Artykuły
  • Register

008_kinofest_by_lotr

Rozmowa z głównym organizatorem oraz pomysłodawcą Polsko-Ukraińskiego Wędrującego Festiwalu Filmowego Andrzejem Kępińskim.

Andrzeju, jak powstała ta idea, żeby zorganizować festiwal?

– Dwa lata temu zostałem zaproszony na Festiwal „KinoLew” we Lwowie, gdzie poznałem Mychajła Illenkę, który też był gościem festiwalu. Rozmawiając z nim doszliśmy do bardzo podobnych wniosków, że jakiś dziwny kordon jest zbudowany, przez który nie przechodzi kultura polska na Ukrainę oraz kultura ukraińska do Polski. Polak niewiele wie o muzyce Ukraińców. Ukrainiec musi wygrać konkurs „Eurowizja”, żeby zaistniał w świadomości Polaków. Czy musi stać się Rewolucja Pomarańczowa, żeby w radiu można było posłuchać „Razom nas bagato”. A na co dzień nic. Taka sytuacja dotyczy obydwóch kultur i narodów. To również dotyczy sfery filmów, z którą jesteśmy związani. Chociaż dużo polityków wypowiada się o wymianie kulturalnej, jednak faktycznie jej nie ma. Raz na rok coś się zdarzy. Jakiś film lub dwa pokażą w Kijowie i koniec polskiego kina na Ukrainie. A w Polsce praktycznie nic nie pokazują, bo nie ma ukraińskich filmów. Oczywiście, że na Ukrainie jest znacznie trudniej wyprodukować film niż w Polsce. Dlatego poddałem pomysł Mychajłowi Illence i dogadaliśmy się, aby zrobić obywatelską inicjatywę i zorganizować taki festiwal. Mychajło zgodził się zostać Przewodniczącym Rady Programowej Festiwalu. Do rady weszli Włada Korolkowa, jako dyrektor Batiskafu i Dmytro Iwanow, jako dziennikarz oraz osoba promująca. Dołaczył do nas pisarz Jurij Andruchowycz, redaktor naczelny „Dziennika Kijowskiego” Stanisław Panteluk, reżyser Piotr Żukowski, redaktor naczelny miesięcznika „Kino” Andrzej Kołodyński. Powstała taka grupa napędowa, która zaczęła działać.

Czy zrodził się wtedy pomysł, gdzie ten festiwal ma się odbyć?

– Nie, był tylko pomysł zrobić go wędrującym. Żeby po stronie ukraińskiej podróżował z przewagą polskich filmów i po stronie polskiej z przewagą ukraińskich filmów. Zaczęliśmy szukać miejsca dla pierwszego miasta, gdzie otworzylibyśmy ten festiwal. Myśleliśmy o polskim Kazimierzu, ukraińskiej Kachowce. Jednak w Kazimierzu baza materialna jest droga. W ubiegłym roku na festiwalu filmowym w Rzeszowie spotkałem Dmytra Iwanowa i były wice-prezydent miasta Łucka, obecny tam Anatolij Parchomiuk, zaprosił nas do waszego miasta. Polski Instytut Sztuki Filmowej przyjął naszą inicjatywę z wielkim zainteresowaniem. I otrzymaliśmy od nich pomoc merytoryczną i finansową.

Proszę powiedzieć o plusach i minusach festiwalu.

– Na festiwalu przeżyłem dwa szoki. Pierwszy to dla mnie niezrozumiane, dlaczego w dzień festiwalu dowiedziałem się, że tu nie będzie premiery filmu Illenki, pod który ułożyliśmy program. Drugi to, że otrzymaliśmy zaproszenie od wice-prezydenta miasta Łuck na przyszły rok. To znaczy, że nie było tak źle skoro władze miasta chcą, żeby nasz festiwal istniał nadal.  Teraz będę mówił o samych plusach. Najważniejszym plusem jest kapitał. W sposób niespodziewany zdobyłem nowych sojuszników, przyjaciół. Również dziękuję redakcji „MW”, że daliście nam możliwość przedstawienia naszego festiwalu. Pozytywnie do nas odnieśli się przedstawiciele miasta oraz Domu Kultury, wielkie zainteresowanie było ze strony dziennikarzy.  Niestety było mało widzów. Dzięki festiwalowi wyprodukowaliśmy 13 bloków filmowych. Każdy blok to 2 godziny. Mamy 10 filmów fabularnych przetłumaczonych, z napisami, zgodnie z przepisami ukraińskimi są przygotowane do emisji telewizyjnej. To jest wielki kapitał do rozmów z dystrybutorami. Strategicznie nasze zaistnienie jest początkiem drogi ku rozpowszechnianiu  polskigo kina na Ukrainie oraz ukraińskiego kina w Polsce.  Tetiana Hnatiw, szefowa wydziału kultury Rady miejskiej w Łucku oraz kierownictwo miasta, zaprosili nas w czerwcu następnego roku, aby wziąć udział jako goście z filmem w imprezie plenerowej, która odbędzie się na Zamku Łuckim.

Znaczy, że zaczął się prawdziwy dialog polsko-ukraiński.

– Oczywiście. Także zrodziła się idea wyprodukowania wspólnego filmu o Wołyniu. Dobrze by było zrobić ten film na następny festiwal.

Wtedy następny krok to wspólny film o Chełmszczyźnie i Podlasiu.

– Trzeba o tym mówić. Kto wypędził naprawdę tych ludzi? A był to Stalin i ci, którzy byli u niego na służbie.

Jako Polak, jak oceniasz ukraiński kinematograf? Na ile on może być interesujący dla Polski?

– Z tym jest problem, bo nie ma aktualnej produkcji na Ukrainie. Jest wielka przepaść między Polską a Ukrainą. W Polsce powstały dwie grupy twórców: jedna to postPRLowska, która mocno się trzyma, druga to wielka siła, pokolenie młodych ludzi. Są to Matwiejczykowie, Żukowski, mój syn, inni, którzy robią bardzo profesjonalne kino. Jest alternatywa, rośnie konkurencja i jest z czego wybierać. Ja mam ze sobą kilkanaście filmów polskich, które przez brak czasu nie mogłem pokazać na festiwalu. Mamy propozycje repertuaru już na przyszły rok. Natomiast na Ukrainie nie ma takiego ruchu, nie ma produkcji ukraińskiego kina. Wielką nadzieją jest wreszcie utworzony Instytut filmowy na Ukrainie. Spodziewam się, że w końcu będą te filmy. Słyszałem, że oni nawet mają budżet, który przewiduje 16 filmów pełnometrażowych.

 

Rozmawiał Walenty WAKOLUK