Artykuły
  • Register

lublin by lotr-249Artykuł o obozie koncentracyjnym Majdanek, opublikowany pod tytułem «Obóz śmierci» w MW z 27 września 2012 roku, wymaga, żebym się podzielił historią, którą kiedyś usłyszałem i zapisałem ze słów jednej z jego małoletnich więźniów – Lubowi Kolendy (nazwisko panieńskie – Szczesiuk).

Pani Lubow, która urodziła się w miasteczku Hołoby, mając już 80 lat (mieszka z rodziną w Kostopolu na Rówieńszczyźnie), nie zapomina tych dni, które jako małe dziecko spędziła za drutem kolczastym Majdanka. Podzieliła się ze mną tymi wspomnieniami. Okazało się, że razem z nią i mamą, tam czekał swojej śmierci także młodszy brat Luby Wiktor – mój kolega z roku w czasie studiów w Łuckim Instytucie Pedagogicznym. Dobrze go znałem. Nie wiedziałem tylko, że był małoletnim więźniem faszystowskich obozów.

Hołoby, jak mówi pani Lubow, były miasteczkiem «karnym», czyli takim, które za wszystko było karane, ponieważ w okolicy działały rozmaite partyzanckie ugrupowania. Karani za to byli miejscowi mieszkańcy. W lutym 1944, podczas kolejnej akcji karnej, z Hołób zabrano wszystkich, oprócz starców. Ich rozstrzelano. Szczesiuków, oprócz ojca, który się przechował, z innymi więźniami, zawieziono pociągiem towarowym (w wagonie ponad 100 osób) do obozu koncentracyjnego.

Tego koszmaru nigdy nie zapomni. Ma od tej pory reumatyzm, choroby żołądka i oczu, a brat zapadł na przewlekłe zapalenie płuc, które później stało się przyczyną jego przedwczesnej śmierci – zmarł w wieku 42 lat. Pamięta, jak mama łatała jej buciki, oderwawszy metkę obozową od swojej spódnicy. Pamięta pierwszą «łaźnię», kiedy po normalnej wodzie z sufitu zaczął się lać wrzątek, a potem lodowata woda. Opowiada: «Później więźniowie mówili, że wyszliśmy stąd tyko przez przypadek».

Gdy wyszli z tej łaźni, ubrania już posortowano. Wiktor został bez palta. Dobrze, że jakiś jeniec oddał mu swoją kufajkę bez rękawów. Przypomina też o wyżywieniu więźniów: sucha brukiew ugotowana na wodzie bez soli i smalcu, a do picia – mętny napój podobny do kawy. Czasem miejscowi mieszkańcy, mówi pani Lubow, prosili o pozwolenie, aby przynieść przebywającym w obozie polskim dzieciom jakąś zupkę. Ależ biegły tam wszystkie dzieci! Podchodzić można było tylko polskim. Jeżeli ochrona widziała, że to nie Polak, biła do śmierci. Dzieci polskie jednak nie zdradzały ukraińskich. Zdarzało się, że dzieci szykowano osobno, a matki biegły za nimi płacząc i nie wiedząc, gdzie ich prowadzą. Pewnego razu dali dzieciom chleba, kazali się rozejść, a potem ochrona wypuściła na nie psy.

Przypomina i coś takiego: «Pewnego razu przyprowadzono do obozu kobiety, które były jeńcami. Nas wszystkich z baraków wygnano i zrobiono z nas żywy «korytarz». Te kobiety śpiewały, a bito je w głowy nahajkami. Bito także tych, kto stał w «korytarzu» i płakał».

Nie dziwi się moja rozmówczyni, że w ciągu kilku miesięcy pobytu na Majdanku, jej matka stała się zupełnie siwa i mimo, że miała dopiero 40 lat, wszyscy myśleli, że ma po 50-ce. «O mnie 11-letniej myśleli, że mam 7 lat, a o 8-letnim bracie, że ma 5,» – dodaje ze smutkiem.

Więźniowie prosili Boga, żeby podczas zrzucania bomb przez awiację wojskową, któraś trafiła w nich, aby szybciej umrzeć. Wspierała ich tylko ludzka dobroć: «Jedna kobieta z jeńców, czasem przynosiła dla mnie i brata łupiny od ziemniaków, wyciągała je z rękawa. My te łupiny przylepialiśmy do ciepłego pieca z żeliwa, który stał w baraku, żeby one trochę się usmażyły. Potem je jedliśmy». Ta pani wymieniła się z mamą żakietem. Mówiła, że będzie uciekać i trzeba jej cywilny. Inna kobieta, która nie chciała się z nią wymienić, usłyszała: «Szkoda, że jesteś Rosjanką, a taka jesteś ciemna!».

Latem 1944 więźniów z Majdanka odwieźli na stację Złota za Krakowem. Tutaj miejscowi, z litości przynosili kluski i prosili ochronę, aby dała więźniom. Oni byli tak głodni, że jak się najadali, to nie mogli stać na nogach. Co to znaczy głód!

Na tej Stacji Szczesiukowie uciekli. Nie zapomina, wdzięcznie pamięta pani Lubow tych, kto ich uratował – polską rodzinę Kozielskich ze wsi Mirnowo: «Dali nam jeść, ubrali, powiedzieli, że jak trafimy do Niemców to Niemcy nas zabiją, dali nam na drogę pieniądze...»

Żałuje moja rozmówczyni, że później nie udało się jej odnaleźć swoich wybawców za pomocą Czerwonego Krzyża. Rodzina Szczesiaków do Hołoby wróciła już jesienią – po ośmiu miesiącach niewoli. Z domu zostały tylko zgliszcza. Ojca oni nie poznali, on ich też.

Zaczął się nowy etap życia – powojenny. Pani Lubow zdobyła pedagogiczne wykształcenie, bo «chciała, aby ludzie nie byli «ciemni» i pomagali sobie w najcięższych warunkach.

Walerian TYNCZUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1