Artykuły
  • Register

O Marianie Feldmanie, autorze książki «Z Warszawy przez Łuck, Syberię, znów do Warszawy» dowiedziałam się dzięki Dmytrowi Bełanowskiemu, głównemu archiwiście Międzynarodowej Fundacji Analiz Społeczno-Ekonomicznych i Politologicznych, który był z wizytą w Wołyńskim Muzeum Krajoznawczym latem tego roku.

Z Dmytrem Bełanowskim wymieniliśmy się adresami i wizytówkami. Marianowi Feldmanowi, który spędził w naszym mieście szkolne lata kupił on album Wiktora Litewczuka pt. «Łuck».

Niedawno w prezencie od Mariana Feldmana otrzymałam jego książkę z dedykacją. Napisana jest prostym językiem, zawiera dużo szczegółowych informacji, podszyta jest dobrym humorem. Autor zadziwia serdecznymi wspomnieniami o rodzinie, przyjaciołach i znajomych, nauczycielach i kolegach z wojska. Już w tytule Marian Feldman określił, o czym są te wspomnienia. Dotyczą one lat 1930–1948 – okresu obfitującego w rozmaite wydarzenia. Pisząc o rodzinie, autor ciągle wraca do przeszłości przeplatając ją wątkami współczesnymi.

Kim jest Marian Feldman? Krótko mówiąc – człowiekiem, który stworzył sam siebie. Zwykły chłopak urodzony w Warszawie 22 października 1922 r. w rodzinie żydowskiej, która nigdy nie ukrywała swojego pochodzenia. Ojciec Ignacy (Izrael) Feldman był urzędnikiem. Mama miała na imię Regina (Rywka, Renia) i była gospodynią domową. Rodzina mieszkała w Otwocku, czasem jeździła do Warszawy, gdzie mama zabierała ze sobą małego Mariana. Pewnego razu w słynnej kawiarni Małej Ziemiańskiej spotkali Juliana Tuwima. Małego Mariana jednak bardziej interesował smak gorącej czekolady, którą prawdopodobnie pił po raz pierwszy w życiu.

Po nadejściu kryzysu roku 1930 ojciec Mariana został bez pracy. Na szczęście na krótko, bo dostał propozycję przeniesienia się do Łucka i objęcia stanowiska inspektora kontrolującego banki na Wołyniu i Polesiu. Do 1938 r. Ignacy Feldman był urzędnikiem bankowym (dyrektorem, syndykiem i likwidatorem upadłych banków). Regina Feldman, choć była niezadowolona z rozstania się z ulubioną Warszawą, zgodziła się na przeprowadzkę do Łucka. Zajmowała się tu gospodarstwem domowym, była również członkiem komitetu «Bundu» i radną w Radzie Miejskiej.

W Łucku rodzina mieszkała przy ul. Sienkiewicza 28 (obecnie ul. Bogdana Chmielnickiego) w murowanym budynku z długim drewnianym balkonem na pierwszym piętrze (nie zachował się), tuż koło stajni pocztowych, czyli niedaleko budynku zbudowanego na potrzeby poczty i telegrafu, gdzie obecnie mieści się Rada Miejska.

CZYTAJ TAKŻE: «MÓJ WOŁYŃSKI DZIEŃ»: PUBLIKACJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA NA NASZEJ STRONIE

Ośmioletni Marian chodził do polskiej szkoły powszechnej im. Stanisława Jachowicza. Z tych czasów pamięta tylko kolegę z klasy Bebcia Basiuka (obecnie w Łucku mieszka kilka rodzin Basiuków). W 1934 r. Marian Feldman zaczął naukę w Państwowym Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki.

Był jedynym Żydem w klasie «a» z językiem obcym francuskim. Było również dwóch Karaimów, dwóch Ukraińców, Rosjanka i Czech, pozostali to Polacy. Wśród uczniów i nauczycieli panowała atmosfera tolerancji, bez przejawów antysemityzmu. W gimnazjum Marian nosił przezwisko «Kozioł» lub «Koziołeczek», bo po pierwsze nie umiał przeskoczyć przez przyrząd zwany kozłem, a po drugie był bardzo uparty w dążeniu do obranych celów.

Marian Feldman wspomina, że na samym początku nauki w gimnazjum, jeszcze w I klasie, dla uczniów zorganizowano wycieczkę na zaproszenie książąt Radziwiłłów do ich zamku i pałacu w Ołyce. Dzieci zostały serdecznie przyjęte. Książę [Janusz?] wygłosił przemowę. Gimnazjalistów ugoszczono chlebem z masłem i mlekiem. Na zakończenie wizyty dziewczyny chciały wręczyć księżnej [Annie z Lubomirskich?] bukiet pięknych kwiatów, ale zamiast podziękowania usłyszały od niej słowa oburzenia i gniewu. Okazało się bowiem, że dziewczynki zerwały kwiaty z krzewów azalii, prawdopodobnie pierwszych w Polsce, które księżna sprowadziła specjalnie z Ameryki. Sprawę załagodzono po wielkich przeprosinach, ale do Ołyki już nie zapraszano uczniów gimnazjum.

W szkole Marian przebywał w polskim otoczeniu, a wakacje spędzał w Nowostawie koło Łucka, na koloniach i obozach organizacji żydowskich, głównie organizowanych przez młodzieżową przybudówkę «Bundu», czyli «Cukunft» oraz przez «Haszomer Hacair». Śpiewano tam piosenki żydowskie i hebrajskie, których Marian nie znał oraz dyskutowano o sprawach Palestyny, wobec których był obojętny. Rodzice Mariana często rozmawiający ze sobą w języku jidysz, nigdy nie uczyli dzieci tego języka. W rodzinie rozmawiano przeważnie po polsku, czyli używano języka państwowego, prawdopodobnie żeby ułatwić dzieciom start do nauki w szkole wyższej. Kilka razy Marian z siostrą Janką jeździł na wakacje do Krzemieńca. Pamięta z tych wyjazdów Górę Królowej Bony i nadziewane połówki jajek, sporządzane przez panią Krzemieniecką.

Marian dobrze się uczył, co prawdopodobnie spowodowało zwolnienie go z połowy opłat czesnego, które było dość wysokie – 200 zł. rocznie. Rodzice nie byli biedni, ale też zamożnymi trudno ich było nazwać. Pierwszy mundurek gimnazjalny Mariana był dość tandetny. Pierwsze radio lampowe pojawiło się w domu dopiero w 1936 r. Tylko raz, kiedy Marek chorował na żołądek, mama mogła sobie pozwolić pojechać z nim do Truskawca, gdzie leczono słynną wodą mineralną «Naftusią».

CZYTAJ TAKŻE: URATOWAŁ ICH SIENKIEWICZ. ZAPREZENTOWANO WSPOMNIENIA TADEUSZA STANIEWSKIEGO O LATACH SZKOLNYCH W ŁUCKU

Z wielkim szacunkiem Marian wspomina swoich nauczycieli z gimnazjum. Nauczycielką historii i wychowawczynią klasy I była pani Krasicka. Łaciny uczył Rosjanin Szewcow, u którego część klasy uważała na treść lekcji, a reszta grała w karty lub czytała książki. Marian lubił łacinę – fragmenty z mów Cycerona czy dzieła Owidiusza «Metamorphoses» pamięta do dziś. Matematyka, Rosjanina Jewdokimowa pamięta jako wysokiego, eleganckiego, surowego starszego pana. Drugi matematyk, Kowalik, łysy i wstydliwy, był odstraszany przez koleżanki zadzierające wysoko sukienki. Madame Peretiatkowicz, nauczycielka francuskiego, była za dobra dla mało zdyscyplinowanych i leniwych uczniów, ale rozdawała im adresy dzieci francuskich, do których można było pisać listy. Dzięki temu wielu z nich, w tym też Marian, nauczyło się nieźle pisać po francusku. Religię prowadził ks. Gałęzowski. Dla żydowskich dzieci w gimnazjum odbywały się lekcje z historii Żydów. Polskiego uczyli Jan Jaworczak i Stanisław Hertel. Gimnazjaliści z przyjemnością słuchali wykładów Stefana Macki, przyrodnika bardzo kochającego swój przedmiot. Fizyki uczył Przemyski, gimnastyki – Bronisław Kondratowicz, śpiewu – Lasocki, a robót ręcznych – Bednarski. Marian Feldman wspomina, że język ukraiński był w gimnazjum przedmiotem obowiązkowym, ale niestety nie przypomniał sobie nazwiska nauczyciela.

Dyrektorem gimnazjum był starszy, dystyngowany i niezwykle przystojny Jan Laskowski, w którym kochało się wiele uczennic. Jedna z nich, Irena, zwana Wróblem, została nawet usunięta z gimnazjum przez to, że chyba zbyt ostentacyjnie wyrażała swoje uczucia. W czasie wojny dyrektor zszedł się z nią i po śmierci żony ożenił się. Mieli dziecko. Jan Laskowski po wojnie był dyrektorem gimnazjum na Ziemiach Zachodnich.

Woźnym szkolnym był Walenty Podrygula – stary żołnierz z sumiastymi siwymi wąsami.

Z wielką sympatią, a nawet z nostalgią Marian Feldman wspomina przyjaciół swoich lat gimnazjalnych, opowiada ciekawe historie, które zdarzyły się podczas nauki, pisze o spotkaniach z tymi, którym udało się przetrwać wojnę i Holocaust dzięki emigracji do Anglii, Hiszpanii, Australii, Izraela, USA, oraz tymi, którzy przeszli przez zesłanie – z nimi spotykał się na Syberii.

Książka «Z Warszawy przez Łuck, Syberię, znów do Warszawy» jest ciekawa również dlatego, że zawiera kilka indeksów, w tym indeks osób, w oparciu o który można ułożyć alfabetyczny spis gimnazjalnych kolegów Mariana Feldmana. Przyjaźnił się również z kolegami z klasy «b» i «c», m.in. z Dorą Buślik, Idą Dekelbojm (przeżyła Holocaust, wyszła za mąż za dentystę z Łucka Isię Landsberga, mieszkała z rodziną w Tel Awiwie), Adamem Krepplem (zachwycał się staroniemiecką kulturą, zginął w czasie Holocaustu).

W pamięci została Nina Ślązkiewiczówna. Jej mama częstowała kozim mlekiem Mariana i jego siostrę, gdy byli bardzo biedni i mieszkali sami w Łucku w latach 1939–1941. Nina po wojnie została lekarką i zamieszkała w Warszawie. Z Irką Garlińską, po ślubie Kaczmarek, Marian spotykał się kilka razy w kwietniu-wrześniu 1967 r. w Londynie. W tym samym czasie spotkał się z inną koleżanką z klasy – Izą Rajkowską. Jej siostra bliźniaczka, która w gimnazjum była wójtem w samorządzie klasy, mieszkała w Hiszpanii.

Z Janką Grodzieńską, córką jakiegoś lokalnego dygnitarza sanacyjnego w Łucku, która nie żywiła sympatii do Żydów i z którą dość często kłócił się, spotkali się w Londynie, w 1967 r. Bardzo ciepłe spotkanie z nią i z jej mężem, architektem londyńskim, zostało w pamięci Mariana Feldmana. Niedobre wspomnienia poszły więc w zapomnienie.

Hanka Iżycka, prześliczna, zgrabna szatynka o wielkich szaro-fiołkowych oczach, której Marian udzielał korepetycji z matematyki i z którą w drugiej lub w trzeciej klasie siedzieli w jednej ławce, popełniła samobójstwo w wieku 15 lat. Ta tragedia wywarła na nim silne wrażenie.

W jednej ławce siedział również z Aleksandrem Rostockim. Rodzice obu chłopców pracowali razem. Olo chyba jako jedyny z gimnazjum przychodził do domu do Mariana. Po wojnie został znanym specjalistą od starych samochodów.

Mieczysław Pawlikowski, lotnik dywizjonu 303, pisarz i aktor, odtwórca roli Zagłoby w filmie «Potop», uczył się słabo i z tego powodu powtarzał w gimnazjum kilka klas.

W ostatniej ławce siedział zawsze senny i poważny Anatol Potemkowski, zwany Ramzesem. Po wojnie został znanym polskim satyrykiem, piszącym pod pseudonimem Megan.

Fred Sadowski był skarbnikiem samorządu klasowego. Został wywieziony do Rosji, gdzie wstąpił do Armii Andersa. Po wojnie pozostał w Anglii, ożenił się i miał córkę Annę. Marian Feldman utrzymywał z nim kontakty do jego śmierci 5 marca 2005 r. Fred przypomniał Marianowi kilka koleżanek i kolegów: Staszka Borkackiego, Jankę Wojtych, Janusza Radeckiego, Czesię Jamrozównę i Hankę Kalasiewiczównę. Stasia Oziębło (Rajkowska) przypomniała mu jeszcze Romka Peretiatkiewicza, Józka Wejnara, Olka Łapę, dwie siostry-bliźniaczki Jankę i Irkę Bakówne, Kobylecką, Ewę Grochowską, Dankę Siewińską oraz Ukraińca Włodka Zasiadczuka. W klasie był jeszcze jeden Ukrainiec – Danyluk, który wsławił się tym, że widząc po raz pierwszy w życiu żarówkę elektryczną ścisnął ją w ręku tak mocno, że pękła, bo chciał dowiedzieć się, co w niej świeci. A Włodek Zasiadczuk (to już dodam od siebie) – to Wołodymyr Zasiadczuk, który w latach 1944–1946 był dyrektorem Wołyńskiego Muzeum Krajoznawczego.

Zdjęcia z lat gimnazjalnych pomogły Marianowi Feldmanowi przypomnieć sobie jeszcze kilkanaście nazwisk byłych przyjaciół: Przemka Hałacińskiego, Marka Mortkowicza (Karaim), Abkowicza (Karaim), Zdzisława Chętkowskiego, Ewę Brudnicką (Buba), Zdzisława Bułyhę, Zdzisława Madeja, Zbyszka Kretowicza i Zbyszka Dubrawskiego. Józek Tarnowski otrzymał od Królowej Elżbiety II medal za prace wykonane dla przemysłu brytyjskiego. Od pierwszej klasy Marian przyjaźnił się z Czechem Jurkiem Malińskim, wnukiem Wacława Zemana. Czterej przyjaciół Marian Feldman, Zdzisław Bułyha, Marek Mortkowicz i Jurek Maliński zabierając zapasy piwa i żywności, wyjeżdżali bryczką za miasto. Bawili się, nadając sobie rozmaite tytuły arystokratyczne: hrabiowskie, książęce i baronowskie.

Marian Feldman wspomina jeszcze o jednym przyjacielu z Łucka, który uczęszczał do gimnazjum żydowskiego – o Szymonie Szurmieju, przyszłym dyrektorze Teatru Żydowskiego w Warszawie. W Łucku mieszkała jego siostra Eugenia Szurmiej, z którą Marian Feldman spotkał się w hotelu Ukraina w trakcie swojej wizyty w mieście w 1988 r.

W czerwcu 1938 r. Marian Feldman ukończył gimnazjum. Dostał się do pierwszej klasy liceum matematyczno-fizycznego. Po jakimś czasie wrócił do Warszawy, gdzie już wcześniej wyprowadziła się cała jego rodzina. Miał 16 lat. W latach 1939–1941 znowu znalazł się w Łucku. Był to okres bardzo trudny, o którym należałoby napisać osobno.

W okresie II wojny światowej uczył się w Łucku i Lwowie, był żołnierzem Armii Czerwonej i Wojska Polskiego (do Armii Andersa nie udało mu się przedostać), pracował w Ałtajskim Kraju na Syberii. Wspomnienia o tym zawarte są w książce.

Po wojnie studiował we Wrocławiu i Warszawie. Pracował w Polsce oraz w Indochinach. Dużo podróżował. Jest tłumaczem, autorem kilku książek fachowych, słowników i artykułów oraz działaczem społecznym.

Natalia PUSZKAR,

główny kustosz Wołyńskiego Muzeum Krajoznawczego

CZYTAJ TAKŻE:

W OJCZYSTE STRONY

«KRESOWA ATLANTYDA»: PODRÓŻ NA WOŁYŃ

1. Polskie Gimn...
2. Nowy gmach G...
3. Pierwsza kla...
4. Dzieci Wacła...
5. Marian Feldm...
6. Klasy IVa i ...
7. Koledzy z Gi...
8. Okładka ksią...

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1