Artykuły
  • Register

Wołyńskie strzelczynie uczestniczyły w Kadrówce, Marszu Sulejówek-Belweder oraz innych zawodach sportowych organizowanych na terenie Polski. I odnosiły sukcesy! (początek tu).

Za ich sportowy debiut należy uznać Marsz Ołyka–Łuck. Jednym z organizatorów zawodów marszowych przeprowadzonych po raz pierwszy na Wołyniu w maju 1927 r. był mój dziadek Jan Marcinkowski, który zasiadał również w Komisji Sędziowskiej.

W sportowej rywalizacji wzięło wówczas udział osiem drużyn męskich, jedna wojskowa i jedna policyjna oraz dwie sekcje żeńskie. W sumie na starcie stanęło 118 zawodników. Rywalizacja była zacięta. Kilka osób zdyskwalifikowano. Tymczasem znakomicie zaprezentowała się sekcja żeńska z Oddziału Łuck–Miasto. Doskonale przygotowane strzelczynie z Łucka nie tylko przetrwały forsowne tempo marszu, ale wyprzedziły dwie drużyny męskie («Marsz Ołyka–Łuck 3.V.1927» [w:] «V-ty Marsz Szlakiem Kadrówki 6.VIII.1928», Warszawa, 1928, s. 107–110). Po tych zawodach uwierzyły, że potrafią zwyciężać w ostrej rywalizacji z mężczyznami.

W sierpniu 1927 r., wzięły udział w Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej i od razu odniosły spektakularny sukces – zwyciężyły w klasyfikacji zespołowej, zdobywając nagrodę ufundowaną przez panią prezydentową Mościcką. Na 51 zespołów, które doszły do Kielc, sekcja prowadzona przez Stanisławę Kobrynowiczową była tak dobrze przygotowana marszowo, że pozostawiła za sobą 20 drużyn męskich! Dzielne Wołynianki triumfowały również w klasyfikacji indywidualnej pań: I miejsce zajęła Maria Augucewiczówna z Łucka, która otrzymała od Marszałka Piłsudskiego książkę «Moje boje» z dedykacją oraz złoty medal z wizerunkiem Świętego Jerzego, natomiast na II miejscu uplasowała się Franciszka Nowacka z Horochowa.

Strzel 03

Dzielne Wołynianki, zwyciężczynie Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej w 1927 r. Od lewej – Maria Augucewiczówna z Łucka i Franciszka Nowacka z Horochowa

We wrześniu 1927 r. wołyńskie strzelczynie wystawiły niewielką, ale mocną drużynę na Ogólnopolskie Zawody Sportowe Związku Strzeleckiego w Warszawie i na równi z mężczyznami brały udział w strzelaniu z broni małokalibrowej, w zawodach pływackich, kolarskich, łuczniczych i lekkiej atletyce. W tej ogólnopolskiej rywalizacji w zawodach kolarskich Stanisława Kobrynowiczowa zdystansowała rywalki, zdobywając nagrodę prezesa Klubu Kolarzy w Warszawie w postaci bezpłatnego kursu samochodowego. Zajęła też I miejsce w strzelaniu. W tej konkurencji dzielnie sekundowała jej komendantka wołyńskich strzelczyń Helena Małecka.

Mimo chłodu i trudnych warunków na Wiśle Wołynianki triumfowały również w zawodach pływackich na 1000 m, zajmując trzy pierwsze miejsca (Magnuska, Nowacka, Kobrynowiczowa). Z kolei strzelczyni z Łucka Łasińska zajęła I miejsce w pływaniu na 50 m oraz w rzucie piłką, a II miejsce – w pchnięciu kulą.

Niespełna rok później, w marcu 1928 r., dziewczyny postanowiły zaznaczyć swoją obecność w kolejnej prestiżowej ogólnopolskiej imprezie sportowej, jaką był Marsz Sulejówek–Belweder. Trzynastoosobowe drużyny strzelczyń dzielnie wędrowały szosą w kierunku Warszawy. Wołynianki wyprzedziły wiele drużyn męskich i w kategorii kobiecej zajęły pierwsze miejsce. Z dumą mogły odebrać nagrodę z rąk gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

W lipcu 1928 r. wzięły udział w przeprowadzonych po raz pierwszy najważniejszych zawodach marszowych Okręgu Wołyńskiego, czyli w Marszu na Polską Górę. W organizację tego prestiżowego przedsięwzięcia włączony był również mój dziadek Jan Marcinkowski.

Strzel 02

Łucki Komendant Powiatowy, Jan Marcinkowski, wraz z siostrami. Zdjęcie ze zbiorów Tadeusza Marcinkowskiego

W dniu zawodów już o godzinie 4 rano na starcie w Kołkach stanęło 55 drużyn. Zespoły, w większości strzeleckie, ale także policyjne i wojskowe, wyruszyły trudną, bo niezwykle piaszczystą drogą w stronę Polskiej Góry. Trasa liczyła 44 km. Była przygotowana tak, by po drodze uczestnicy sportowej rywalizacji mijali miejsca upamiętnień bohaterskich walk żołnierza polskiego. Niestety, nie wszystkie drużyny dotarły do celu.

Sędziowie zawodów, w tym Jakub Hoffman, Komendant Obwodu Równe, komendant Argasiński z Lubomla oraz komendant Stanisław Wąsik z Kowla, pilnowali przestrzegania regulaminu. Około godziny 10.00, witane przez orkiestrę 24 Pułku Piechoty z Łucka, pojawiły się na mecie pierwsze zespoły.

Zwycięzcą I Marszu na Polską Górę została reprezentacja Policji Państwowej z Łucka, ale wśród tylu startujących męskich drużyn na ósmej pozycji uplasowała się drużyna strzelczyń z Łucka w składzie: Kmitówna, Augucewiczówna, Wyszówna, Baranowska, Szczepańska, Łasińska i Szczotkówna. Dzielne dziewczyny na trasie wyprzedziły aż 17 zespołów męskich. Na uczestników marszu na mecie pod kopcem, sypanym na wzór kopca Kościuszki, czekali m.in. generałowie: Sławoj-Składkowski, Rydz-Śmigły, Berbecki, Minkiewicz, Orlicz-Dreszer, Olszyna-Wilczyński, dawni uczestnicy walk legionowych.

Strzel 01

Maria Augucewiczówna z Oddziału ZS Łuck–Miasto, zwyciężczyni w rywalizacji indywidualnej w Marszu Szlakiem Kadrówki w 1927 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

Pod koniec lat 20. to właśnie te – jak je czasem w artykułach nazywano z pogardą – «odziane w mundury salonowe lale» stanowiły najbardziej godną reprezentację Okręgu Strzeleckiego Wołyń. Czasem jakby z niedowierzaniem, ujmującą skromnością i nieśmiałością, którą doskonale ilustruje prezentowane zdjęcie Marii Augucewiczówny, indywidualnej zwyciężczyni Marszu Szlakiem Kadrówki w 1927 r., przyjmowały zasłużone zwycięstwo.

A oto inny obrazek – wręczenie nagród w Marszu Sulejówek–Belweder w 1928 r. Reporter «Strzelca» relacjonował: «Pierwszą nagrodę żeńską zdobywają strzelczynie wołyńskie (…). Wita je grzmot oklasków. Zawstydzona, speszona drużynowa zapomina o obecności gen. Rydza-Śmigłego i skoro ujrzała płk. Ulrycha, o którym wie, że jest panem i bogiem przysposobienia wojskowego, melduje mu swą drużynę. Dobroduszny uśmiech na ustach generała, wyjaśnienie pomyłki i z generalskich rąk w dzielne ręce strzelczyń, witanych i żegnanych owacjami, wędruje karabinek małokalibrowy, cenna zdobycz dla strzelczyń kresowych» («Wręczenie nagród», «Strzelec», 1928, nr 11, s. 11).

Dopiero w 1933 r. panie, w uznaniu ich zasług na polu pracy organizacyjnej, decyzją Zarządu Głównego zyskały samodzielność organizacyjną i przestały podlegać Zarządowi i Komendantowi oddziałów męskich. Wówczas honorową przewodniczącą pierwszego samodzielnego oddziału żeńskiego została żona wojewody wołyńskiego Julia Józewska.

Czym prócz zwykłej pracy szkoleniowej zajmowały się strzelczynie? Dbały o czystość i porządek w strzeleckich świetlicach. Z kobiecym smakiem dekorowały surowe strzeleckie wnętrza. Niby drobiazgi: firanki i kwiaty w oknach, misternie wykonane serwetki, kolorowe makatki i od razu w środku stawało się swojsko, przytulnie i miło. Strzelczynie z Oddziału Łuck–Miasto ozdobiły ściany świetlicy w lokalu przy ulicy 3 Maja własnoręcznie wykonanymi kilimami («Strzelec», 1935, nr 14, s. 13).

Swoimi umiejętnościami dzieliły się również z innymi. Prowadziły «kursy trykotarstwa», kilimkarstwa czy robót ręcznych. Znając problemy finansowe organizacji, często występowały we własnoręcznie skrojonych i uszytych mundurach. Na zimę troskliwie zaopatrywały strzelców w zrobione na drutach rękawiczki i szaliki. Osobiste wręczanie tych upominków stało się miłą strzelecką tradycją.

W robótkach ręcznych wołyńskie strzelczynie były niedoścignione. W 1937 r. w akcji na Fundusz Obrony Narodowej zajęły wśród wszystkich okręgów I miejsce, dostarczając do Komendy Głównej Związku Strzeleckiego w Warszawie najwięcej pięknie wykonanych, posortowanych i zapakowanych w płócienne woreczki wełnianych rękawic.

Przy okazji wszelkich świąt, zebrań, zabaw strzeleckich czy akcji charytatywnych, które stawały się okazją do poratowania organizacyjnego budżetu oraz wspomożenia tak ważnych lokalnych przedsięwzięć jak budowa kościoła, szkoły czy boiska, strzelczynie troszczyły się o miłą atmosferę i smaczny poczęstunek. Bez ich kulinarnych talentów strzeleckie imprezy nie cieszyłyby się tak wielkim powodzeniem, nie miałyby tej wylewnej serdeczności, nie zapisałyby się w pamięci gamą wspaniałych zapachów i smaków. Wołyńskie strzelczynie naprawdę potrafiły świetnie gotować!

Za sprawą mojej babci Olimpii Marcinkowskiej, rodowitej łucczanki, żony Komendanta Oddziału Łuck–Zamek, w dzieciństwie miałam okazję spróbować przysmaków, którymi raczyli się przy okazji różnych spotkań na zamku Lubarta podkomendni dziadka Jana Marcinkowskiego. Do dziś szukam smaku rozpływających się w ustach chrustów (faworków) czy pachnących cynamonem kichłyków. Te kulinarne umiejętności w czasie wojny bardzo przydały się babci i innym strzelczyniom zesłanym na Sybir. Dosłownie potrafiły zrobić coś z niczego. Placki z lebiodą, zupę na pokrzywie czy pierogi z burakami (Małgorzata Ziemska, «Warunki życia Polaków na zesłaniu i ich powrót do Ojczyzny» [w:] «Zielonogórscy Sybiracy», Zielona Góra, 2018, s. 73.).

Ważne miejsce w życiu kobiecych oddziałów zajmowały też akcje społeczne skierowane czy to do dzieci, czy też do osób bezrobotnych. We współpracy z Komitetami Pomocy Bezrobotnym strzelczynie organizowały dożywianie. Przeszkolone na kursach kroju i szycia szyły dla ubogich bieliznę i inne części garderoby. W 1938 r. w akcji na rzecz Pomocy Zimowej wykonały na przykład 208 kompletów swetrów, czapek i rękawic, które przekazały Komitetowi Wojewódzkiemu, a częściowo Miejskiemu Komitetowi Pomocy Dzieciom i Młodzieży («Z życia Pracy Kobiet Związku Strzeleckiego Podokręgu Z.S. Wołyń», «Strzelec», 1938, nr 23, s. 12). Prowadziły wycieczki, zabawy i wieczory świetlicowe dla dzieci osób bezrobotnych. W strzeleckiej świetlicy przygotowywały choinkę dla maluchów z biednych rodzin. Własnoręcznie szykowały drobne upominki na gwiazdkę. Brały udział w charytatywnych zbiórkach na rzecz bezrobotnych, kwestując na ulicach wołyńskich miast i miasteczek.

Trudno bez nich wyobrazić sobie obchody rocznic czy uroczystości strzeleckich. Występowały w chórach, zespołach tanecznych i teatrach amatorskich. Zachwycały w «deklamacjach zbiorowych» czy «gimnastyce rytmicznej». Niekiedy, jak moja ciocia Janina Marcinkowska, mogły zaprezentować swoje aktorskie umiejętności na deskach łuckiego teatru, zdobywając nawet pochwały profesjonalistów.

Jerzy Blok, artysta Wołyńskiego Teatru Wojewódzkiego, na łamach «Przeglądu Wołyńskiego» chwalił występy łuckich strzelczyń w przygotowanej w 1931 r. przez strzelecką sekcję teatralną leguńskiej krotochwili «Jak kapral Szczapa śmierć wykiwał»: «Dziarskim porucznikiem w spódnicy była ob. Sarankiewiczówna, Hania w osobie ob. Marcinkowskiej Janiny miała dużo prostoty i wdzięku» (Jerzy Blok, «Jak kapral Szczapa śmierć wykiwał», «Przegląd Wołyński», 1931, nr 20, s. 3).

Strzelczynie bardzo często same przygotowywały kostiumy do przedstawień. Dekorowały sale na uroczystości. Dbały o niezbędne rekwizyty.

Kiedy na początku lat 30. w związkowym statucie pojawiło się postanowienie, by do Związku Strzeleckiego przyjmować osoby poniżej 18 r. życia, okazały się niezastąpione. Pracowały jako instruktorki, biorąc udział w działalności wychowawczej i opiekując się drużynami Orląt Związku Strzeleckiego.

Na tym polu największą inicjatywą wyróżniały się nauczycielki szkół powszechnych i gimnazjów. Prowadziły strzeleckie biblioteki. Zachęcały młodzież do lektury arcydzieł literatury polskiej, ciekawych powieści historycznych i podróżniczych oraz udziału w konkursach czytelniczych czy pięknego czytania. Przygotowywały kursy, wykłady, pogadanki i odczyty dla strzeleckiej młodzieży. Organizowały obozy, wycieczki krajoznawcze i historyczne, popularyzujące miejsca i zabytki kultury narodowej.

Wraz z młodzieżą dbały o miejsca pamięci i mogiły, szczególnie z okresu walk legionowych oraz wojny polsko-bolszewickiej. Miały też swój udział w powstaniu ważnego upamiętnienia na Polskiej Górze. Przy okazji strzeleckich świąt nie zapominały o poległych w walce na Wołyniu bohaterach. Przypominały ich sylwetki w trakcie pogadanek, wraz z młodymi ludźmi sprzątały i dekorowały groby, zamawiały msze święte za dusze poległych i wraz z podopiecznymi brały udział w uroczystościach.

Dzięki strzeleckim działaczkom orlęta mogły w czasie zajęć świetlicowych wzbogacać swoją wiedzę, rozwijać talenty i umiejętności. Chętnie prowadziły chóry i teatry amatorskie oraz szykowały wraz z podopiecznymi okolicznościowe przedstawienia. Występy strzeleckich orląt stanowiły niekiedy główną atrakcję przygotowanych przez Związek Strzelecki czy zaprzyjaźnione organizacje akademii. Na przykład w 1936 r. w Ołyce, w zorganizowanym przez Ligę Morską i Kolonialną Dniu Święta Morza, na tle oświetlonej reflektorami jedenastometrowej makiety polskiego torpedowca zaprezentowały inscenizację pt. «Fantazja Morza». Jak relacjonuje reporter «Strzelca»: «Publiczność żywiołowo oklaskiwała tańczące orlęta, pomysłowo przystrojone w stroje bibułkowe» («Strzelec», 1936, nr 16, s. 13).

W drugiej połowie lat 30. na wypadek wojny strzelczynie sposobiły się do pełnienia w wojsku służby wartowniczej, kancelaryjnej, łączności czy sanitarnej. Brały udział w kursach udzielania pierwszej pomocy. W Ołyce takie szkolenia prowadził dr Walerian Ramlau, który po wojnie, podobnie jak mój ojciec, znalazł swój nowy dom w Torzymiu na Ziemi Lubuskiej.

Strzelczynie były też doskonałymi instruktorkami obrony przeciwgazowej, przeciwlotniczej czy przeciwpożarowej. Miały świadomość, że gdy obrońcy Ojczyzny wyruszą na front, czeka je obsadzenie stanowisk w szkołach, urzędach czy szpitalach, że będą musiały zastąpić mężczyzn w elektrowniach, gazowniach czy wodociągach. W ramach «pogotowia strzelczyń» szykowały się do współdziałania w samoobronie miejscowości oraz do niesienia pomocy wojsku.

W czasie II wojny światowej wołyńskie strzelczynie bez wahania stanęły do walki. Pełniły różne funkcje w wojskowych służbach pomocniczych. Te, które pozostały w swoich miejscowościach, opatrywały rannych, przyrządzały posiłki oraz przygotowywały miejsca noclegowe dla wycofującego się ku ścianie wschodniej wojska, opiekowały się napływającymi z Polski centralnej uciekinierami. Po 17 września 1939 r. mocno włączyły się w działalność konspiracyjną i walkę z sowieckimi okupantami.

Zahartowane, świetnie władające bronią, odważne, odpowiedzialne, karne, dobrze zorganizowane, ale też pełne kobiecego ciepła, uroku i wdzięku – ciche bohaterki trudnych wojennych dni. W katowniach NKWD, na gestapo, w mrozach Sybiru, piaskach Kazachstanu, hitlerowskich obozach śmierci, w czasie, który spowił Wołyń krwawą pożogą, na robotach w Niemczech, a później w repatriacyjnych wagonach… Myślę o nich z wielkim wzruszeniem. O wielu bohaterkach tego okresu świat już zapomniał. Nie ma nawet ich grobów.

Małgorzata ZIEMSKA

CZYTAJ TAKŻE:

WOŁYŃSKIE STRZELCZYNIE – «SPÓDNICZKOWE WOJSKO». CZĘŚĆ 2

ZIMA W STRZELECKICH SZEREGACH. CZĘŚĆ 2

O ZWIĄZKU STRZELECKIM NA WOŁYNIU W 80. ROCZNICĘ ZBRODNI KATYŃSKIEJ. CZĘŚĆ 4