Artykuły
  • Register

P1010356Niedawno w redakcji «Monitora Wołyńskiego» rozmawialiśmy z Olegiem Jurczenką – uczestnikiem Majdanu. Oleg mieszka w obwodzie kijowskim. Do Łucka trafił wracając z Polski, gdzie leczył się po wydarzeniach na Majdanie. W pierwszych chwilach znajomości zapytałem Olega, jaka jest jego podstawowa rola w życiu. Odpowiedział: «Ojciec».

– Wiele osób mówi o sobie: «Jestem naukowcem», «Jestem fotografem». Ktoś powiedział «Jestem człowiekiem-Wszechświatem». A Pan mówi: «Ojciec».

– Odpowiadam tak, ponieważ mam pięcioro dzieci i to one są moim najważniejszym obowiązkiem. Jestem ojcem.

– Zostawił Pan swoje dzieci i poszedł na Majdan. Dlaczego? Co Panem kierowało?

– To one mnie zmobilizowały. Jeśli teraz nie zrobię dla nich tego, co muszę, co odpowiem im jutro lub pojutrze, kiedy dorosną i zapytają mnie: «Tato, co wtedy robiłeś?» Jak będę mógł spojrzeć im w oczy? Staram się wychować swoje dzieci na ludzi, którzy potrafią i nie wstydzą się zadawać pytania wprost i wymagać na nie odpowiedzi. Zresztą one muszą nadal żyć w tym kraju i, jeśli nie potrafimy zachować go dla nich, to jako rodzice nie jesteśmy warci złamanego grosza.

– Czy trudno było podjąć decyzję?

– To był dylemat. Wtedy byłem ojcem jedynie czworga dzieci. Żona była w szóstym miesiącu ciąży i decyzja była trudna: iść czy nie. Kiedy po raz pierwszy pobito na Majdanie ludzi, zrozumieliśmy, że powinniśmy stanąć w obronie studentów – dzieci, nie swoich, ale czyichś dzieci. Wszyscy wiedzą, co stało się następnego dnia, kiedy na plac Michałowski wyszło bardzo dużo ludzi, w tym ja.

– Był Pan tam też kolejnego dnia?

– Przychodziłem na Majdan, bywałem tam od czasu do czasu, w czymś pomagałem, starałem się znaleźć jakieś komitety organizacyjne i brać na siebie jakieś obowiązki, nie chciałem po prostu stać i deptać po placu. 1 grudnia ludzie tłumnie wyszli na plac Michałowski. To był naprawdę demokratyczny Majdan. Zapamiętałem słowa Saszki Położyńskiego, który powiedział: «Jeśli nawet kogoś takiego jak ja puszczają do mikrofonu nie pytając, co zamierzam powiedzieć – to znaczy, że tu panuje prawdziwa wolność słowa». To wybrzmiało na improwizowanej scenie około Księżnej Olgi. Tam rzeczywiście była wolność słowa. To był krzyk duszy ludzi.

– Rozumiem, że Pan przychodził i szukał komitetu organizacyjnego? Komitetu, którego nie było?

– Był komitet. To były młode osoby, które należały do różnych organizacji pozarządowych. Nie było żadnej partii, była społeczność. Znam te osoby. Starały się wszystko uporządkować. Zaproponowałem pomoc. Powiedzieli: «Trzeba pójść do punktu rejestracji przyjazdu-wyjazdu. Niebawem będzie ciemno i trzeba tam zorganizować światło, papier, długopisy». Poszedłem, kupiłem wszystko, co było potrzebne, przyniosłem. Wtedy rozumiesz, że zrobiłeś jakąś pracę i już tu jesteś w jakimś celu.

– Panie Olegu, kiedy na Majdanie zrozumiał Pan, że nie ma już drogi powrotnej. Kiedy zrozumieliście, że nikt was już nie usłyszy?

– Pierwszego dnia na placu Michałowskim spotkało się wiele osób. Nie poszedłem do domu na noc. Dwie godziny zdrzemnąłem się w biurze u przyjaciół. A rano poszliśmy patrolować okolice. Poszliśmy do Administracji Prezydenta. Wtedy nikt nikomu nic nie robił. Było dużo żołnierzy wojsk wewnętrznych, berkutowców. Mogliśmy podejść do chłopaków, porozmawiać, zapytać: «Po co tu stoicie?» I nawet z żartami, nawet czymś poczęstować. Wtedy ludzie nie byli jeszcze w stosunku do nich tak negatywnie nastawieni.

– Panie Olegu, czy warto było wówczas na Bankowej robić demonstrację siły?

– Trudno to wszystko przeanalizować. Moim zdaniem, można było poradzić sobie bez tego. Po tych wydarzeniach pozostał jedynie negatywny wizerunek w telewizji. Chociaż z innej strony to sprowokowało kolejny etap w rozwoju Majdanu.

– Co było punktem zwrotnym Majdanu?

– Osobiście dla mnie, takim punktem zwrotnym był wyrok sądu, kiedy pozbawiono mnie na 3 miesiące prawa jazdy, ponieważ jeździliśmy do Janukowycza w Meżyhirja i mój samochód został namierzony.

– Należał Pan do Automajdanu?

– Nie, nie byłem członkiem Automajdanu, wszyscy ludzie tam jechali. Widziałem pracownika milicji, przebranego za rewolucjonistę. Stał z potężnym obiektywem i robił zdjęcia tablic rejestracyjnych samochodów. Osoba, która przyszła na demonstrację zwykle robi zdjęcia reportażowe: jak wiele samochodów, jak wiele osób, jak to wszystko wygląda. A ja jechałem własnym autem, miałem czterech pasażerów. Powiedziałem im: «Zobaczcie jak starannie robi swoją robotę – robi zdjęcia naszych tablic». Później ta informacja pojawiła się w Internecie, były tam moje dane paszportowe, adres. I nie tylko moje. To był ten moment, w którym zrozumiałem: albo my, albo nas.

– Wtedy zaczęły się wydarzenia na Gruszewskiego?

– Nie my zaczynaliśmy działania na Gruszewskiego. Ale oczywiście, poparliśmy je. Już w tym momencie byliśmy zorganizowaną samoobroną. Ja byłem zastępcą czwartej sotni samoobrony i to już był zorganizowany sprzeciw. Już mieliśmy za sobą kilka operacji, zakończonych sukcesem. Nasze podstawowe zadanie polegało na ochronie Majdanu. Czwarta sotnia «Samoobrony» trzymała linię obok Urzędu Pocztowego i Chreszczatyka. To była nasza barykada i ponosiliśmy za nią odpowiedzialność.

– Gdzie odniósł Pan obrażenia?

– Zostałem ranny w parku Mariińskim 18 lutego.

– Wtedy, kiedy ruszyliście na tituszek?

– Szliśmy jako uczestnicy pokojowej akcji protestu, ale braliśmy ze sobą tarcze i środki ochrony osobistej. Nie mieliśmy ze sobą koktajli, chociaż w tym czasie na Gruszewskiego aktywnie z nich korzystano. I kiedy zobaczyliśmy, że na nas zza kordonu, tak zwanych stróży prawa z rąk tituszek z parku Mariińskiego poleciały butelki z płonącymi cieczami, zaczęliśmy działać.

– Czy nie mieliście wówczas wrażenia, że wtedy specjalnie «naganiano» ludzi?

– Wtedy w naszych szeregach było wiele osób, którzy zostali nam przysłani. Nie wiem, jacy i od kogo to byli ludzie. Nie złapałem nikogo na gorącym uczynku, więc nic nie mogę powiedzieć. Ale na pewno wiem, że kiedy zaczęliśmy odchodzić, nasi chłopcy padali na ziemię, potrącani przez tych, którzy stali między nami. Nasi chłopcy dostawali uderzenia w plecy od tych, którzy byli pomiędzy nami. Takich przypadków było dużo. Ten sam Mychajło Gawryluk, który był w naszej sotni odchodził do tyłu, ciągnąc rannego, to było widać na wideo. Tylko nie zrozumieliśmy potem, dlaczego on spadł. Powiedział: «Odciągałem rannego, szedłem do tyłu i wtedy ktoś podstawił mi nogę. Spadłem. I nas dwóch razem z rannym zabrali».

– Jak Pan został ranny?

– Kiedy już staliśmy z milicją naprzeciwko siebie, nie mieliśmy zamiaru się bić. Nie było takiego rozkazu i nie byliśmy na to przygotowani. Ochranialiśmy porządek i był to pewnego rodzaju nacisk na Radę Najwyższą, która miała przyjąć kluczowe dla Ukrainy decyzje. W pewnym momencie nastąpiło jakieś psychologiczne załamanie. Nie mogę powiedzieć, że między nami nie było prowokatora i to on zaczął pierwszy, ale kiedy odwróciłem się zobaczyłem, że moi chłopcy biją się z milicjantami, nie było już wyjścia. Natarliśmy, rozerwaliśmy ich linię i zaczęliśmy się z nimi bić. Wtedy dostałem gumową kulę w udo. Na początku, będąc w stanie podniecenia, nic nie poczułem. Zrozumiałem, że zostałem ranny, kiedy już odchodziliśmy, broniąc się od «berkutów», dostałem gumowy pocisk w podbródek. Nawet widziałem twarz tego cywila, który zza pleców «berkuta» strzelił do mnie z traumatycznego pistoletu.

– To w zasadzie nokaut.

– W afekcie walczyłem dalej z «berkutami». Nie czułem, że to coś poważnego. Trafiło w szczękę i, dzięki Bogu, nie została złamana. Miałem na sobie kominiarkę. Być może ona trochę osłabiła siłę strzału. Kiedy znowu ustawiliśmy się w rzędzie, poczułem, że strużka krwi pociekła mi za kołnierz. Nie chciałem sprawiać kłopotu ratownikom, ale jednak poszedłem, a oni założyli mi opatrunek. Na drugi szturm poszły wojska wewnętrzne z «berkutowcami», za nimi szli tituszki, którzy dobijali wszystkich leżących. Na początku odbijaliśmy atak, jak i wszyscy, później obróciłem się na lewo, na prawo i zobaczyłem, że nie ma już naszego rzędu, zaczął odchodzić. Wtedy zauważyłem ścianę i ucieszyłem się: zaraz się zatrzymamy i odepchniemy atak. Jednak, kiedy wszyscy na nas nacisnęli, zauważyłem, że nie da się nic zrobić, obróciłem się plecami, chroniąc swoich i zakryłem się tarczą. Kiedy chwycili mnie za tarczę, już w tym wirze, uchwyciłem się za kogoś grubszego, aby mnie nie wyciągnęli, ponieważ zrozumiałem, że jeśli mnie wyciągną zaraz z tłumu, to po prostu zabiją. Przykrywałem się malutką tarczą, miałem na sobie ochraniacze kolan, a reszta części ciała była otwarta. Piernaczem, którego mi odebrali, roztłukli mi nieprzykrytą część nogi. Ile razy dostałem po głowie nawet nie liczyłem. Dobrze, że miałem kask.

– Na Majdan wracał Pan instynktownie? To był jedyny punkt oparcia dla was wszystkich?

– Generalnie tak. Ponieważ z dowództwa czwartej sotni pozostałem tam chyba sam, zebrałem pozostałych ludzi i dopiero wtedy pojawili się deputowani. Był Oleksandr Sycz, Oleg Tiahnybok, jeszcze ktoś ze «Swobody». Oni wyprowadzili nas parkową aleją do stadionu «Dynamo», stamtąd wyszliśmy do Gruszewskiego 4, gdzie ulokował się szpital polowy. Tam otrzymaliśmy medyczną pomoc.

– Pan szedł z ranną nogą?

– Oczywiście, szedłem. Prowadziłem ludzi, pod rękę trzymałem tych, którzy byli w gorszym stanie niż ja sam. Ja byłem we «względnie dobrym» stanie.

– Panie OIegu, a jak Pan trafił do Polski?

– Polska była wymuszonym krokiem. Jak powiedziałem wcześniej, kiedy wszystko się zaczynało, moja żona była w szóstym miesiącu ciąży. Plan wyjazdu przemyślałem wcześniej: złożyłem papiery na wizę, dostałem wizy dla siebie, żony i dzieci. I kiedy 18 lutego w Mariince oberwaliśmy, w tej samej chwili, kiedy szedłem po parkowej alejce, zadzwoniłem do żony i powiedziałem: «Już czas». Umówiliśmy się: co, kiedy, jak. Ona wsiadła do samochodu, pojechała w kierunku Łucka. Stąd przyjaciele pomogli jej dostać się do Polski.

– Dlaczego właśnie do Polski?

– To był przypadkowy wybór. Pytałem przyjaciół, dokąd można. Rozumiałem, że muszę koniecznie schować rodzinę za granicą.

– Ale przecież Polska… dlaczego miałaby być dla Pana przyjazną ziemią, na przykład ze względu na wspomnienia o Rzezi Wołyńskiej?

– Byłem w Polsce w zeszłym roku i nie spotkałem żadnych przykrych sytuacji. To, o czym mówią politycy, – to jedno, a to, jak zachowują się ludzie – to coś zupełnie innego.

– Dużo Polaków było na Majdanie?

– Widziałem polskie flagi, widziałem Polaków, polskich dziennikarzy. Jednak nie rozmawiałem z nimi i nie mogę stwierdzić, czy na Majdanie było wielu Polaków.

– Kto Wam pomagał? Mieliście przyjaciół w Polsce?

– To byli przyjaciele przyjaciół.

– A jak Pana małżonka wybrała miasto w Polsce?

– Przyjaciele moich przyjaciół powiedzieli: «Jedziesz do Tucholi. Tam są ludzie, którzy wam pomogą, jest Bractwo Kurkowe. Zadzwoniliśmy do nich, oni wiedzą, że powinna przyjechać moja żona. Tam ją przyjmą i pomogą». Zanim przyjechałem, moją rodziną zaopiekowali się Mariusz Wegner i Mariusz Słomiński. Pomagało wiele osób, w tym burmistrz Tucholi, który pomógł z mieszkaniem. Dzieci wzięto do szkoły, tam ich bardzo miło przyjęto, zarówno nauczyciele jak i dzieci. I w ogóle zrozumieliśmy, że nie warto zatrzymywać się na tragicznej przeszłości, a myśleć o tym, jak zbudować szczęśliwą przyszłość dla naszych dwóch narodów.

– W jaki sposób wyjechał Pan do Polski na leczenie?

– Leczyć się mogłem w dowolnym miejscu. Nie miałem poważnych obrażeń, które wymagałyby specjalnej pomocy, jednak stało się tak, że moja żona po przejechaniu tak odległej drogi od razu trafiła do szpitala z zagrożeniem przedwczesnego porodu. Z nią było czworo dzieci, najmłodszemu – trzy lata. To stało się katastrofą. W Mariińskim parku był ranny nasz sotnyk. Poczekałem, aż dowódca wróci do zdrowia i powiedziałem: «Chłopaki, wybaczcie, ale muszę». To było 25 lutego. Wtedy było już po tym przełomie na Majdanie, nasi zaczęli ochraniać Radę Najwyższą, w parlamencie były uchwalane «prawidłowe» decyzje. 25 lutego wyjeżdżałem z Ukrainy rozumiejąc, że moja obecność już nie jest tak zasadniczo ważna. Żona wiedziała, że jadę do niej, ze względu na nią, że ona potrzebuje mnie bardziej niż Ukraina, ale gdyby coś się stało, wróciłbym na Ukrainę i moje kochana żona, musiałaby mi wybaczyć.

– Dziecko urodziło się w Polsce?

– Dziecko urodziło się w Polsce, ma już kilka tygodni. Ja razem ze starszymi dziećmi wróciłem dzisiaj, a żonę z najmniejszym, przyjaciele przywiozą później.

– Dziękuję za rozmowę. Niech szczęście będzie z Wami!

Rozmawiał Walenty WAKOLUK