Artykuły
  • Register

repatrianty

W czasie, gdy cała Polska ogarnięta jest myślą związaną z uchodźcami z Bliskiego Wschodu i Afryki, Najwyższa Izba Kontroli, przedłożyła raport, z którego wynika, że nader marnie przedstawiają się efekty repatriacji.

 

W ostatnich latach w ramach repatriacji przyjeżdża nad Wisłę zaledwie ok. 200 osób rocznie, a okres oczekiwania na osiedlenie repatrianta w kraju wynosi kilkanaście lat. W myśl ustawy o repatriacji z 2000 r., dotyczyć to może jedynie osób polskiego pochodzenia mieszkających w miejscach zesłań i deportacji, czyli w azjatyckiej części byłego ZSRR. Nie dotyczy to Ukrainy, Białorusi i Litwy, w których również żyją duże skupiska Polaków.

 

Żeby zostać repatriantem, trzeba mieć co najmniej jednego z rodziców lub dziadków, albo oboje pradziadków narodowości polskiej i wykazać związek z polskością. Istnieje również uproszczona ścieżka wprowadzona ustawą z 2013 r. o cudzoziemcach. Osoby polskiego pochodzenia lub posiadacze Karty Polaka, mogą uzyskać bezpośrednio od wojewody zezwolenie na pobyt stały. Mają wtedy prawo do pracy, pomocy społecznej i nauki. Repatriantom w wieku emerytalnym uwzględnia się wszystkie okresy zatrudnienia za granicą i przyznaje emeryturę. W razie braku mieszkania i utrzymania w Polsce, konsul wydaje decyzję o przyrzeczeniu wydania wizy w celu repatriacji. Na realizację takich promes czeka obecnie z samego Kazachstanu 2.400 osób. NIK podaje, że w latach 2009–2013, jedynie w 57 gminach (na 1645 przebadanych) osiedlili się repatrianci.

 

W opinii tego organu kontrolnego pilną stała się kwestia nowelizacji ustawy o repatriacji, aby wszystkie osoby mające promesy wizy repatriacyjnej, mogły wreszcie osiedlić się w Polsce. W lipcu wpłynął do Sejmu poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o repatriacji. Przewiduje on, m.in. iż wystawiony przez konsula dokument o pochodzeniu, miałby dawać prawo przyjazdu w dowolnym momencie do osiedlenia się i otrzymania w ciągu dwóch lat obywatelstwa.

 

Tymczasem wciąż aktualny obywatelski projekt pod którym podpisało się 250 tys. osób, który trafił do Sejmu i ugrzązł – już nie będzie rozpatrywany.

 

Powszechna opinia jest taka, że repatrianci są pracowici i dobrze sobie radzą, wystarczy tylko dać im szansę. Gorzej ze starszymi, ci nie myślą o przeprowadzce, przyzwyczaili się – młodzi inaczej, chcieliby się w Polsce urządzić. W kraju jednak niewiele gmin skłonnych jest zapraszać naszych repatriantów. Mają problemy z brakiem finansów, mieszkań itd. Chcą, żeby ten ciężar przejęło na siebie państwo. W ubiegłym roku budżet centralny wydał na ten cel 9 mln złotych.

 

Powiada się, że gdyby każda gmina przyjęła jednego repatrianta, w krótkim czasie Polska skutecznie wypełniłaby swoje zobowiązania. Lecz z kolei trzymanie się gmin, to wpędzenie repatriantów w bezrobocie. Tylko w sytuacji, kiedy odpowiedzialność o to sprowadzanie przejęłoby państwo, można by myśleć o zapewnieniu repatriantom zamieszkiwania w ośrodkach, naukę języka i kształcenie w zawodach poszukiwanych na rynku. Jeszcze innym rozwiązaniem, mogłoby być wykupienie porzuconych gospodarstw rolnych na ścianie wschodniej i przeznaczenie ich na potrzeby powracających. A wtedy, kto wie, może udałoby się pomóc i tym Polakom spoza Azji – z Rosji, Ukrainy, Gruzji i Białorusi.

 

Jakub Płażyński, syn zmarłego tragicznie marszałka Sejmu, Macieja Płażyńskiego, zwraca uwagę, że: «Repatriacja jest moralnym zobowiązaniem, które należy wypełnić. Nie możemy się zastanawiać, czy stawiać ją przed, za, czy obok innych tematów, tylko ją dokończyć. Rozmawiałem z ministrami z Kancelarii Prezydenta. Czekam na rezultaty tych rozmów i zobaczymy czy coś się wydarzy po zakończeniu obecnej kadencji Sejmu i życia obywatelskiego projektu ustawy».

 

Sytuacja prosta nie jest, bo z jednej strony mamy przyjąć 7 tys. uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki – i im pomóc trzeba – lecz o naszych rodakach zapomnieć też nie możemy, bo jest to nasza historia, nasza tożsamość.

 

Mariusz PIELKA,
Agencja Informacyjna Polonia