Artykuły
  • Register

Nowe sowieckie szczęśliwe czasy, od jesieni 1939 r., zauroczyły wielu. Kto się zorientował, szybko naciął sobie drewna na dom, zanim nowi gospodarze zabronili i sami cięli lasy na potęgę. Nawet tytoń można było sadzić, nikt nie karał.

Zielony mundur «akcyźnika» i granatowy policjanta przeszedł do historii. Szumowiny społeczne odetchnęły z ulgą. Rozkwitła też produkcja samogonu, skrzętnie ukryta za Polski. Przygasła jednak wkrótce ze względu na obowiązkowe dostawy żyta. Zabrakło głównego składnika. Komory szybko stały się puste. Do wyboru było pić, albo jeść.

Politrucy wprowadzali nowe zwyczaje i niestrudzenie agitowali. Tę funkcję w Folwarku, Ostach i Janówce sprawował Łuchnow. Jeżdżąc do Folwarku miał wielką zgryzotę, przydrożny krzyż, który nie dawał mu spokoju. Przemyśliwał sprawę, co będzie jak wyższa władza tu zawita i zobaczy na jego terenie taki znak. Tak dalej być nie mogło. Postawiony w czasie Misji w 1938 r. stał się przeszkodą, którą trzeba było usunąć. Sam jednak nie ruszył krzyża. Na wieczornym zebraniu przekonywał, że nie może stać koło szkoły, bo to przejaw ciemnoty i zły przykład dla dzieci. Szukał chętnego, w domyśle obiecując łaskawe traktowanie w przyszłości. Szumowina wiejska, Marian Feliński, zobowiązał się krzyż wykopać. Miał to zrobić na drugi dzień, bo było już późno.

Nie zdążył jednak. Kiedy rano przyszedł z pomocnikiem wykonać zadanie, krzyża już nie było. Kolejarz Stanisław Feliński, aby ratować krzyż, w środku nocy wykopał go, odkręcił ramię i razem z woźnym szkolnym ukrył na strychu szkoły. Tak to krzyż nad dziećmi nieprzerwanie czuwał. Niedługo potem Stanisław został aresztowany i wywieziony na Sybir. Powodem był donos sąsiada związany z jego wypowiedziami o władzy sowieckiej i kwestionowaniem ważności październikowych wyborów.

Huta265 3

Stanisław Feliński. Wywieziony na Sybir

Huta265 4

Stanisław Feliński i jego żona Antonina Kopij. Zdjęcie z 1921 r.

Łuchnow nie dociekał, gdzie jest krzyż. Ważne, że już go nie było i nie podważa nauki głoszonej dzieciom w szkole, a dorosłym na zebraniach. Starzy mądrzy ludzie, którzy mieli z Łuchnowem (miał około 40 lat) kontakt, twierdzili, że to nie jakaś łachudra, a dobry człowiek, tylko zmuszony przez sowietów do takiego zachowania. Samego krzyża się boi, żeby Chrystus nie widział, co robi i co głosi. Pytany o Wielki Głód na Ukrainie mówił, że to nieprawda. Ucałował jednak kromkę chleba, gdy kiedyś mu upadła. Jednego razu żona sekretarza Kunickiego przeszukała mu kieszenie szynela, zaciekawiona, co tam tak wystaje. Były pełne kromek i zasuszonych skórek z chleba.

Jak już krzyża we wsi nie było, to diabeł na dobre wdarł się w zachowanie niektórych. Po kolonii rozeszła się wieść, że jeden zabił swoją żonę. Sam twierdził, że umarła. Zastanawiało to wszystkich, bo przecież była młoda i zdrowa.

Jadwiga, żona Mariana Felińskiego, po rozwodzie z Drzewieckim i ponownym «zaślubieniu» męża, wyruszyła w tournée po okolicy. Szczególnie upodobała sobie ukraińskie wsie, gdzie była uważana za doświadczoną «babę od przerywania ciąży». Dalej woził ją Mieczysław Drzewiecki, choć już nie byli «małżeństwem».

Huta265 2

Pułkownik Czesław Rudnicki opowiadał mi o aborcjach to, co przekazała mu matka

Ludzie oburzeni zachowaniem Jadwigi złorzeczyli i przeklinali ją. Jednak była pewna bezkarności, obowiązywała bowiem zmowa milczenia. Aż jesienią 1940 r. znalazła się rada i na jej wyczyny. Przyczyniła się do tego śmierć Rozalii Ch., której Jadwiga dokonała zabiegu aborcji. Jej ojciec Hieronim nic o tym nie wiedział. Kiedy córka nie miała już siły wstać i mocno gorączkowała, zawiózł ją do szpitala w Sarnach. Tam lekarze powiedzieli, że ogólne zakażenie jest nieodwracalne i kazali ją zabrać do domu. W trakcie powrotu zmarła.

Wtedy od żony dowiedział się prawdy. Obwiniał ją o namawianie córki na zabieg, wściekł się i nie zważając na konsekwencje poszedł do Sarn, gdzie na NKWD zgłosił, co się stało. Oficer spisał raport, podziękował i słowami «Towarzyszu, wracajcie do domu, władza robotniczo-chłopska zajmie się sprawą», zakończył postępowanie. Kilkanaście dni nic się nie działo. Jadwiga po kilku nocach spędzonych, na wszelki wypadek, poza gospodarstwem, uspokoiła się i wróciła do domu.

Kiedy wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, stało się inaczej. Sowieci ogłosili kolejne już zebranie wiejskie z obowiązkową obecnością wszystkich mieszkańców. Jak zawsze w takich okolicznościach ludzie schodzili się do szkoły. Tym razem, jak nigdy przedtem, politruk Łuchnow przyjechał w mundurze NKWD razem z kilkoma innymi mundurowymi, a jeden cywil przyniósł maszynę do pisania. To wzbudziło podejrzliwość Mieczysława Drzewieckiego, obawiał się kłopotów, woził przecież Jadwigę. Na wszelki wypadek usiadł w ostatnim rzędzie tuż przy drzwiach. Po sprawdzeniu obecności, Łuchnow, łagodny na co dzień, stał się jakiś surowy. Ogłosił, że do kolonii przyjechał sąd i będzie rozpatrywał sprawę zgłoszoną przez obywatela, co wywołało zaskoczenie zebranych. Wtedy sędzia odczytał drobiazgowe oskarżenie dotyczące Jadwigi. Drzewiecki, nie czekając końca odczytywania, na czworakach opuścił salę, a za nim mąż Jadwigi, Marian.

Sędzia, kończąc, wezwał do podejścia Jadwigę Felińską i Mieczysława Drzewieckiego, którego już nie było. Dzieci, które przyszły pod szkołę natychmiast rozbiegły się po domach informując starców: «Będzie sąd nad Jadwigą i Mieczysławem». Babcie i dziadkowie czym prędzej podążyli słuchać rozprawy, choć byli zwolnieni z obowiązku «zebraniowego».

Sąd był ludzki, nikt nie krzyczał na Jadwigę. Sędzia zadawał pytania, jakby to była rozmowa. Nie tak, jak za Polski, kiedy wszystko było bardzo srogie, a kara surowa. A i Boga nie trzeba było brać za świadka prawdomówności. Niespodziewanie przez tłum przedarł się 10-letni Eugeniusz Feliński, stanął zdyszany przed sądem i powiedział: «Babcia Kamila kazała powiedzieć, żeby nie zaczynać bez niej, bo zaraz przyjdzie». To wywołało salwę śmiechu zebranych. Prowadzący rozprawę uśmiechnął się wielkodusznie i nakazał: «Budiem żdać», co spotęgowało wesołość. Uspokojona tym Jadwiga nie przejmowała się zbytnio swoją sytuacją. Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Sąd nawet nie zabronił palić tytoniu, co szybko spowiło salę w mocnym dymie.

Przesłuchiwano więc Jadwigę dalej. Na pytanie sędziego, jak wykonywała aborcje, nie kryjąc niczego twierdziła, że: «Wystarczy drut z wrzeciona». Potem wysłuchano świadków, którzy dokładnie opisali wyczyny Jadwigi. Sprowadzono nawet Ukrainki z Kryczylska, Horodźca i innych wsi, aby świadczyły w sprawie. Ogół zebranych nie domagał się jednak ukarania Jadwigi, a raczej upomnienia i zakazania dalszej działalności. Chodziło o powiązania rodzinne, nijak było przeciw krewnej podjudzać sąd. Sędzia łagodnie dyktował, jedynie stukot maszyny zwiastował, że nie będzie to tak całkiem bezkarnie.

Nastąpiło odczytanie wyroku. Drzewiecki miał być poszukiwany i doprowadzony przed sąd. Jadwiga otrzymała 8 lat zesłania na Syberię. Miała niedowierzanie w oczach, gdy została wyprowadzona na wóz, który razem z sądem zabrał ją prosto z rozprawy na Sybir.

Jadwigę wywieziono i wieści o niej do 1946 r. żadnej nie było. Mariana, jej męża, zabili Niemcy w 1943 r. (o tym opowiem w następnym odcinku). Drzewiecki musiał się ukrywać, aż do przyjścia Niemców w 1941 r. Najgorzej było w zimie. Siedział po stodołach i stajniach, od czasu do czasu zachodził do Grzegorza Kunickiego, sekretarza kolonii, aby się najeść i zagrzać. Pewnego razu zastał go tam Łuchnow. Razem jedli i pili samogon przy jednym stole. Łuchnow zadawał pytania: «Czy nie widzieliście Drzewieckiego, czy nie zachodzi do kogoś po nocach». Kunicki odpowiadał: «Nie widzieliśmy go i nie przychodzi do nikogo, ani w dzień, ani w nocy». Wystraszony Drzewiecki mógł jedynie zerkać, co politruk zapisuje w notesie. Po kolacji Łuchnow wstał, podziękował za gościnę, nakazał, aby niezwłocznie informować o pojawieniu się poszukiwanego. Jednak jego oczy zatrzymały się na skrawku chleba: «Dajcie towarzyszu, żeby się u was nie zmarnował». Schował go do kieszeni i wyszedł. (Pierwszy odcinek historii z Folwarku w gminie Niemowicze znajdą Państwo tu. Ciąg dalszy nastąpi).

Huta265 1

Helena i Grzegorz Kuniccy z rodziną. Zdjęcie powojenne

Huta265 5

Folwark. Kilkanaście metrów za krzyżem stała szkoła.

Huta265 6

Radosna atmosfera w czasie stawiania krzyża w Folwarku

Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KŁOPOTY MIŁOSNE W FOLWARKU KOŁO OSTÓW

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: POLICJANCI I PRZESTĘPCY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OBRONA HUTY STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: AZOR, PIES PIOTRA BRZOZOWSKIEGO Z SIEDLISKA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: EPIDEMIE PUSTOSZĄCE WOŁYŃ

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW BRODECKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WRÓŻBA CYGANKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA, WOJSKO I NIESZCZĘSNE PIENIĄDZE

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1