Rozmowy
  • Register

Adam Tomanek to legenda lubelskiego radia. Uczestniczył w tworzeniu rozgłośni Radia Lublin i do dziś należy do jej aktywnego zespołu. Dziennikarstwu poświęcił już 60 lat swojego życia i nie zamierza na tym poprzestać.

Jest krewnym Józefa Łobodowskiego i kontynuatorem jego radiowej misji. Ciekawy człowiek, otwarty na ludzi i świat, «nestor lubelskiego i polskiego dziennikarstwa radiowego, nauczyciel wielu dziennikarzy Radia Lublin» – tak piszą o Adamie Tomanku polscy koledzy. W 1975 roku otrzymał «Złoty Mikrofon» – najważniejszą nagrodę Polskiego Radia. W «Monitorze Wołyńskim» prowadzi rubrykę «Informacje Lubelskie». Na początku lipca odwiedził Łuck, więc mieliśmy okazję do rozmowy.

– Jak zaczęła się Pana przygoda z radiem?
– To zaczęło się już w szkole średniej. Przez 4 lata uczyłem się w Szkole Handlowej, której dyrektorem był Edward Janicki, inicjator wielu różnorodnych kółek zainteresowań. Działało tam koło ekonomistów, językoznawców, radiowe, prasowe i inne. Pod kierunkiem polonisty, profesora Zygmunta Bownika prowadziłem szkolne radio. Wtedy to dowiedziałem się, że mam zadatki na dobrego radiowca. Maturę zdałem w maju 1949, a następnie zapisałem się na Wydział Prawa na UMCS.

W Lublinie działał lokalny radiowęzeł, wygłaszano tam komunikaty, czytane do mikrofonu przez osoby zupełnie przypadkowe. Pewnego razu jakaś pani niepoprawnie przeczytała nazwę filmu «Dzwonnik z Notre Dame». Wyłapał to dziennikarz «Życia Lubelskiego», skrytykował poziom radiowęzła. Zaczął się ruch w komitecie partii, bo «to kompromituje władzę ludową». Zaczęli szukać w szkolnych radiach i przyszli do dyrektora Janickiego, a on zapytał mnie, czy nie chciałbym współpracować z radiowęzłem. Przyjąłem propozycję. W tym samym czasie ogłoszono w Warszawie ogólnopolski konkurs na lektorów i spikerów radia. To były lata powojenne, szukano nowych kadr. Lubelski radiowęzeł wytypował mnie jako spikera, więc pojechałem do Warszawy. W konkursie uczestniczyło 1500 osób, a miejsc było 15. Zostałem zakwalifikowany na 15-tym miejscu. Miałem wtedy 21 lat.

Przewodniczący jury powiedział do mnie: «Zdałeś egzamin, możemy cię przyjąć najpierw na lektora, potem na spikera, jeżeli pogłębisz znajomości językowe. Ale musisz mieszkać w Warszawie. Masz gdzie mieszkać?»

W 1949 r. Warszawa była jednym wielkim gruzowiskiem. Nie miałem mieszkania, ponieważ nie byłem w ogóle związany z Warszawą. Zrozumiałem wtedy, że nie mogę się tak po prostu przenieść, bo tu w Lublinie mam studia, rodzinę, mieszkanie i tu jest moje miejsce. Pomyślałem, że może kiedyś skorzystam z tego, że mnie zakwalifikowano. Wtedy z Lublina do Warszawy jechało się 4 godziny na dachu pociągu.

«Tak, teraz nie ma warunków, – stwierdził przewodniczący jury. – Ale w każdym województwie ma być rozgłośnia regionalna. Sieć radiowa pokryje wkrótce cały kraj. (To była wizja polityczna). Jak będzie w Lublinie rozgłośnia, a będzie na pewno, to my się zgłosimy do Ciebie». Miałem satysfakcję, ze zwrócono na mnie uwagę.

– Co było dla Pana najtrudniejsze w tym konkursie?
– Trzeba było znać dwa języki. «Jakie języki znasz?» – zapytano mnie. Ja podałem niemiecki i francuski. Niemiecki jako tako znałem, bo się uczyłem, poza tym okupacja niemiecka, w domu mieszkali Niemcy, niemieckie dzieci bawiły się z polskimi, to łyknąłem tego języka trochę. Język francuski natomiast znałem z prywatnych lekcji, podczas których pani nauczycielka nauczyła mnie ładnie czytać, z pięknym francuskim akcentem, ale o czym czytałem, nie miałem zielonego pojęcia. I tam, podczas egzaminu, kiedy czytałem niemiecki tekst, a potem kazali tłumaczyć – tłumaczyłem, francuskiego na szczęście nie kazali tłumaczyć, tylko powiedzieli, że mam ładny akcent. Tak zaliczyłem egzamin ze znajomości języków.

– Kiedy Pan trafił do Radia Lublin?
– W 1952 roku, kiedy przyjechali z Warszawy delegaci z tego konkursu ogólnopolskiego, o którym wspominałem wcześniej. Pierwsze kroki skierowali do komitetu partii, ponieważ wszystkim rządziła partia. Potrzebowali 18 osób. «Tutaj mamy z konkursu spikerskiego Tomanka, chcemy zapytać, czy wy macie coś przeciwko niemu?». W partii o mnie nie słyszeli, o moich powiązaniach z Łobodowskim tym bardziej. Młody chłopak, w partii nie był, w opozycji nie był, w Armii Krajowej, w partyzantce nie był. Skoro nic nie kładło się cieniem na mojej przeszłości – nie mieli żadnych przeciwwskazań.

– To co Pan przeżył i zobaczył w ciągu swojego życia – to kilka epok (ІІ Rzeczpospolita, niemiecka okupacja, Polska Ludowa, współczesna demokratyczna Polska), to wielu ciekawych ludzi, a także wiele niezwykłych historii. Czy jest coś, spośród pańskich doświadczeń, co zapamiętał Pan szczególnie?– Redaktorem naczelnym Radia Lublin został Tadeusz Chabros. Miał piękny głos, posługiwał się nienaganną polszczyzną. Po paru miesiącach wezwał mnie do siebie i powiedział, że ma do mnie wiele zastrzeżeń. Na 10 dni wyłączył mnie z programu, zaproponował, żebym przychodził codziennie do niego na godzinę i brał lekcję czytania. Po 10 dniach sprowadził mnie na ziemię. Jestem mu za to bardzo wdzięczny, bo gdyby on wtedy mi powiedział «Czytasz doskonale», to zrobiłby mi krzywdę.

– Jakie stanowisko później Pan piastował?
– Zaczynałem od czytania. Potem naczelnym został Borys Mokrzyszewski. Pasjonował się w sprawozdaniach bezpośrednich, na żywo. «Żal taśmy – masz iść i gadać» – mówił. Pewnego razu powiedział do mnie: «Pójdziemy na boks i będziemy transmitować mecz bokserski». Ja mówię, że o boksie nie mam zielonego pojęcia. «Będzie pan miał pojęcie. Jedzie pan, będziemy razem pracować» – odpowiedział. «Dobrze, ale ja sprawozdań nigdy nie robiłem» – ja do niego. «To będzie pan robił». Poradziłem sobie bardzo dobrze, bo okazało się, ze potrafię mówić nie tylko szybko, ale też dokładnie i sensownie. Na czym to polega? Kiedy mówię pierwsze zdanie, to w pamięci mam już drugie. Kiedy mówię drugie, to powinno być trzecie itd. Potem on mówi tak: «Robimy reportaże. Tu widzę są długie dwudziestominutowe rozmowy. To nie są reportaże. Bierze się przed mikrofon jakiegoś faceta i rozmawia się z nim 20 minut. Kto go wysłucha? Po pięciu minutach ręczę – radio wyłączone. Trzeba zrobić tak, żeby tę treść z 20 minut móc zawrzeć w dwóch minutach, w trzech maksymalnie». On był miłośnikiem tak zwanych mikroreportaży. Ja to przejąłem od niego.

– Panie Adamie, Pan nadal jest aktywny zawodowo?
– Tak, robię mikroreportaże. Mam w rozgłośni swój pokój, swoje biurko, maszynę do pisania jako jedyny, bo wszyscy pracują tylko na komputerach. Mam i komputer mam też magnetofon na taśmę, który nie zawiedzie.

– Panie Adamie, a gdyby Pan zaczynał życie ponownie, to poszedłby Pan do radia?
– Tak, poszedłbym. To było powołanie. To był mój życiowy strzał w dziesiątkę.

– Czy w Radiu Lublin poruszany jest temat ukraiński?
– Wiadomości o Ukrainie w Lublinie podają zawsze. Są też wieści dochodzące z frontu. To temat bardzo ważny dla Polaków. Jesteśmy sąsiadami. Podziwiamy tych chłopaków, którzy idą walczyć za ojczyznę.

– Józef Łobodowski jest dumą Pana rodziny. Jest on swoistym symbolem polskiego patriotyzmu, niezwykłej intelektualnej i twórczej oryginalności, wielkiej miłości do Ukrainy. Jest Pan bliskim krewnym Józefa Łobodowskiego, jego potomkiem i kontynuatorem w zawodzie dziennikarza. Jak Pan go wspomina?
– Józef Łobodowski to rodzony brat mojej matki. Trzeba powiedzieć, że moje kontakty z wujkiem były luźne, bo on wyjechał w 1939 r., gdy ja miałem około 11 lat.

W mojej pamięci zachował się obraz żywiołowego, ciekawego świata i ludzi literata, z niezwykle bujną fantazją i wyobraźnią. Podam przykład. Łobodowski nigdy nie uprawiał boksu, ale na którąś niedzielę w latach 30-tych, w kinie, które obecnie już nie istnieje, wyznaczono walkę. W gazecie pojawił się wielki napis: «Łobodowski walczy z bokserem zawodowym «X» (nazwiska nie pamiętam). To świadczy o jego fantazji. Przecież zwykły człowiek, gdy walczy z bokserem zawodowym, z góry jest skazany na przegraną. Nie zależało mu na pieniądzach, tylko na tym, żeby coś nowego zrobić, żeby coś nowego się wydarzyło w tym mieście. No i wydarzyło się owszem, przegrał walkę i ze złamanym nosem opuścił kino. Myślę, że wujek był odważny.

Jako dziecko zapamiętałem go nie tylko z tych ekstrawaganckich wydarzeń. On bardzo kochał matkę Stefanię Łobodowską, moją babcię, i dbał o nią. Do wybuchu wojny był w Warszawie, często przyjeżdżał do Lublina, do matki. Dla niego matka była osobą świętą. Ojcu nie miał okazji okazywać swojej miłości, ponieważ ten umarł z głodu na Kaukazie, w Jejsku. Pochowano go w centrum Jejska, na cmentarzu, który niebawem przekształcono w park miejski. Nie wiadomo co stało się z mogiłą.

– Czy dziadek był w więzieniu bolszewickim? Wspomina o tym w swojej książce Ludmiła Siryk.
– Być może jako oficer carski został tam wtrącony. Wiem, że znalazł się jakiś młody bolszewik, który był w wojsku carskim i pamiętał swojego przełożonego, właśnie Władysława Łobodowskiego, i wstawił się za nim. Może dlatego wyszedł z tego więzienia.
Doskonale pamiętam, że mówili mi później jako dziecku – to ty ruskij, bo przecież twój dziadek był w carskiej armii. A ja mówię: «A gdzie miał być? Mój ojciec był w austriackiej armii. A kto inny był w niemieckiej». Polska przez 123 lata nie istniała na mapie. Więc potem, jak była I wojna światowa, to dochodziło do tragedii, bo Polak z Austrii strzelał do Polaka w Armii Carskiej, Polak z Niemiec też strzelał do Polaka z Rosji. To tragedia narodowa!

Pamiętam, jak w latach 30-tych była rywalizacja o ogólnopolską Nagrodę Młodych. To była prestiżowa nagroda Polskiej Akademii Literatury – taki polski Nobel. I do finału doszli literat z Wilna Czesław Miłosz i z Lublina Józef Łobodowski. Nagrodę dostał Józef Łobodowski, który wygrał z późniejszym Noblistą.

W 1938 r. Łobodowski ożenił się z panną Jadwigą Kuryłło. Potem dostał pracę jako krytyk literacki w Polskim Radiu. Wyjechali do Warszawy, gdzie zamieszkali przy ulicy Litewskiej. Jego zadaniem było słuchać audycji literackich Polskiego Radia i potem pisać o nich recenzje.

W 1939 r. wujek został wcielony do armii, poszedł na front. Tak zapamiętałem Józefa Łobodowskiego.

– Czy w czasach PRL-u mógł Pan swobodnie mówić o Łobodowskim?
– Niestety nie, dlatego, że Łobodowski był skreślony. Antykomunista, mówi w Madrycie przeciwko Związku Radzieckiemu, przeciwko ówczesnej Polsce. W muzeum Czechowicza w Lublinie był kącik Łobodowskiego. Przyszli ubecy, kazali to zlikwidować. I dlatego młode pokolenie w ogóle nic nie wiedziało o Łobodowskim. Już później zrobiłem taką ankietę uliczną, pytałem, czy państwo słyszeli o Józefie Łobodowskim? Z dziesięciu zapytanych chyba jeden powiedział, że to był poeta lubelski.

A ja miałem ciągle kłopoty po wojnie, kiedy pracowałem w Radiu Polskim. Przychodzili do mnie z Urzędu Bezpieczeństwa. Naczelny dzwonił wtedy i mówił: «Panie Adamie! Ma Pan gości!» Chodziło o Łobodowskiego, pilnowali, czy nie mam z nim kontaktów. «My do pana nic nie mamy, ale Łobodowski w Madrycie szkaluje nasz kraj, naszą ojczyznę. Jak to pogodzić?» Odpowiadam: «Panowie! Ja miałem 10 lat, kiedy on poszedł na wojnę. Co ja mogę na ten temat powiedzieć? Nic w ogóle wam nie powiem. Mogę wam tylko życzyć, żebyście znali połowę tych języków, co znał Łobodowski». A Łobodowski władał jedenastoma językami. Jego najbardziej ulubionym językiem poza polskim, rodzimym, był ukraiński. A potem, gdy był na zachodzie – hiszpański. On się uczył języka w ciągu jednego roku. Był urodzonym poliglotą.

Nie zapomnę, jak przed wojną moja matka, Łobodowski i ja, poszliśmy na kurs języka esperanto, bo była mowa, że w trzy miesiące nauczymy się języka, a esperanto opanuje kiedyś cały świat. Po trzech miesiącach ja czytałem ładnie, matka nie czytała i nic nie rozumiała, a Łobodowski wziął się do tłumaczenia literatury polskiej na esperanto.

– Okres hiszpański Łobodowskiego zaczął się w więzieniu?
– Tak. Łobodowski z wojskiem został internowany na Węgrzech. Stamtąd przedostał się do Francji. Kiedy Niemcy opanowali Francję, musiał uciekać do Hiszpanii. Na granicy francusko-hiszpańskiej został złapany przez straż hiszpańską, wsadzono go do więzienia. Tam nabawił się gruźlicy. I byłby szybko umarł, ale hiszpańscy lekarze uratowali go. Następnie sfałszował życiorys, bo w hiszpańskich przepisach młodsi byli wtrącani do ciężkich więzień, a starsi do lżejszych. Dodał sobie 10 lat, żeby być w jakimś tam normalnym więzieniu. Trafił na pana Kazimierza Tylko z Krakowa, który pracował w Radiu Madryt, prowadził redakcję sportową i zaopiekował się Łobodowskim, bo zaimponował mu swoją wiedzą, erudycją, znajomością języków, i przyjął go do siebie.

– Gdzie Łobodowski mieszkał w Hiszpanii?
– To była ulica Lopez. Zjeżdżał na dół, na dole była kawiarnia, którą prowadził Polak i tam wydzielił mu stolik. Zawsze rano stawił dzban z winem, i Łobodowski cały dzień tam pisał książki i popijał tym winem. Rodzina Łobodowskiego myślała, że był bogaty, bo mieszkał na Zachodzie. A on nic nie miał. To miejsce w kawiarni to była jego pracownia.

– Czy udało się Panu później spotkać się z wujkiem?
– Nie. Kiedy mieliśmy możliwość pojechać na Zachód, to wujka już nie było. Umarł w 1988 roku mając 79 lat podczas odczytu o Słowackim. Opowiadali, że to był pasjonujący wykład. Zrobiło mu się słabo, osunął się, zabrali go do szpitala i już nie wrócił.

On sporo pisał o swojej śmierci. Jeden z jego wierszy «Na własną śmierć» zaczyna się «Na obcej ziemi boję się umierać...». A potem: «Ze spokojem spotkam śmierć ojczystą...», czyli nie chce umierać w Hiszpanii, ale w Polsce mogę, bo to jest śmierć ojczysta. Zawsze mówił, że chce leżeć w grobie swojej matki przy ulicy Lipowej. Jego matka umarła mając 99 lat w 1973 roku.

– W jaki sposób udało się przywieść prochy Łobodowskiego do Polski?
– Zgodnie z wolą Łobodowskiego jego ciało poddano kremacji. To ułatwiło wszystko, bo sprowadzić nieboszczyka z trumną – to kosztuje. Do Hiszpanii Polaków jeździło wówczas niewielu. Ale ponieważ Łobodowski często jeździł do «Wiadomości Literackich» do Londynu i tam miał znajomych, to później o przewiezienie prochów poproszono Andrzeja Paluchowskiego, dyrektora Biblioteki Głównej KUL. Pojechał on do Londynu, gdzie już została sprowadzona z Hiszpanii urna z prochami Łobodowskiego. Przywiózł ją do Lublina. Ale był też problem z tym, że za przewiezienie urny z prochami trzeba było dużo zapłacić. Owinęli więc urnę w prześcieradło i włożyli ją do dużej walizki. W Londynie Andrzej Paluchowski nie miał żadnej kontroli. A w Warszawie, na Okęciu podczas odprawy celnicy zapytali go, co wiezie. «Mam zaświadczenie kremacji Łobodowskiego, polskiego poety». To ich nie obchodziło. Ich obchodziły marihuana, papierosy itd. W Lublinie urnę zabrał do swojego gabinetu rektor KUL-u bp Jan Śrutwa, który bardzo lubił i doskonale znał poezje Łobodowskiego. Powiedział: «Jak będzie inauguracja nowego roku akademickiego (1988), to my w ten czas organizujemy uroczysty pogrzeb Łobodowskiemu na cmentarzu przy ul. Lipowej, składając urnę do grobu matki Stefanii». Dotrzymał słowa. I tu jest następny paradoks – Łobodowski w młodych latach był studentem KUL-u i za swoje poglądy antyklerykalne i komunistyczne, a także antyżydowskie został relegowany z tej uczelni. I ten sam KUL, który wyrzucił Łobodowskiego, uroczyście zorganizował mu potem pogrzeb.

– Czy był Pan na tym Pogrzebie?
– Byłem. Był rektor Śrutwa. Było ze dwunastu księży, piechotą z kaplicy akademickiej przeszliśmy na cmentarz. Na cmentarzu uroczyście złożono urnę do grobu matki. Ubeków już nie było...

Tomanek 8

Rozmawiali Switłana KRAWCZENKO i Walenty WAKOLUK
Fot. Natalia DENYSIUK