Artykuły
  • Register

Przez ponad 20 lat w Dorosynowskiej Szkole Średniej w rejonie rożyszczeskim działa Muzeum Historii Szkoły i Wsi. Jest stale aktualizowane przez ciekawe dokumenty archiwalne, zdjęcia, publikacje prasowe. Szczególnie dużo nowych nabytków uzyskało muzeum w tym roku, kiedy obchodziło 120-tą rocznicę swego powstania.

Szkoła zaczęła swoje działania edukacyjne jako parafialna w dawnym 1888 roku. W jej dziejach był okres (13 lat), kiedy posiadała status ludowej początkowej, zwanej powszechną. W tym czasie naukę prowadzono głównie w języku polskim. W ekspozycji muzealnej ten okres można zobaczyć na kilku fotografiach: zdjęciu samej szkoły, pani dyrektorki Zofii Gamalei oraz maturzystów z 1931 roku. W gablocie znajdziemy też oryginał wydanego Atanazji Chmielowskiej świadectwa z wyróżnieniem o ukończeniu tej szkoły.

Z długoletnimi mieszkańcami wsi Dorosynie Iwanem Iszczukiem i Wołodymyrem Redczukiem lokalny literat Stefan Szwanc niegdyś przeprowadził wywiad o nauce szkolnej. Od Marfy Demczuk spisał on wspomnienia o jej koleżance – młodej doktorce Zosi Radziszewskiej. Na podstawie tych wspomnień powstał szkic, który obecnie się znajduje wśród eksponatów muzeum. Polecamy Państwu do przeczytania jego wersję zkróconą.

Zosia

Pociąg parował i trąbił na stawach kolejowych: “Na Wo-łyń… Na Wołyń…”. Do szyby tuliły się nieznajome widoki i nieśpiesznie się posuwały. Na większych stacjach pociąg się zatrzymywał, a mniejsze omijał. I wciąż trąbił: “Na Wo-łyń… Na Wołyń…”. Bez końca powtarzał, wystukiwał: “Nie jedź… Nie jedź…”.

A ona jechała z dokumentem w ręku o ukończeniu kursu lekarzy wydanym przez liceum medyczne w Poznaniu. W młodych oczach musiała odzwierciedlać się radość: liceum ukończyła z wyróżnieniem, czekała na nią praca. Jednak był w nich smutek i lęk. Smutek – od niedawnego pożegnania z rodzicami, siostrą, młodszym braciszkiem, ojczystym domem.

A lęk… Straszono ją Wołyniem. A jeszcze przypomniała sobie z podręcznika szkolnego:

Oczerety… tataraki…

Szuwary… Mokradła…

Stoisz w wodzie,

Siano kosisz –

Woda ci go skradła!..

I powstawały w jej wyobraźni Wołyń i jego Polesie – jeszcze je nie widziała: stoi w wodzie Wołyniak w białym stroju płótnianym (dosłownie jak w podręczniku na rycinach), ścina trzcinę. A woda kradnie jego pracę. A on pływa w łódce i zbiera to siano… A dookoła lasy, zagajniki, bagna, woda, zarośle. Wmawiano jej: “Lud tam, ojej, co to za lud! Zacofany, nieprzyjazny i niedobry”. Jednaj dusza była wypełniona żalem do tego wołyńskiego pracownika, który stał w wodzie i kosił chwasty…

Wojewódzki Zarząd Leczniczy w Łucku skierował ją do Zarządu Powiatowego w Rożyszczach. Tam z niej niezwykle ucieszyli się: “Jest pani tu bardzo potrzebna! Stale brakuje nam lekarzy. Pojedzie pani do Gminy Szczuryńskiej, jednak nie do samego Szczuryna, a do Wielkich Berezołupów, ponieważ chociaż gmina i nazwana Szczuryńską, a jednak znajduje się w Wielkich Berezołupach. Tak się nazywa wieś. Tam pani wskażą miejsce, gdzie pani będzie pracowała. To wszystkiego dobrego, pani Zosiu. Proszę się nie lękać. Wszystko będzie w porządku!”.

Do młodej lekarki położniczej w Dorosyniach byli nastawieni  róznie. Jedni ucieszyli się: “Wreszcie mamy lekarza”, inni byli nastawieni raczej sceptycznie: “Czy ona coś wie i potrafi, ta dziewczyna?” Treci ustosunkowali się absolutnie obojętnie: “Jeśli twój los jest wyzdrowiać, to wyzdrowiejesz, a jeśli masz przyznaczenie umrzeć, to umrzesz. Otóż, nie ma żadnej potrzeby w tych lekarzach”.

W Dorosyniach Zosia Radziszewska nie zobaczyła tyle bagna i wody, ile wcześniej malowała jej wyobraźnia. Dorosyńczacy kosili na lądzie. A jeśli powstwała potrzeba leźć do wody i uciąć trochę trzciny, woda jej nie kradła, bo tutaj płynnej wody prawie nie było. Jednak praca lokalnej ludności była ciężka. I młoda doktorka współczuła tym ludziom. A praca jej samej też była niełatwa, obciążona jeszcze i tym, że trafiła Zosia do obcego kraju. Jednak w każdym kraju swoje zwyczaje. Do wszystkiego zresztą się przyzwyczaiła.

Nie minęło dużo czasu, jak nastawienie do niej zaczęło ulegać zmianie. “Pani doktorko, dziecko mi się rozchorowało, niech pani przyjdzie!”, “Pani Zosiu, moja matka w pochyłym wieku zachorowała”.

I ona wyruszała do ludzi. Przyzwyczaiła się do nich, a oni do niej. Polubiła tę dużą wieś i jej mieszkańców – dobrych, uczciwych, pracowitych. Byli organizowani, co dodawało im mocy, energii, odczucia zespołu i inspiracji do życia i walki o swoje prawa. To wszystko jej bardzo zaimponowało. Krok po kroku, sama również wciągnęła się do tego prądu. I nawet znalazła tu swoją miłość…

Jednak panieńskie szczęście trwało tylko dwa lata. Pod koniec sierpnia 1939 roku Zosia pojechała w odwiedziny do rodziców i krewnych, kiedy zaczęła się wojna. Polskę zajęli Niemcy, a na Wołyń przyszli bolszewicy. Przez Bug przebiegała granica.

...Już po wojnie Marfa usiłowała odnaleźć koleżankę. Pisała listy do Poznania i nawet zwracała się do programu radiowego w Warszawie. Jednak Zosia Radziszewska nigdy się nie odezwała. Ślady jej zaginęły na stromych drogach życiowych…

Wasyl FEDCZUK