Artykuły
  • Register

Z panią Aliną Rogozińską spotykam się w jej mieszkaniu prawie w samym centrum Łucka. Kobieta w poważnym wieku, z bardzo wyrazistym sposobem wypowiadania się, zaprasza mnie do pokoju. Na stole przygotowana wcześniej lista najważniejszych wydarzeń życiowych i tak drogie jej sercu rodzinne zdjęcia.

Mam przeczucie ciekawej rozmowy, z góry nazwanej żartobliwie przez moją rozmówczynię «Santa Barbarą».

Rodzice
«Moi rodzice pochodzili z Żytomierszczyzny. Ojciec Antoni Bobrowski, syn Jana, urodził się w 1894 r. we wsi Huta Zabiełocka, a mama Stanisława Rogozińska, córka Jana, w 1904 r. w Radomyślu. Oboje pochodzili z miejscowych polskich rodzin, mieszkających tu od czasów Imperium Rosyjskiego. W tamtym okresie był tu taki węzeł: Berdyczów-Malin. Były to małe polsko-żydowsko-ukraińskie miasteczka, w których do pewnego momentu żyło się w zgodzie» – wspomina Alina Rogozińska.

«Mój tata bardzo ładnie grał na skrzypcach oraz na klarnecie. Tej pasji był wierny do końca życia. Pochodził z zamożnej rodziny, miał brata i cztery siostry. Ojciec był człowiekiem wykształconym, ukończył miejską szkołę. Kiedy rozpoczęła się I wojna światowa, ukończył kurs dla oficerów i wspólnie z bratem Tymoteuszem trafił na front. Zgodnie z rodzinnymi opowieściami brali udział w ofensywie Brusiłowa, przez jakiś czas przebywali w niewoli. Mój tata zakończył wojnę w stopniu kapitana. Po powrocie do domu pracował jako sekretarz w Radomyskim Sądzie. W Radomyślu poznał moją mamę – Stanisławę Rogozińską. Mama bardzo ładnie śpiewała, gdyby życie potoczyło się inaczej, na pewno zostałaby artystką. W 1925 r. tata i mama wzięli ślub, a w 1926 r. urodziła się moja siostra Irena, która obecnie mieszka w Sumach i ma 95 lat. Może Pan to sobie wyobrazić? Nazywamy ją naszą angielską królową» – opowiada pani Alina (królowa Wielkiej Brytanii Elżbieta ІІ również urodziła się w 1926 r. – przyp. aut.).

Zakończywszy opowieść o rodzicach i ich życiu na Żytomierszczyźnie pani Alina staje się smutna, ponieważ po szczęśliwych latach życia małżeńskiego i przyjściu na świat pierwszego dziecka rodzinę Bobrowskich, podobnie jak wiele innych, na początku lat 30. czekały tragiczne wydarzenia.

RH Rogozinska 2

Rodzice Antoni Bobrowski i Stanisława Rogozińska, lata 20.

RH Rogozinska 3

Rodzice Aliny Rogozińskiej oraz siostra Irena, ok. 1930 r.

RH Rogozinska 4

Rodzice oraz siostra Irena, początek lat 30.

Kolektywizacja i Sybir
«Z początkiem kolektywizacji mój dziadek Jan, który posiadał dębowy lasek i rolę, był bogatym gospodarzem, odmówił wstąpienia do kołchozu. Jego synowie wkrótce zostali aresztowani. Mój ojciec trafił do więzienia w Żytomierzu, za jakiś czas został wywieziony na Sybir. Wkrótce mamę wraz z moją siostrą i malutkim bratem również tam deportowano. W trakcie trudnej podróży bydlęcymi wagonami chłopczyk zmarł i mama przybyła do Irkuckа już tylko z moją siostrą. Właśnie tam ojciec odnalazł naszą rodzinę. Następnie skierowano ich do roboty w sowchozie Tajszet hodującym zwierzęta, który był podporządkowany Głównemu Zarządowi Poprawczych Obozów Pracy (Gułag) NKWD. Wkrótce ojciec został skierowany jako księgowy do osiedla Buzuj w rejonie echiryt-bułagatskim obwodu irkuckiego. Dzięki talentowi muzycznemu razem z mamą ciągle był angażowany w działalność kulturalną. Tato zorganizował orkiestrę, a wkrótce – teatr amatorski, w którym grali pracownicy kołchozu. Byli to Ukraińcy, Polacy, Czesi, Słowacy oraz przedstawiciele innych narodowości» – opowiada pani Alina.

Moja rozmówczyni pokazuje zdjęcia, na których jej rodzice haftowanych koszulach występują w ukraińskich dramatach «Beztałanna» oraz «Natałka Połtawka». Po jednym z takich przedstawień wydarzyło się coś ciekawego. Do ojca pani Aliny podeszła kobieta, pochodząca z rodziny dekabrystów wysiedlonych jeszcze w XIX wieku i podarowała mu skrzypce, które stały się swoistą rodzinną relikwią.

RH Rogozinska 6

Życie kulturalne na Syberii, lata 30. Rodzice pani Aliny siedzą w drugim rzędzie: ojciec – drugi po lewej, mama – trzecia po lewej

Alina Rogozińska wspomina, że razem z nimi na Syberii mieszkali m.in. muzycy, aktorzy, reżyserowie, lekarze.

«Czyli z Panią na zesłaniu przebywała inteligencja?» – pytam panią Alinę. «Tak, byli to najlepsi ludzie. Zaczęto ich jednak już wkrótce aresztować, rozpoczęły się trudne czasy również dla naszej rodziny. Urodziłam się w czerwcu 1937 r. w osiedlu Buzuj, a w październiku tego roku ojciec został aresztowany. Miałam dopiero cztery miesiące» – mówi.

Na pytanie, dlaczego aresztowano ojca, pani Alina odpowiada: «Życiorys, były oficer armii carskiej, był jeńcem, «biała kość». Nasi sąsiedzi odwrócili się od nas, ale wkrótce ich również czekały podobne losy. Sąsiad, dyrektor szkoły, nie puszczał do nas swojej córki, a już za tydzień również został aresztowany. Nic nie wiedzieliśmy o losach ojca. Mama kilka razy jeździła do Irkucka i zostawiała tam paczki dla taty, ale pewnego razu powiedziano jej: «Po co tu jeździsz? Nie ma go już dawno. Takich ludzi nikt nie trzyma przy życiu». Mama wciąż jednak czekała».

W archiwum pani Aliny zachowało się zaświadczenie o śmierci ojca, zgodnie z którym rzekomo zmarł w 1940 r. na zapalenie płuc. W rzeczywistości Antoni Bobrowski został rozstrzelany na początku 1938 r. w Irkucku, o czym zachował się odpowiedni zapis w księdze «Ofiary represji politycznych w obwodzie irkuckim» (ros. «Жертвы политических репрессий Иркутской области»). Kilka miesięcy wcześniej rozstrzelano również jego brata Tymoteusza. Pod koniec 1938 r. mama pani Aliny została zmuszona do wzięcia zaocznie rozwodu z mężem pod groźbą umieszczenia dzieci w sierocińcu. Antoni Bobrowski został zrehabilitowany dopiero w 1962 r.

Na forum genealogicznym «Ogólnorosyjskie drzewo genealogiczne» (ros. «Всероссийское генеалогическое древо») udało się nam znaleźć wpis Iryny Perłowskiej z Połtawy z 2013 r., w którym zaznacza, że szuka krewnych swojej prababci Marii Bobrowskiej, córki Józefa, która również pochodziła ze wsi Huta Zabiełocka w obwodzie żytomierskim. Jej historie o braciach Antonim i Tymoteuszu są podobne do rodzinnej historii pani Aliny.

«Po aresztowaniu ojca zostałyśmy podczas wielkiego mrozu wywiezione do Irkucka, gdzie mama po 12 godzin dziennie pracowała w Łysychińskiej Cegielni» – kontynuuje Alina Rogozińska. – «Wychowywała mnie wówczas przeważnie siostra Irena, a mama często wracała z pracy z poparzonymi rękami. Jedynym ratunkiem dla nas była obecność Marusi, siostrzenicy ojca, która mieszkała z nami i we wszystkim nam pomagała».

«Następnie przeniesiono nas do miejscowości Mama nad lewym brzegiem rzeki Witim w obwodzie irkuckim. Tu mama zatrudniła się jako księgowa w magazynie zakładu wydobywającego minerał muskowit. Mój ojciec zawsze mówił mamie, żeby się uczyła, bo to wszystko jej się przyda. Dobrze przewidział jej przyszłość. Ja ciągle chorowałam na zapalenie płuc i mama jeździła do różnych syberyjskich miejscowości, żeby mnie leczyć. Siostra do dziś dziwi się, jak udało mi się przetrwać. Być może także dzięki miejscowym mieszkańcom – Buriatom, którzy przekazywali mamie tłuszcz niedźwiedzi dla mnie. Zawsze żartuję, że to właśnie dzięki temu mam syberyjski hart» – opowiada pani Alina.

«Ze łzami w oczach moja mama kontynuowała udział w życiu kulturalnym, często śpiewała piosenkę «Czoho woda kałamutna» z dramatu «Natałka Połtawka» – wspomina Alina Rogozińska. – «Po napisaniu hymnu ZSRR w 1944 r. mamę zmuszono do jego wykonania, dając do zrozumienia, że w razie odmowy czekają ją poważne konsekwencje. Pamiętam, że jako wynagrodzenie mama otrzymała wówczas dziecięce ubrania dla nas z siostrą. Siostra również pomagała mamie w występach, czasem na scenie tańczyła hopaka w stroju ukraińskim».

Radomyśl i Stanisławów
«Po II wojnie światowej siostry mamy, które mieszkały na Ukrainie, zwracały się do Radomyskiej Rady Rejonowej z prośbą o udzielenie nam pozwolenia na powrót do domu, do Radomyśla. Moja siostra ukończyła wówczas dziewiątą klasę i dostała się do szkoły pedagogicznej w Irkucku.

W 1946 r. pozwolono nam na powrót na Ukrainę. Najpierw przybyłyśmy do Kijowa, gdzie mieszkałyśmy u przyjaciółki mamy. Moja siostra Irena chciała studiować, ale miała wpisane w dokumentach, że jest dzieckiem wroga narodu. Mąż przyjaciółki mamy, który nazywał się Żebrowski, pomógł nam i siostra dostała się na wydział filologii w Kijowie, a my z mamą wróciłyśmy do Radomyśla.

Radzono nam, żebyśmy nie wspominały o Syberii i nie wyrabiały żadnych dokumentów dotyczących naszego pobytu na zesłaniu. W związku z tym wydano mi zaświadczenie, że urodziłam się w 1939 r., a nie w 1937 r. Pisałam później na Syberię, ale otrzymywałam odpowiedzi, że nie zachowały się żadne dokumenty, które potwierdzałyby, że urodziłam się w 1937 r. W 1947 r. zostałam ochrzczona w kościele w Żytomierzu» – mówi Alina Rogozińska.

Opowiadając o dalszym życiu, pani Alina przypomina sobie o modlitewniku ojca z 1916 r., który towarzyszył mu podczas I wojny światowej: «Chcę, żeby włożono mi go do mogiły, gdy nadejdzie czas. Jest to bardzo droga dla mnie pamiątka».

RH Rogozinska 8

RH Rogozinska 7

Modlitewnik ojca wydany w 1916 r.

Po studiach w Kijowie siostra pani Aliny została skierowana do pracy w obwodzie stanisławowskim (obecnie iwanofrankiwski): «Dołączyłyśmy z mamą do niej w 1949 r. Tu ukończyłam cztery klasy rosyjskiej szkoły. Pamiętam, że od samego początku zakwaterowano nas wspólnie z rodziną Piotra Grejdy w budynku Polaków wysiedlonych do Polski. Miejscowi wiedzieli, że również jesteśmy Polakami, ale byliśmy dla nich przede wszystkim zwykłymi ludźmi, sąsiadami. Miałam tam przyjaciół. W obwodzie stanisławowskim mieszkałyśmy do 1953 r. Moja siostra wyszła za mąż za wojskowego, zostałyśmy więc z mamą we dwie. Dziś Irena mieszka w Sumach. Jej mąż Anatolij pochodził z obwodu żytomierskiego, studiował na uniwersytecie w Czerniowcach, został naukowcem».

Naszą rozmowę z panią Aliną przerywa telefon od siostry Ireny. Dzwonią do siebie codziennie o 13.00. Alina Rogozińska zawsze stara się pocieszyć starszą siostrę, która często choruje, poprawić jej humor. Podczas tej krótkiej rozmowy nawet zaśpiewała dla pani Ireny i obiecała, że oddzwoni później. Co ciekawe, siostry przywitały się po polsku, po polsku również życzyły sobie nawzajem zdrowia.

Siam Siam i Łuck
«Nazywał się Samuił Samuiłowycz Wicke. Mówiłam na niego Siam Siam. Był naszym znajomym z Irkucka. Również pochodził z Żytomierszczyzny, z niemieckiej rodziny zesłanej na Sybir przed wojną. Także grał w teatrze, należał do naszego grona. Był bardzo zakochany w mamie, ale ona zdecydowanie mu odmawiała. Ja natomiast bardzo go lubiłam. Jak tylko do nas przychodził, biegłam do drzwi i wołałam: «Siam Siam». Pomagał nam, jak mógł, mimo że nie założył z mamą rodziny. Po Irkucku przyjechał do Łucka, pracował jako budowlaniec, kierował budową mieszkań dla elit partyjnych.

W 1953 r. Samuił Samuiłowycz przyjechał do nas do Stanisławowa i przekonał, żebyśmy pojechały z nim do Łucka. Moja starsza siostra wówczas już wyszła za mąż i mama się zgodziła. Bardzo lubiłam Samuiła Samuiłowycza i wkrótce zaczęłam nazywać go tatą. W Łucku mama pracowała u niego na budowie. W 1957 r. otrzymał mieszkanie. Mama we wszystkim mu pomagała, przez jakiś czas pracowała jako stróż. Pewnego razu doszło do wypadku – mamie na głowę spadła gałąź z drzewa. Zrobiono jej skomplikowaną operację, ledwo doszła do siebie. Nie wolno jej było denerwować się, więc zawsze starałyśmy się nią opiekować.

Na początku lat 60. zaczęły się problemy Samuiła Samuiłowycza z władzami. Był Niemcem i z tego powodu go prześladowano. Wkrótce podjął decyzję o przeniesieniu się do miasta Frunze (obecnie Biszkek, stolica Kirgistanu), gdzie mieszkało wielu deportowanych Niemców. W połowie lat 60. otrzymałyśmy telegram z informacją o jego śmierci» – pani Alina bardzo ciepło wspomina Samuiła Samuiłowycza, dzięki któremu razem z mamą trafiła do Łucka i nawet nazywała ojcem.

«Miałam ładny głos i talent muzyczny, dostałam się więc do Lwowskiej Wyższej Szkoły Muzycznej, do klasy domry» – kontynuuje. «Po ukończeniu nauki wróciłam do Łucka, zatrudniłam się w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako nauczyciel domry. Razem z innymi wykładowcami śpiewałam w ansamblu wokalnym. Często występowaliśmy. Śpiewałam opery, m.in. zagrałam Pannoczkę w operze «Utoplena» Mykoły Łysenki. Do połowy lat 90. zawsze byłam na scenie. Mojego męża Wołodymyra poznałam jeszcze w szkole. Ja byłam uczennicą dziewiątej klasy, a on – dziesiątej. Uprawiał boks, więc odstraszał innych chłopaków. Wołodymyr pochodził z Sum, jego ojciec został skierowany do Łucka, do pracy w szpitalu. Mój mąż pracował w kopalni, studiował na Politechnice Kijowskiej. Wzięliśmy ślub w 1965 r., urodziły się nam dwie córki. Wołodymyr w ciągu 10 ostatnich lat życia był niewidomy, zmarł w 2015 r.».

RH Rogozinska 5

Przed występem na scenie, lata 60–70.

«Moja mama chorowała, więc opiekowałam się nią. W lipcu 1991 r., kiedy dowiedziała się, że w Łucku został otwarty kościół, zaprowadziłam ją tam. W listopadzie tego roku mama zmarła. Na znak pamięci o niej zaczęłam chodzić do kościoła. W rodzinnym gronie zawsze staraliśmy się pielęgnować tradycje, obchodzić święta religijne, mimo że kiedyś było to niebezpieczne» – opowiada moja rozmówczyni. Na początku lat 90. Alina Rogozińska została również aktywną członkinią Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu oraz działającego przy nim Koła Sybiraków, ale teraz, jak sama mówi, ze względu na stan zdrowia rzadko uczestniczy w różnych wydarzeniach odbywających się w tej organizacji.

RH Rogozinska 1

Alina Rogozińska, lipiec 2021 r.

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Tekst i zdjęcia: Serhij HŁADYSZUK