Artykuły
  • Register

Mikołaj Zahorujko był wspaniałym mówcą, tylko nikt z jego otoczenia tego nie doceniał i nie miał chęci go wysłuchać (początek tu, kontynuacja – tu).

Mówił, że w 1943 r. ludzie nagle jakby zapomnieli o otaczającym ich świecie, toczącej się potwornej wojnie, dążąc do wytracenia sąsiadów Polaków.

Potem milczał, ja robiłem notatki, po chwili kontynuował: «Na szczęście, wielu temu nie uległo, zachowali się przyzwoicie i na ich pamięci można budować przyszłość narodu. Jednym z takich ludzi był świaszczennik z Werbcza, który nie poparł banderowców, nawoływał ich do opamiętania. Został zabrany z żoną, czworgiem dzieci i służącą do Korostu, a tam wszystkich związali razem drutem kolczastym i utopili w Horyniu». Mikołaj opowiadając o tym mordzie, nie wymienił daty, może ktoś z Czytelników to uzupełni (polski historyk ukraińskiego pochodzenia Igor Hałagida podaje jego nazwisko – ojciec Jewgenij Kuszpita; tę wiedzę zaczerpnąłem z materiałów historyka Grzegorza Naumowicza).

Mikołaj się zamyślił, wtedy zadałem mu pytanie, kiedy ukształtował się jego pogląd na tamte wydarzenia. Bez pośpiechu rozpoczął kolejną opowieść, wzbudzając tym samym ciekawość. Niewielu z setek moich rozmówców mogło się z nim równać. On opowiadał, a ja słuchałem i dalej notowałem, dlatego opisuję to, co mi przekazał.

Huta 43 5

Mikołaj Zahorujko przy cerkwi w Hucie. 2008 r.

Mordy na pojedynczych Polakach dokonywane były również bez udziału banderowców, na własną rękę, przy użyciu narzędzi gospodarskich. Wiele wcześniejszych konfliktów załatwiano właśnie w ten sposób. Pomiędzy Wyrką a Siedliskiem, tuż koło Ostrówek, mieszkał biedny Polak Jan Zieliński. Miał kilkoro małych dzieci i żonę chorą na gruźlicę. W nędznej stajni obok krowy trzymał jeszcze maciorę i to było całe jego gospodarstwo, bo pola nie posiadał. Zajmował się walizkowym handlem po odpustach. Rozkładał dewocjonalia na lnianej szmacie pościelonej na ziemi, czasem coś sprzedał. Pod koniec marca 1943 r., jak już można było poruszać się wozem, bo śnieg schodził z pól, wybrał się do Romejek, aby zamienić prosię na siano. Przejeżdżał koło domu Zahorujków, rozmawiał z ojcem Mikołaja, po czym stwierdził, że musi jechać, aby za dnia wrócić. Wieczorem przed spaniem ojciec powiedział, że Zieliński pewnie wybrał drogę przez Wyrkę, bo tędy nie wracał.

Nazajutrz rano Ukrainiec Niczypor z Perespy pędził konno przez Ostrówki i wołał: «Zieliński zabity i spalony». Ojciec zabronił Mikołajowi wychodzić z domu, nic nie było wiadomo, kto i za co go zabił. On posłusznie siedział i czekał, co się będzie działo. Po przejechaniu ze strony Wyrki kilku furmanek pełnych ludzi ojciec Mikołaja nie wytrzymał z ciekawości i kazał mu ruszyć za nimi, żeby zobaczyć, co się stało. Dołączył więc do kilku polskich chłopców i razem pobiegli za furmankami.

W lesie blisko Perespy (chodzi o Perespę koło Wyrki, była jeszcze druga Perespa koło Suni nad Horyniem), przy samej drodze, oczom Mikołaja ukazał się potworny widok. Lamentująca żona Zielińskiego podtrzymywana przez ludzi stała przy wypalonym ognisku. Szczątki rozpoznała po rozdartych butach i stalowej klamrze od pasa. Zeszli się Polacy i Ukraińcy z Perespy, Ostrówek, Siedliska i Wyrki. Mężczyźni rozprawiali o sprawcach, kobiety płakały, a dzieci z przerażeniem patrzyły na ludzkie szczątki.

Wyjaśniło się wtedy, że Zieliński wracał bardzo zmęczony przed zmrokiem pieszo, już wcześniej stracił wóz z koniem, który pożyczył mu sąsiad. Chwilę później przyjechało konno kilku obcych uzbrojonych Ukraińców, złapali miejscowego chłopca i nakazali mu powiedzieć, w którą stronę uciekł Lach. On przestraszony wskazał leśna drogę. Potem już tylko słychać było lament wniebogłosy maltretowanego Zielińskiego palonego na pryzmie chrustu (nazbierał ją wcześniej Ukrainiec Karp, ale nie miał czym przywieźć do domu, schła więc przez całe lato). Nikt z Perespy nie odważył się do rana wyjść z domu.

Potężna lawina ruszyła i szybko zmiotła Polaków z Wołynia. We wsiach ukraińskich wiosną 1943 r. zaczęło się dziać coś nowego. Prawie wszystkich mężczyzn przymusowo wciągnięto na listę Samoobronnych Kuszczowych Widdiłiw (SKW). Od tego czasu Werbcze Welkie stało się «Stanicą SKW», a razem z Werbczem Małym, Butejkami, Kryczylskiem i Korostem tworzyło «Kuszcz SKW». Powołane do obrony, okazały się wkrótce zapleczem do rzezi na Polakach. Chłopi ukraińscy jeszcze tego nie wiedzieli. Zobowiązani, przymusowo ćwiczyli fechtunek pikami, widłami, uczyli się zadawać ciosy siekierą. Nauka nie poszła w las, posłużyła jednak nie do obrony, a do ataku i zbrodni. Panowała konspiracja, więc nikt nie pytał, kto ich szkoli, jak się nazywa i skąd przychodzi. Wszyscy jednak wiedzieli, że prym organizacyjny wiedli przybysze z Galicji. Poznano ich po czynach, mowie i używanych przekleństwach nieznanych na Wołyniu.

Po przesłuchaniu i pobiciu przez sowieckich partyzantów, Iwan Hryszczenko nie mógł dojść do siebie (pisałem o tym w odcinkach o nauczycielu Janie Skibie, komendancie polskiej samoobrony w Wyrce opublikowanych w nr. 23 z 3.12.2020 oraz nr. 24 z 17.12.2020). Przez kilka tygodni leżał obolały lub udawał, a historia nie zatrzymywała swego biegu. Kiedy wyzdrowiał, przestał być szucmanem, a w międzyczasie prawie wszyscy jego koledzy zdezerterowali ze służby. Jednak większość z nich nie poszła do banderowców, jak powszechnie sądzono, a rozeszła się do domów, dość mieli wojny. Z Werbcza Wielkigo było 20 szucmanów, kilku ukrywało się aż do «wyzwolenia», nikt nie wiedział, że w ogóle żyją. Iwan Hryszczenko po dezercji z szucmanszaftu znalazł sobie nową funkcję, w opisie Mikołaja był «kierownikiem w stanicy» (wielu szczegółów w rozmowach nie dopytałem, np. tego, co to była za funkcja).

Huta 43 6

Pomnik w Werbczu Wielkim

W międzyczasie zabito komendanta Jana Skibę. Wtedy wszystko nagle się skończyło. Ukraińcy nie puścili dzieci na pogrzeb nauczyciela. W tym samym czasie do domu Ignata Melnyka w Konotopach koło Huty Stepańskiej przyjechali furmanką Polacy z Huty, aby zabrać mu posiadaną posowiecką broń z 1941 r. Wszystko odbywało się w spokoju. Ignat był lubianym przez Polaków sąsiadem. Najpierw oddał «jaszczyki» (pol. pudła – red.) z amunicją, potem ukrytą broń. Jak już Hucianie mieli odjeżdżać, nie wiadomo, dlaczego, rzucił się do ucieczki.

Nikt go nie ścigał, a wszyscy ze zdziwieniem przyglądali się, jak ucieka w stronę rzeczki. Wtedy jakiś obcy, bo pochodzący z uciekinierów, odruchowo strzelił mu w plecy, a on padł. Hucianie wyrwali mu broń i wołali: «Durniu, po coś strzelił», a jeden z Sawickich trzasnął go w głowę pięścią. Nikt jednak nie poszedł za Ignatem, bo byli pewni, że jest zabity. Wszystkiemu z rozpaczą przyglądał się syn Ignata, Paweł. Kiedy od Hucian usłyszał «wybaczaj», kiwnął głową, a potem rękami złapał się za nią i tak stał w odrętwieniu. Hucianie odjechali, a on ponaglany przez kobiety ruszył z nimi za ojcem, ale go nie znaleźli. Pozostała nadzieja, że żyje, ale nigdzie go nie było. Ignat wprawdzie został trafiony, ale kula przeszła na wylot przez bok. Schował się w łozy koło rzeczki, przeczekał do nocy i poszedł do Werbcza Wielkiego. Tam doszedł do zdrowia.

Nie minęły dwa tygodnie, a nie było już Ukraińców w Ostrówkach, uciekli do swoich, podobnie jak i Polacy. Niezwłocznie za ojcem dom opuścił również syn Ignata, Paweł Melnyk z żoną Nadią z d. Borodawską. Po niedługim czasie rodzinę Melnyków spotkało straszne nieszczęście. Żonę Pawła, Nadię, która była w ciąży, ktoś posłał do domu w Konotopach, aby przyniosła «berdo» do tkania płótna (płocha – red.). Prawdopodobnie uczynił to mąż związany z melnykowcami – za ich namową mógł wysłać ją jako zwiadowczynię. Paweł wiedział, że z rąk Hucian nic jej nie grozi. Razem z nią dla dodania odwagi poszła jej siostra. Poszły i przepadły bez wieści, nigdy nie wyjaśniła się tajemnica ich zaginięcia.

Huta 43 2

Paweł Melnyk. Tu stał dom Pawła Libery. Koniec lat 60

Paweł Melnyk w powojennej Hucie był nauczycielem, bardzo przyjaźnie odnosił się do Polaków. Pomagał w upamiętnieniach huciańskich, przyjmował Polaków i gościł ich. Utrzymywał bliskie kontakty z Edwardem Kwiatkowskim, Julianem Libnerem, a przede wszystkim z generałem Czesławem Piotrowskim. Paweł prosił o jakąkolwiek informację, chciał choćby kości bliskich pozbierać, żeby jego dusza przed śmiercią zaznała spokoju. Starano się już w latach 70. wyjaśnić tę sprawę, ale nic nie ustalono. Szczególnie Piotrowski (autor książki «Krwawe żniwa» i kilku innych wybitnych opracowań) ze wszelkich sił próbował dojść do prawdy, przepytał kilkuset wtedy jeszcze żyjących Hucian. Z całą pewnością nikt z rodowitych Hucian i Polaków z okolicznych wsi tego nie zrobił. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że zostały zabite jednak przez Polaków, którzy byli uciekinierami i niejednokrotnie mieli wymordowane rodziny. W ten sposób szukali zemsty, zawsze jednak czynili to samowolnie, bez wiedzy huciańskiej samoobrony.

Huta 43 3

Paweł Melnyk koło domu Stanisława Sawickiego i policjanta Sobika. Koniec lat 60

Huta 43 4

Paweł Melnyk pokazuje, gdzie stał dom Edwarda Kwiatkowskiego. Koniec lat 60

Paweł Melnyk nigdy nie dowiedział się, kto i gdzie zabił jego ciężarną żonę. Zmarł spokojnie, nie nosił w sobie nienawiści. W pamięci Polaków zapisał się najlepszymi literami.

Jakże niewiele potrzeba, aby uzdrowić stosunki polsko-ukraińskie. Wystarczy wspomnieć wielkiego duchem i umysłem Pawła Melnyka i to, jak Hucianie prosili go o wybaczenie. Wystarczy powiedzieć sobie nawzajem: «Wybaczcie». Nienawiść nigdzie nas nie doprowadzi, co najwyżej stanie się naszą wspólną zgubą.

Huta 43 1

Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert i Mikołaj Zahorujko. 2011 r.

(Ciąg dalszy nastąpi)

Janusz HOROSZKIEWICZ
Zdjęcia udostępnione przez autora pochodzą ze zbiorów Edwarda Kwiatkowskiego

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OTO UKRAINIEC MIKOŁAJ ZAHORUJKO. CZĘŚĆ 1

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OTO UKRAINIEC MIKOŁAJ ZAHORUJKO. CZĘŚĆ 2