Artykuły
  • Register

siwicki 001

10 lat temu, w Pawliwci (pol. Poryck), byliśmy bardziej naiwni i optymistyczni. Wydawało się, że 70. rocznica tragedii wołyńskiej będzie zwykłą formalną rocznicą. Okazało się jednak, że zbyt wysoko oceniliśmy swoje możliwości. Znowu przed nami „betonowy” mur wzajemnego niezrozumienia. W fantasmagorycznej palecie wzajemnych podejrzeń i obelg, intencji i ambicji geopolitycznych, z anemią ukraińskiej państwowości i narodowego zwątpienia w tle, taka prosta sprawa, jak wzajemne wybaczenie, nabiera niewyobrażalnie skomplikowanego wymiaru. Poszukując własnej, tylko swojej prawdy, zapominamy o głównej intencji – poprosić o wybaczenie i wybaczyć.

Wydawałoby się, że w beznadziejności dwóch osobnych dialogów – polskiego i ukraińskiego – nie widać światła w końcu tunelu. Ale, jak to zwykle bywa, prawda leży gdzieś niedaleko. Kołem ratunkowym w tej sytuacji, mogą stać się słowa człowieka, który bez komplikowania i demonizowania problemu, nie boi się wskazać wyjście. Mamy wielką nadzieję, że ta chrześcijańska pozycja, będzie dla nas wszystkich tym światłem, które pomoże znaleźć prawdę.

Proponujemy Państwa uwadze tekst diakona Piotra Siwickiego pod tytułem „Wołyń” – moje stanowisko.

 

Moje stanowisko – to stanowisko chrześcijanina i Ukraińca. Chrześcijanina – wiernego i duchownego Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Ukraińca, który zalicza siebie nie do nacjonalistycznej, ale do chrześcijańsko-konserwatywnej szkoły myśli społeczno-politycznej, który chyli głowę przed postaciami Wacława Lipińskiego [Wiaczesław Łypynśkyj, 1882-1931] i Andrzeja Szeptyckiego, a nie Dymitra Doncowa czy Stefana Bandery.

Jako chrześcijanin nie uznaję zasady odpowiedzialności zbiorowej. „Przyznawać się” i kajać winni ci, którzy popełnili zbrodnie, naruszając Boże przykazanie „Nie zabijaj”. Jeśli chodzi o ludzi nie mających udziału w zbrodniach, to wystarczy, że nie będą zbrodni negować, wybielać, usprawiedliwiać i przemilczać, a zbrodniarzy gloryfikować jako bohaterów. W każdym katechizmie, a nawet w katechizmowym rozdziale modlitewnika, można znaleźć listę tak zwanych cudzych grzechów cudzych:

1. Nakazywać grzech;
2. Nakłaniać do grzechu;
3. Doradzać popełnienie grzechu;
4. Zezwalać na grzech;
5. Pomagać w grzechu;
6. Nie karać za grzech;
7. Bronić grzechu;
8. Pochwalać grzech;
9. Milczeć w obliczu grzechu.

DiakonZatem ten, kto osobiście nie mordował, powinien tylko powstrzymać się od popełniania owych grzechów cudzych. Oczywiście, byłoby to godne pochwały, gdyby ponadto każdy, kto ma taką możliwość, zaangażował się w proces „gojenia ran” poprzez wspólną modlitwę, pomoc dla rodzin ofiar w porządkowaniu miejsc pochówku i tak dalej. Jednocześnie musimy mieć świadomość, że działalność OUN-B i „drugiej” UPA była zjawiskiem stricte regionalnym i absolutna większość Ukraińców (ówczesnych i współczesnych) nie miała i nie ma nic wspólnego z wydarzeniami „wołyńskimi” czy raczej „wołyńsko-halickimi”. Większość Ukraińców, o ile potrzebuje moralnego oczyszczenia (a ono potrzebne jest każdemu, bo wszyscyśmy grzeszni), to nie w związku z „Wołyniem”.

Jako Ukrainiec nie zgadzam się na podział ofiar na lepsze i gorsze, to jest, odpowiednio, zamordowane w ramach „okrutnego ludobójstwa” i „sprawiedliwego odwetu”. Niechże tych pierwszych będzie więcej niż drugich, niech rzeczywiście działania OUN i UPA będą ludobójstwem, a działania polskich „mścicieli” – „tylko” zbrodniami wojennymi: dla niewinnego, spokojnego człowieka to zupełnie obojętne, czy zabijają go w ramach „ludobójstwa” czy „zbrodni wojennej”. Jestem także zasadniczo przeciwny temu, aby problematykę moralną związaną ze zbrodniami ukraińskich integralnych nacjonalistów sprowadzać wyłącznie do mordów na ludności polskiej. Niestety, obecnie jesteśmy tego świadkami: w różnych oświadczeniach ukraińskich hierarchów kościelnych i działaczy społecznych mówi się o mordowaniu Polaków (nie do końca wiadomo przez kogo), ich autorzy i sygnatariusze wyciągają do Polaków rękę, nawet „przebaczają i proszą o przebaczenie” – natomiast kwestia ukraińskich ofiar OUN-B przez wyżej wymienionych przedstawicieli ukraińskiej elity jest po prostu ignorowana. We współczesnej Ukrainie szerokim echem w tej sprawie odbija się chyba tylko głos tak zwanych antyfaszystów, stąd też zapewne wziął się pogląd p. M. Szumady, że oskarżanie „nacjonalistycznego ruchu” o eksterminację także Ukraińców, to „tradycyjne i zawsze fałszywe” dzieło Moskwy. Tak, jak gdyby to, co pisał Metropolita Andrzej w 1942 roku o „zabójstwie brata-współobywatela”, jak gdyby powojenne wspomnienia melnykowców i bulbowców o brutalnym eksterminowaniu konkurencji politycznej przez banderowców – wszystko to wyszło spod moskiewskiej ręki. Jest to albo naiwność najwyższego stopnia, albo moralna zdrada tych Ukraińców, którzy zginęli za to, że chcieli Ukrainy „nie takiej” lub z niewłaściwym „Wodzem” na czele. Jest to, świadome lub nie, fałszowanie ojczystej historii. Szkoda, że przykładają do tego rękę także przedstawiciele Kościołów – ponieważ właśnie Kościół Chrystusowy jest powołany do roli moralnego drogowskazu społeczeństwa, a przedmiotowy problem, oprócz swego czysto historycznego aspektu (który zresztą sam w sobie posiada duże znaczenie wychowawcze), ma również aspekt bardzo współczesny. We współczesnej Ukrainie działają przecież siły polityczne, które odwołują się do tradycji i ideologii integralnego nacjonalizmu. Redukując wszelkie moralne kontrowersje wokół tegoż nacjonalizmu do „konfliktu ukraińsko-polskiego”, nie odcinając się w porę od integralnego nacjonalizmu jako takiego, przedstawiciele Kościołów ryzykują chociażby tym, iż w przypadku rażących różnic pomiędzy nacjonalistyczną władzą a Kościołem, kiedy Kościół ze względu na swoje fundamentalne zasady powie nacjonalistycznej władzy Non possumus! – nie otrzyma należytego wsparcia od swych własnych wiernych, którym w swoim czasie nie podano odpowiedniej szczepionki przeciwko nacjonalistycznemu wirusowi.

Na koniec przypomnę jeszcze pewne wydarzenie z września 1939 roku. W wiosce Krosienko (ukr. Korosno) w pobliżu Przemyślan miejscowi Ukraińcy, wykorzystując moment anarchii po wtargnięciu Sowietów, ograbili tamtejszych polskich kolonistów. Ot, „było wasze – teraz nasze”. Ograbili tylko, nie zabijali. Gdy jednak dowiedział się o tym błogosławiony Emilian Kowcz (1884-1944), proboszcz Przemyślan i Krosienka, jego reakcja była jasna i jednoznaczna: mówiąc ludziom, że w ten sposób pokazali daremność jego pracy duszpasterskiej („ja was wychowywałem na dobrych ludzi, dobrych Ukraińców – a wychowałem hołotę”), polecił zwrócić zabrane rzeczy.

A nie był to chruń czy „ugodowiec” – to był kapelan Ukraińskiej Armii Halickiej, działacz okresu międzywojennego, wielokrotnie represjonowany przez polskie władze. Ciekawe, jakimi słowami określiłby winnych masowych mordów cywilnej ludności, gdyby dożył do lat 1943-1944 na wolności? Można przypuszczać, że te słowa nie byłyby łagodniejsze, niż owe z 1939 roku. I ta „linia” kapłana-męczennika Emiliana, wraz z nauczaniem Metropolity Andrzeja, jest dla mnie niezawodnym drogowskazem, gdy mówimy o ocenie tragicznych wydarzeń lat czterdziestych.

Diakon Piotr SIWICKI
Tekst ukazał się na stronie http://ruthenus.blogspot.com/
Wersja polskojęzyczna, powstała z inicjatywy Pana Wiesława Tokarczuka