Artykuły
  • Register

(ze wspomnień Mychajła Neczytaluka)

Znany frankoznawca, doktor nauk filologicznych, profesor Mychajło Neczytaluk (dwukrotnie był dziekanem Wydziału Dziennikarstwa na Lwowskim Uniwersytecie imienia Iwana Franki) – autor wielu książek publicystycznych, monografii i podręczników.

Ponad stu jego uczniów – wśród nich również autor tych słów – pomyślnie pracuje w mediach drukowanych i elektronicznych na Wołyniu. Wszyscy jesteśmy wdzięczni nauczycielowi za przekazaną wiedzę i naukę.

Niestety prawie rok temu Mychajło Neczytaluk zmarł. Cieszy chyba fakt, że oprócz książek naukowych, pod koniec życia zdążył również wydać książkę z poruszającymi wspomnieniami o rodzicach, ojczystej wiosce Jary, swoim dzieciństwie i młodości, która przypadła na lata wojenne, o drodze do dziennikarstwa, działalności naukowej i absolwentach wydziału – “Mój czas, moja długowieczność”. Bardzo się ucieszył, gdy dowiedział się, że pół setki jego uczniów kupiło sobie tę książkę.

Żeby uczcić pamięć naszego Nauczyciela, proponuję waszej uwadze fragmenty z dwóch rozdziałów jego książki. Opowiadają one o tym, jak mama Mychajła Neczytaluka – pani Paulina – w mroźnym styczniu 1942 roku próbowała dotrzeć do Winniczyzny, gdzie mieszkała ich rodzina, przez zaśnieżony Wołyń na Chełmszczyznę, a następnie – do miasteczka Końskie za Lublinem, żeby wykupić z niemieckiego obozu koncentracyjnego swojego młodszego syna Georgija. W sierpniu 1941 roku trafił on - wczorajszy uczeń dziesiątej klasy, przedpoborowy, cofając się za Dniepr razem z młodzieżą z Nemyriwszczyny niedaleko Białej Cerkwi do niewoli faszystowskiej.

 

Było to w styczniu 1942

Na stacji Równe, winniczanki Paulina i Paraska miały szczęście. Nie było Niemców, więc pozwolono im  ogrzać się i poczekać na pociąg towarowy. Kiedy pociąg wreszcie nadjechał, pasażerki rzuciły się do zaśnieżonych przedsionków. Wygarniały śnieg rękami i stały ciasno jedna obok drugiej. Tak dojechały do Kiwerców, gdzie z nieznanej przyczyny miały długi postój. Pociąg ruszył wcześnie rano.

Znowu jechały w przedsionku. Minęły stacje Rożyszcze i Hołoby, wysiadły w Lubytowie, ponieważ podróż do Kowla była niebezpieczna. Tam na pewno zostałyby wyciągnięte z pociągu i wysłane do domu. Dalej trzeba było iść pieszo, mijając miasto. Droga do przygranicznego Jagodzina była jednym z trudniejszych odcinków, który pokonały. Zajęło im to trzy dni, przemieszczały się od wioski do wioski. Czasami na swej drodze spotykały dobrych ludzi, który podwozili je na saniach, oferowali nocleg, karmili, ostrzegali przed niebezpiecznymi okolicami.

Kobiety śpieszyły się, bo wiedziały, że każdy dzień może być dla ich dzieci ostatnim. Gdzieś obok pozostał Luboml. Wreszcie na jakimś wozie dojechały do Jagodzina. Wieś położona była nad brzegiem dopływu Zachodniego Bugu. Zobaczywszy szkołę, Paulina i Paraska bardzo się ucieszyły, ale z ostrożności (mogli tam być Niemcy) ominęły ją i podeszły do dwóch młodych kobiet stojących na ulicy. Przywitały się i powiedziały kim są i dlaczego tu przyjechały. Usłyszały wyrazy współczucia, niestety spóźniły się – bardzo trudno teraz wyzwolić krewnych z obozów i należy to dobrze przemyśleć. Zmęczone drogą kobiety zaproszono do najbliższej chaty. Bardzo wiele się tam dowiedziały. Marfa i Hela w ciągu tych kilku miesięcy uratowały ponad dwudziestu jeńców, których przewożono przez tę wieś do Polski. Bardzo wiele kobiet przekraczało tu granicę jesienią. Wtedy było łatwiej. Na podstawie zaświadczeń wydanych przez miejscowe starostwa Ukraińców, którzy nie byli komunistami, puszczano do domu. Ale obecnie sytuacja jest inna. Niemcy rozzłościli się po przegranej pod Moskwą. Mimo to Bug można przejść. Jeśli nie tu, to przez chutor.

Jak zapewniła Marfa, może to zrobić jej kuzyn Antoś.

Pod wieczór do jej chaty nadjechały sanie. Z przodu siedzieli dwaj mężczyźni w baszłykach i kożuchach. Na tylnym siedzeniu – dwie kobiety, otulone po oczy chustami, też w kożuszkach. Jeden z nich zszedł z sań, położył siano z lewej strony i posadził Paulinę. Paraska rozpłakała się, powiedziała, że ma przy sobie mało pieniędzy, czuje się źle i postanowiła wrócić do domu.

Marfa serdecznie pożegnała się z Pauliną, pocałowała jak własną siostrę:

- Antosiu! Obowiązkowo przeprawcie tę biedną kobietę do Chełma. Tam jest jej syn w niewoli.

- Nie pierwszy raz, kumo! Bywaj zdrowa!

Kobiety podsunęły się, żeby było wygodniej i dalej rozmawiały, ale po polsku – o bazarze, o cenach itd. Pojechali. Droga zawiana była śniegiem, ale Antoś bez problemu znajdował drogę na bezgranicznym białym polu. Podjechali do małego chutoru, zatrzymali się obok chaty na skraju, z której wyszła młoda kobieta w kożuszku i kwiecistej chustce.

- Zosiu! Z nami przyjechała pani, zaproś do domu, - powiedział Antoś. Weszli do chaty, przywitali się tak, jak witają się na Zachodniej Ukrainie. Stara kobieta z dzieckiem na rękach zapytała:

- Dokąd Bóg prowadzi panią?

- Do Chełma, do obozu za synem.

- Tyle kobiet tam przeszło, ale mało kto przywiózł gospodarza do domu...

Zaprosili na kolację. Po kawie zaczęła się rzeczowa rozmowa.

- Kto idzie dziś do Polski? - zapytała matka.

- Ja pójdę z Ignacym, jest jeszcze jedna kobieta z Polski i pani jako czwarta.

- Ile muszę zapłacić? - zapytała Paulina.

- Ale Bóg z wami! Jaka płaca? Człowiek tysiące kilometrów idzie ratować swojego syna. Chcemy pomóc, jak możemy, - obrażając się odpowiedział Antoś.

- Proszę mi wybaczyć! Nie chciałam was obrazić. Jestem przyzwyczajona, że za wszystko należy zapłacić.

Do chaty wszedł czarnooki Ignacy z młodą kobietą, która miała na imię Kasia. Zaczęli się żegnać. Cztery osoby wyszły z chaty i zanurzyły się w zimowej nocy. Śnieg po kolana. Drogę torował Antoś. Paulina ledwie szła.

- Daleko jeszcze? - zapytała.

- Bug przeszliśmy. Jesteśmy już na polskiej ziemi, - cicho odpowiedział Antoś.

- Mieszkam niedaleko stąd, w Dorohusku. Niedługo będziecie w Chełmie, - dodając otuchy powiedziała Kasia. A gdy usłyszała, że Paulina nie ma gdzie nocować, postanowiła odprowadzić ją do wujka, który mieszka na końcu wioski.

Usłyszawszy pukanie drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku ubrany w białą koszulę. Kasia opowiedziała mu, że była na bazarze w Jagodzinie, coś kupiła i bardzo śpieszy się do domu,  przeszła przez granicę razem z tą kobietą z sowietów, która przyszła wyzwolić syna z obozu w Chełmie, ale nie ma gdzie przenocować. Wujek uprzejmie zaprosił panią do chaty. Przywitali się. Następnie odbyła się krótka rozmowa o tym, skąd ona jest i kogo szuka. Zrezygnowawszy z kolacji zmęczona Paulina upadła na poduszkę, którą przyniósł gospodarz, i usnęła martwym snem. Przyśniło się jej bezkresne zaśnieżone pole, przez które ona brnie po kolana w śniegu, a przed nią wynurza się pagórek czarnej ziemi. Podchodzi bliżej, przygląda się, widzi głęboki dół, a tam na dnie leży skurczony człowiek... „Żoro!”- krzyknęła, obudziła się, poderwała, usiadła na tapczanie, rozejrzała się, w chacie pali się lampa, na krzesłach siedziało dwuch mężczyzn: gospodarz w białej koszuli i człowiek z długimi włosami, w sutannie i z dużym srebrnym krzyżem na szyi. To był duchowny. Usiadł obok i spokojnym, czułym głosem zapytał:

- Coś strasznego pani się śniło?

Ona ciężko zapłakała, następnie przez łzy powiedziała:

- Widziałam swojego syna. Leży w dole...

- Czasem bywa odwrotnie. Proszę się nie martwić. - I opowiedziała mu wszystko, jak na spowiedzi. Sprawiło to na nim duże wrażenie. Podniósł rękę, pobłogosławił  ją i powiedział: „Niech Bóg pomoże pani, odważnej kobiecie, znaleźć swojego syna żywym”.

Następnie mężczyźni zaczęli dyskutować, jak pomóc jej dotrzeć do Chełma. Duchowny pouczał, jak zachowywać się w obcym mieście: nikogo nie wypytywać, bo język od razu zwróci na siebie uwagę. Iść w kierunku cerkwi, do szkoły, gdzie znajduje się ukraiński komitet do spraw jeńców. Tam są dobrzy serdeczni ludzie, którzy na pewno pomogą. „Szczęśliwej drogi! Niech Bóg pomaga!”, - powiedział wstając z kanapy.

Przygotował Wasyl FEDCZUK