Artykuły
  • Register

Rosjanin, oficer carski, dyplomowany felczer chirurgii, Andriej Ławrientijewicz Bielczenko, przeczekał czas rewolucji i wojny polsko-bolszewickiej w Borku k. Huty Stepańskiej, tam ożenił się ze Stanisławą Słojewską. Nikt nie policzył, ilu ludziom uratował życie. 

Jego drugim frontem była walka z chorobami, której oddał się bez reszty. Dzisiejsza pandemia COVID-19 nie jest pierwsza, wcześniejsze były od niej jeszcze groźniejsze.

Pod koniec lat 20. za pośrednictwem MSZ Rosjanie w geście ocieplania stosunków z Polską przesłali poświadczenie stwierdzające wykształcenie Bielczenki w Cesarskim Uniwersytecie Moskiewskim. Mógł wtedy oficjalnie wyjść z półmroku znachorów, babek wiejskich i ludowych zwyczajów zdrowotnych. Kupił od Żyda dom w Hucie i otworzył praktykę medyczną. Po kilku latach został przeniesiony z mocy nakazu urzędowego do Stepania, a niedługo potem w 1936 r. do Klesowa.

huta28 4

Tu był Borek

W Hucie Stepańskiej nie dorobił się, ludzie biedni nie mieli pieniędzy na leczenie, a przyjmował ich z całej okolicy. Żona zmarła na suchoty. Zarażona w młodości, jedynie dzięki jego zabiegom przeżyła do 1930 r. nikogo nie zarażając. Życie jego pełne było tęsknoty. Próbował bezskutecznie odszukać swoją rodzinę w Rosji sowieckiej. Jego matka pochodziła z herbowej szlachty, Parastowna z Kuzniecowów (tak jego córka Irena określała swoją babcię). Kiedy spotykał się z innym oficerem, Mołczanowem żyjącym w Wyrce, upijali się do nieprzytomności, śpiewali przy tym ciągle «Wieczorny dzwon».

Córka jego Irena (1923–2017) z konieczności służyła pomocą w zabiegach chirurgicznych. Opowiadała mi wiele godzin o życiu tego niezwykłego człowieka.

Na froncie przeprowadził setki operacji, potem nawet w koszmarach nocnych operował. O kunszcie swojego Taty mogła przekonać się osobiście. Kiedy w 1941 r. wycofujący się sowieci wtargnęli do ich domu w Tomaszgrodzie, była sama. Oficer próbował ją zgwałcić, a ona skutecznie się broniła, wtedy strzelił jej w piersi. Ojciec wybiegł z ukrycia, jeszcze była przytomna, zapamiętała tylko jego słowa: «Muszę cię zaraz operować, bo umierasz».

W październiku 1943 r. przyszli do ich domu sowieccy partyzanci. Nie pytając o nic związali felczera, żeby czasem nie uciekał, i razem z córką zabrali do lasu. Od tego czasu operował partyzantów ze zgrupowania generała Aleksandra Saburowa.

Dalsze ich losy były niezwykle ciekawe, jak historia tej krwawej ziemi. Jako ciekawostkę podam, że Andriej Bielczenko znał dobrze Tarasa Bulbę-Borowca, wielokrotnie wdawał się z nim w długie dyskusje. Określał Tarasa jako człowieka z ideałami, z którymi on się nie godził.

Całkowite zapuszczenie cywilizacyjne z czasów carskich mocno wpłynęło na losy wsi przytulonych do Puszczy Stepańskiej. W tej okolicy znajdowały się dwa szpitale: w Sarnach i Bereźnicy. Były jednak niedostępne dla ubogiej ludności, położone zbyt daleko i drogie. Pobyt w nich kosztował 4–5 zł za dobę, a z zabiegiem – 20. Dla porównania dniówka pracy u «pana» to maksymalnie 1 zł, ale nawet tej pracy nie było za wiele. Dlatego ustawiały się przed domem Bielczenki kolejki wozów, jak w filmie «Znachor». Ten wszystkich przyjmował. O zapłatę nie pytał, radość przynosiła mu wdzięczność ludzka, jaką był obdarzany.

O stanie lecznictwa niech świadczą dwa przykłady. Pewnego razu wezwał córkę Irenę do pilnej pomocy. Około 1935 r. Ukraińcy z Mydzka przywieźli kobietę, która spadła z wozu, kiedy kilka tygodni temu przejeżdżali przez groblę (były to drogi przez bagna, na które kładziono ścięte drzewa i gałęzie). Krwawiącą głowę owinęli szmatą i tak czekali, aż się zagoi, a że rana nie krwawiła, to nie próbowali przed zagojeniem jej oglądać. Po oderwaniu szmaty nastąpił krwotok. Owinęli głowę rannej ponownie i przyjechali do Bielczenki. Frontowy chirurg nie widział jeszcze takiej rany. Włosy były przeplecione z gnijącą i śmierdzącą skórą, odchodzącą od głowy, zlepione w błocie i zaschniętej krwi. Nie mógł nic innego zrobić, jak ściągnąć wszystko to z głowy i zostawić gołą czaszkę bez skóry. Ranna prawdopodobnie zmarła na zakażenie, nie było żadnych antybiotyków, a rodzina pogodzona była z losem. Więcej się nie pokazali, a na szpital nie było rodziny stać.

Innym znów razem Bielczenko wrócił ze Stepania bardzo zdenerwowany. Został tam wezwany do chorego, normalnego chłopa, ani bogatego, ani biednego. Kiedy od niego wychodził przez sień, usłyszał nagle ze stajni jakiś nie zwierzęcy, ale i nie ludzki głos. Nie pytając zajrzał do środka, tam zobaczył w półmroku straszny widok. Nagi zarośnięty mężczyzna, uwiązany łańcuchem jak krowa, stojąca obok niego, wydający w swej ułomności jakieś nieludzkie głosy. Natychmiast sprawę zgłosił na posterunku policji. Mężczyznę w rezultacie zabrali do jakiegoś szpitala, nikt o nim już nigdy nie słyszał.

W takim to środowisku przyszło felczerowi Bielczence ratować ludność od najstraszniejszych pandemii, jakie nawiedzały te ziemie.

huta28 2

Krzyż w Borku, za nim były pola, na horyzoncie Kamionka Stara

huta28 1

huta28 3

Wiekowy krzyż w Borku

Brak wiedzy medycznej, lekarstw i higieny zbierał krwawe żniwo. Epidemia dżumy znana była wtedy jedynie z opisów. Sama dżuma nie spustoszyła Wołynia, bo był odizolowany od chorej Europy. Jednak wspomnienie o niej napawało strachem. Dobrze jednak z przekazów ustnych znana była cholera, budzącą wręcz trwogę. Choroba przyszła na Wołyń z Rosji i kojarzona była w opowieściach ze śmiercią w 1831 r. księcia Konstantego Romanowa i dowódcy wojsk carskich w okresie Powstania Listopadowego, feldmarszałka Iwana Dybicza Zabałkańskiego. Cmentarze choleryczne rozsiane po okolicy już przed wojną rozpoczętą w 1914 r. usunięte z pamięci. Jakby samo wspomnienie miało przywoływać chorobę. Nie rozmawiano nawet o niej, żeby nie kusić zarazy.

Wiedza o epidemiach opierała się na wierzeniach ludowych. Wszystkie zarazy kojarzono z chorym powietrzem i oddychaniem nim. Szybko nadano epidemiom przydomek Morowe Powietrze i tak to określenie funkcjonowało w świadomości. Wierzono w znaki zwiastujące zarazę, np. pojawienie się komety, dużą ilość żmij i żab, zdychanie zwierząt, anomalie pogodowe, szybkie gnicie mięsa itp. Szukano też winnych, którym zarzucano celowe jej roznoszenie. Na pierwszym miejscu byli oczywiście grabarze, znachorzy i cyrulicy. Jedyną grupą społeczną mniej narażoną na choroby z powodu swego odizolowania byli Żydzi. Oskarżano ich, że znają sposoby ochrony, nie zdradzają ich, a na pozostałych, co gorsza, roznoszą choroby.

Po wielu dziesięcioleciach odkryto przyczynę cholery, jednak walka z nią nie była łatwa. Podobnie jak dżuma pochłonęła miliony istnień, zanim zaczęto rozumieć, jak się bronić. Nawet mechanizm przenoszenia zwykłej grypy został rozpoznany dopiero końcem XIX w.

Nastały wreszcie «czasy Bielczenki» w Hucie Stepańskiej, a razem z nimi najstraszniejsza z pandemii – pandemia grypy hiszpanki. Zabiła ona w całej Europie więcej ludzi niż dopiero co zakończona I wojna światowa. Miała kilka nawrotów, najgorszy był w roku 1919. Na hiszpankę umierali ludzie młodzi i w średnim wieku, a nie «wiekowi», co budziło dodatkowy strach. Mało która rodzina nie straciła bliskich, umierały nawet całe rodziny, jak np. żona i 10 dzieci Adama Felińskiego z Folwarku (zmarły w 1922 r.). Śmierć była szybka, często w ciągu jednej doby od zainfekowania. Chorowały całe wsie i kolonie, a ratunku znikąd nie było. Tak też umierali jeńcy wojenni: Polacy w niewoli sowieckiej, sowieci w niewoli polskiej i Ukraińcy Petlury internowani w Polsce.

Czarna ospa też zbierała żniwo, ale zanikała razem z hiszpanką końcem 1920 r. Kiedy wydawało się, że już się nieco uspokoiło, przypomniała o sobie epidemia gruźlicy, zw. suchotami. Zarzewie choroby tliło się cały czas, ale jako współistniejącej i mniej groźnej. Zarażeni nie umierali natychmiast, co uspokajało i dawało jakąś nadzieję.

Na gruźlicę umierały całe rodziny jak np. rodzina Jana Dawidowicza z Osówki. Wszyscy byli zdrowi, ale Jan kupił na targu w Derażnem poduszki, okazało się, że zarażone prątkami galopującej gruźlicy. Dla bogatych były dostępne już lekarstwa, sanatoria i rozbudzona świadomość, co spowodowało zmniejszenie liczby ofiar.

Kolejną epidemią, która dwukrotnie nawiedziła Huciańską Ziemię była czerwonka, zw. krwawą dezynterią. Pierwszy raz zaatakowała w 1940 r. za sowietów, a drugi w 1942 r. za Niemców. W samej tylko parafii Huta Stepańska za drugim nawrotem zmarło 42 dzieci, w tym brat mojego taty, Władzio. Epidemia przyszła gwałtownie, ale po pierwszej serii zgonów dzięki wcześniejszym doświadczeniom opanowano sytuację.

Wołyńskiej ziemi nie oszczędziła żadna epidemia. Trudno sobie wyobrazić, ile mogło umrzeć wokół Huty osób, gdyby nie Bielczenko. Zaprzyjaźnił się z ludnością w Borku, gdzie stacjonował z carskim wojskiem. W 1916 r. odszedł z frontem. Pozostawił jednak u Słojewskich bardzo dużo środków dezynfekujących, wielkie ilości opatrunków, leków oraz narzędzia chirurgiczne, których wtedy jeszcze Rosjanom nie brakowało. Pewnie już wtedy zabiegał o względy Stanisławy. Wrócił wiosną 1918 r. prosząc o przechowanie, w Rosji trwała rewolucja. I tak został, ku radości ludzi, którym natychmiast służył pomocą.

Pomoc była zbawienna, grypa hiszpanka szalała, a wiedza o zapobieganiu wydawała się znikoma. Przedwojenne opisy sposobów walki z nią publikowane w 1906 r. przez dr Tadeusza Korzona zamieszczane w «Gazecie Świątecznej» były nieznane lub zapomniane. Bielczenko musiał obawiać się, że z powodu swojego nieuregulowanego statusu – ani Polak, ani felczer – przez wszystkich mógł być równie dobrze uznany za wroga. Mimo to przystąpił do leczenia i walki z pandemią.

Zaczęło się od wiecu w Borku, a potem spotkań w całej okolicy. Ubrany w maskę na twarzy nakazał zebranym, aby nie stali blisko jeden drugiego, a rozproszyli się i w żaden sposób nie zbliżali do siebie. Tłumaczył, czym jest hiszpanka i w jaki sposób uniknąć zarażenia. Uczył sposobów odkażania karbolem, sublimatem, mlekiem wapiennym, sodą i ługiem, które mimo zawieruchy wojennej były osiągalne w punktach aptecznych i magazynach wojskowych. Wskazywał, jak obchodzić się z chorymi, jak ich doglądać, izolować od otoczenia, żeby samemu nie zachorować. Objaśniał, jak w wysokiej temperaturze przy pomocy pary wodnej dezynfekować swoje ubrania, pościele i jak odkazić izby. Co mają zrobić z meblami, obrazami, naczyniami, jak spalić słomę z sienników i odkazić ściągnięte powłóczki. Polecał opróżniać izby, w których leżeli chorzy, bielić ściany wapnem, odkażać doły ustępowe i wychodki. Nakazywał bezwzględnie gotować wodę do picia, nie brać jej z zaskórnych studni, do tego często zanieczyszczonych gnojówką, wietrzyć izby, przebywać na słońcu. Zabraniał jakichkolwiek odwiedzin chorych, sugerował, żeby wcale nigdzie bez pilnej potrzeby nie chodzić i nikogo nie przyjmować, chyba że przez płot z oddali porozmawiać. Dzieci należało trzymać odizolowane i nie pozwolić im na zabawy z innymi. Należało unikać zgromadzeń, nie brać udziału w pogrzebach, mszach, zebraniach, nie organizować wesel, w żadnym razie nie chodzić do karczmy i na targ.

Z powodu braku lekarstw jedynie tak można było walczyć z rozprzestrzenianiem się zarazy, a organizmy same musiały pokonać chorobę lub umrzeć. Strach powodował przykładne zachowanie i wykonywanie zaleceń. Kiedy w następnych latach przychodziły kolejne zarazy, jak tyfus plamisty, dyfteryt, szkarlatyna, wąglik, zawsze postępowano, jak zalecał Bielczenko. Wdzięczną pamięć o nim zachowali ostatni żyjący jeszcze świadkowie, którzy w dzieciństwie musieli cierpieć z powodu jego nakazów, siedzieć w domu i modlić się o zdrowie.

huta28 5

Jak wynika z opisu córki Bielczenki, tu gdzieś stał ich dom

Tekst i zdjęcia Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW BRODECKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WRÓŻBA CYGANKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA, WOJSKO I NIESZCZĘSNE PIENIĄDZE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PRZYJECHALI PO NICH W NOCY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: UZDROWISKO SŁONE BŁOTO, DRUGA, CIEMNA STRONA MEDALU

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PRZEDNÓWEK I WOŁYŃSKA BIEDA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: BAL SZKOLNY W WYRCE

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1