumieniu opinii publicznej na Zachodzie nie doszło jeszcze do konkretnego wyodrębnienia poszczególnych krajów. Z drugiej strony jednak zapewne ktoś uznał za potrzebne znalezienie jednego określenia dla tych państw z politologiczno-historycznego punktu widzenia.

– Ale o krajach bałtyckich nikt w Europie już tak nie mówi.

– Tak, rzeczywiście. Tylko analitycy piszący fachowe teksty używają wobec krajów bałtyckich pojęcia «kraje postsowieckie». Te państwa daleko i szybko odeszły od Związku Radzieckiego i bardzo jednoznacznie związały się ze strukturami zachodnioeuropejskimi, m.in. z UE i NATO. Poza tym wszystkie te kraje miały ugruntowane tradycje niezależności.

Slawomir Misiak

– Dobrze, wrócimy teraz do Łucka. Jest Pan tu już od jakiegoś czasu. Co Panu się w naszym mieście spodobało? Z czym Pan już zdążył się zapoznać?

– Codziennie po pracy staram się pójść na spacer i poznać miasto. Moja rodzina jest bardzo ciekawska i bardzo dużo rzeczy już zobaczyliśmy. Stawiamy na atmosferę miasta, jest interesująca, choć niedoinwestowana Starówka, uroczy deptak. Zaskoczyła mnie bardzo ilość kawiarni i restauracji w Łucku, co ważniejsze smacznych.

– Czy zwiedzał Pan jakieś obiekty historyczne? Jakie w ogóle ma Pan plany wobec obiektów polskiego dziedzictwa kulturowego i historycznego na terenie Łuckiego Okręgu Konsularnego?

– Konsulat udziela wsparcia w ramach posiadanych funduszy, ale to są małe projekty. Odnowa dużego obiektu sakralnego czy innego wymaga olbrzymich pieniędzy. Wyodrębnione środki na takie cele ma Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz podmioty z nim powiązane jak np. Instytut Polonika. Ale zawsze potrzebna jest inicjatywa miejscowa i ona może być inspirowana przez Konsulat. Z całą pewnością będziemy czynili wszystko, aby wspomagać tego typu inicjatywy.

– Powiedział Pan, że Ukraina to Pana wybór, ale Wołyń to jednak teren specyficzny ze względu na kwestie historyczne. Jak długo Pana zdaniem spory historyczne będą dominować nad wyzwaniami dnia dzisiejszego? Jak Ukraina i Polska mogą sobie z tym poradzić? Ma Pan propozycje rozwiązań?

– Moja funkcja i misja zakładają wspieranie wszelkich rozwiązań, które pomogą przezwyciężyć animozje na tym tle. W moim rozumieniu przede wszystkim trzeba odnaleźć tych, którzy leżą w bezimiennych grobach oraz ich upamiętnić. Uważam, że z punktu widzenia człowieczeństwa i moralności, to, że w czasach pokoju ktoś leży w zbiorowej mogile i niepoświęconej ziemi jest fatalne. To jest obowiązek nas, żyjących, żeby tych ludzi godnie pochować i upamiętnić. Problem polega też na tym, że przez wiele lat ten temat był niestety zamiatany pod dywan.

– Ale mimo to w Polsce jest dużo publikacji na temat Zbrodni Wołyńskiej.

– Bo ludzie wykonali swoją pracę. Ci, którzy stąd pochodzą, mieli poczucie obowiązku i długu wobec tych, którzy zginęli, żeby te informacje zebrać, póki żyją świadkowie. Do gry wchodzi także nowe pokolenie historyków zainteresowanych tą kwestią. Czasy były straszne i historia była straszna. Dzielili nas i zaborcy, i okupanci podsycający antagonizmy na mieszanych narodowościowo terenach. Niestety ich polityka «dziel i rządź» w tym kontekście okazała się ich sukcesem. Myślę, że od tego się zaczęło i obarczanie winą za zbrodnię wołyńską wyłącznie polskiej polityki międzywojennej – oczywiście z jej wadami – jest wielkim nadużyciem, bo to zaczęło się znacznie wcześniej. Jeszcze wcześniej, w XIX wieku, odbył się skok świadomościowy, kiedy narody silnie kształtowały swoją tożsamość i inicjowały tworzenie państw narodowych, przy równolegle chylących się ku upadkowi państwach wielonarodowych jak Austro-Węgry czy Imperium Otomańskie. Wtedy rozpoczęło się podkreślanie własnej odrębności i poszukiwanie antagonizmów.

– Nie napawa to optymizmem. Można to jakoś zmienić?

– Myślę, że kiedy przyjdzie świadomość, że są ważniejsze rzeczy niż dyskursy polityczne i wygra chęć współpracy i tworzenia wspólnoty wartości, wtedy kwestie historyczne zostaną rozwiązane, zostanie dokonana ich rzetelna ocena i stracą na znaczeniu. W tej chwili stosunki polsko-ukraińskie rozwijają się: wymiana handlowa się zwiększa, prezydenci i politycy się spotykają, ludzie do siebie jeżdżą, jest wiele zgodnie żyjących mieszanych małżeństw. Ale jest też zakaz ekshumacji i tym samym brakuje ważnego elementu do pogłębienia badań historycznych.

– Ukraina i Polska cały czas mówią o pojednaniu, ale może jednak ważniejsze jest zrozumienie. Czy nasze kraje zrobiły wystarczająco dużo, żeby każdy z nas zrozumiał sąsiada?

– Jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia w tym zakresie i będę bardzo zadowolony, jeśli uda się mi dołożyć maleńką cegiełkę w budowie zrozumienia i wyeliminowaniu stereotypów. Co do wielu faktów różnimy się oficjalnie. Na szczęście ludzie potrafią między sobą porozmawiać na wspólnym grillu czy kawie, odkładając na bok te antagonizmy.

– Podczas posiedzenia Komisji Łączności z Polakami za Granicą w Sejmie RP powiedział Pan, że ma pomysł stworzenia w jednej z ukraińskich szkół początkowych klasy, w której nauka większości przedmiotów oparta na programie ukraińskim odbywałaby się po polsku. Jak miałaby działać taka klasa?

– Chodzi o pomysł w stylu British Council czy Alliance Française. Polegałoby to na stworzeniu w ramach ukraińskiego programu nauczania, w klasach początkowych w jednej ze szkół, co roku klasy z polskim językiem nauczania dla chętnych narodowości dowolnej. Większość przedmiotów, poza naturalnie językiem ukraińskim, językiem angielskim i wychowaniem fizycznym mógłby prowadzić specjalista od nauczania początkowego z Polski, który od początku mówiłby do dzieci po polsku. Ukraińskie podręczniki można by przetłumaczyć. Zwiększałoby to sens kontynuacji nauki języka polskiego jako obcego od klasy piątej. W wielu szkołach w Łuckim Okręgu Konsularnym uczy się już języka polskiego jako drugiego obcego. Jeżeli u gospodarzy będzie chęć podjęcia takiego eksperymentu, pomożemy z nauczycielem, z wyposażeniem klasy oraz z podręcznikami.

– Czy dzieci uczące się w takiej klasie będą odpowiednio przygotowane do rozpoczęcia nauki w piątej klasie już w pełni po ukraińsku?

– Mam dobry przykład z Białorusi. W Brześciu, w Szkole nr 9, co roku jedna klasa w roczniku na wniosek rodziców była oddziałem polskim. Uczniowie mieli wystarczająco dużo zajęć z języka rosyjskiego i białoruskiego, w domu rozmawiali po rosyjsku czy po białorusku. Faktycznie to była klasa językowa, dzieci uczyły się polskiego, rosyjskiego, białoruskiego i angielskiego, i później nie miały żadnych problemów z kontynuacją nauki w starszych klasach.

– Jak Pan sądzi, czy taki eksperyment, gdyby się udał, pomógłby w zrozumieniu sąsiada?

– To jest inwestycja długofalowa, ale myślę, że zdecydowanie tak. Tego typu eksperymenty, tak samo jak współpraca harcerzy polskich i ukraińskich płastunów, wspólne porządkowanie grobów – i polskich, i ukraińskich – jest czymś fantastycznym. Myślę, że dzięki takim projektom będzie łatwiej poprawić stosunki między naszymi krajami.

– Nie obawia się Pan zarzutów, że te dzieci będą uczyć się polskiego tylko po to, żeby wyjechać na studia do Polski?

– A jak będą uczyć się po ukraińsku, to nie wyjadą? Uważam, że nie ma w tym nic złego. Polska też przez to przeszła. W naszym kraju historycznie nie zawsze było kolorowo. Ludzie wyjeżdżali, wielu wróciło, a ci, którzy zostali za granicą, wspierają Polskę. Są już Polacy w parlamentach innych krajów. To jest lobby. To pozwala państwu na prowadzenie efektywniejszej polityki zagranicznej. Część ludzi wróci z zupełnie innymi pomysłami, będą otwarci na nowe inicjatywy.

– W Sejmie powiedział Pan także, że za bardzo ważną uważa weryfikację autentyczności dokumentów, stanowiących podstawę do wydania Karty Polaka. Zamierza Pan wprowadzić nowe zasady sprawdzania tych dokumentów?

– Nie. Zamierzamy kontynuować wprowadzone zasady i zintensyfikować szkolenia pracowników placówki oraz blisko współpracować w tej kwestii ze Strażą Graniczną, Policją, urzędami wojewódzkimi i z miejscowymi archiwami. Mam nadzieję, że od września zaczniemy ponownie przyjmować wnioski w celu otrzymania Karty Polaka, nie tylko na jej przedłużenie, czy w związku ze zmianą danych osobowych. Co prawda ze względu na pandemię nie będziemy mogli przyjmować tylu petentów, co wcześniej. Chciałbym również wrócić do idei dyżurów konsularnych, szczególnie na Tarnopolszczyźnie, oddalonej od Łucka.

– Nasi Czytelnicy z pewnością chcieliby także coś wiedzieć o pasjach i zainteresowaniach nowego konsula.

– Ostatnio bardzo dużo jeżdżę na rowerze. Widzę, że tutaj też trochę ludzi jeździ, są budowane ścieżki rowerowe. Lubię pograć w piłkę nożną, mieliśmy w MSZ drużynę piłki nożnej, w której regularnie się udzielałem. I mam pasję pt. «Rodzina». Natomiast jako Konsul Generalny chciałbym teraz jak najlepiej poznać Wołyń, Rówieńszczyznę i Tarnopolszczyznę.

Rozmawiała Natalia DENYSIUK

CZYTAJ TAKŻE:

MAGIA ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA. ROZMOWA Z KONSULEM GENERALNYM RP W ŁUCKU TOMASZEM JANIKIEM

NOWY KONSUL GENERALNY W ŁUCKU. ROZMOWA Z MARKIEM MARTINKIEM

BEATA BRZYWCZY: WIELE ZYSKALIŚMY WYBIERAJĄC DROGĘ EUROPEJSKĄ

WIESŁAW MAZUR: «BĘDĘ SIĘ UCZYŁ WOŁYNIA»

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1