Rozmowy
  • Register

Z poetą Maciejem Robertem i prozaikiem Konradem Janczurą rozmawialiśmy w redakcji «Monitora Wołyńskiego». Co prawda podczas wywiadu nie zawsze my stawialiśmy pytania – czasem to nasi rozmówcy prowadzili ze sobą dialog.

Do Łucka obaj polscy pisarze przyjechali na Festiwal Literacki «Frontera». Konrad Janczura prezentował tu powieść «Przemytnicy», której tłumaczenie na ukraiński ukazało się we wrześniu b.r., Maciej Robert przedstawił uczestnikom Festiwalu swoje poezje zarówno po polsku, jak i ukraińsku, w czym pomagał mu tłumacz jego wierszy Andrij Lubka. Obaj byli zaskoczeni i wzruszeni tym, ilu ludzi przyszło na spotkania z nimi.

Podczas rozmowy w redakcji Walenty Wakoluk, redaktor naczelny MW, oraz Piotr Kowalik, nauczyciel skierowany do Łucka przez ORPEG, poruszyli z nimi kwestie pisania na zamówienie, stosunku pisarza do rzeczywistości, granic, prowincji i tworzenia najlepszej literatury z niczego.

Walenty Wakoluk: Macieju, Konradzie, co robicie w życiu?
Maciej Robert: Zajmuję się literaturą, prywatnie i służbowo – pracuję w Domu Literatury w Łodzi. Tworzę wiersze, piszę o literaturze, redaguję książki i tak wokół książek czas mi płynie. 

Konrad Janczura: Zajmuję się grami komputerowymi i literaturą, piszę powieści.

M. R.: Z polskiej perspektywy, a może tylko łódzkiej – tak się składa, że ten przymiotnik dzierżawczy brzmi podobnie i w przypadku Łodzi, i w przypadku Łucka, więc czuję się tu jak w domu – życie literackie na Ukrainie jest obecnie na poziomie absolutnie w Polsce nieosiągalnym. Na spotkaniu z Serhijem Żadanem była pełna sala – 500 osób, jak nie więcej. Wszystkie miejsca zajęte, ludzie stali po bokach i nabożnie słuchali, jakby na scenę wyszła jakaś gwiazda. A facet tylko czytał wiersze, nic więcej.

K. J.: Dodaj jeszcze, że to sala w multipleksie.

M. R.: Tak. Nie wiem, czy w Polsce znalazłby się poeta, na którego przyszłoby ze 100 osób. I to zazwyczaj podczas takiego spotkania jest rozmowa, a wiersze są tylko dodatkiem i nikt ich nie chce słuchać. Ludzie wolą raczej spotkać się z człowiekiem, a nie z jego wierszami. Po Żadanie było spotkanie z Konradem Janczurą – autorem zagranicznym, na które przyszło około 100 osób i też bardzo żywo reagowały. Jak do nas przyjeżdża taki autor, to na niego przychodzi jeszcze mniej niż na polskiego, bo go nie znają. Tutaj jest zupełnie inna sytuacja. 

W. W.: To tylko w Łucku?
M. R.: Byłem wcześniej na festiwalu w Kijowie i tam też było pełno publiczności.

W.W.: Co by zjadł polski konsument albo co je na co dzień?

K. J.: Na co dzień konsumuje «Barwy szczęścia» i seriale tureckie, do tego jeszcze pisma typu «Chwila dla Ciebie» czy «Twoje Imperium». Biorąc pod uwagę stan elit liberalnych, czytelnicy wchodzą często w pułapkę takiego ślepego okcydentalizmu i w treściach literackich doszukują się jak najwięcej treści politycznych zgodnych z pewną wykładnią liberalną, która często jest traktowana w sposób wybiórczy, z lekka zaściankowy i trochę ślepy. Polityka najbardziej niszczy stan literatury, jako że literatura musi jak najbardziej pasować do pewnych wzorców ideowych. Nie ma w Polsce czegoś takiego, jak na Ukrainie, w Rumunii czy nawet na Węgrzech. Węgry nie uchodzą za wzorzec demokracji, a jednak ich literatura zawiera w sobie życie, pewną prawdę o człowieku, która jest neutralna i która jest prawdą wyjściową dla polityki, a nie odwrotnie.

W. W.: Można pisać poezję na zamówienie?
M. R.: Pisałem dla siebie przez lata i byłem przekonany, że poezja to kwestia dosyć intymna, ale niestety rzeczywistość społeczna w Polsce nawet w sposób podświadomy na tyle mnie dotyka, że to zaczyna odbijać się w moich wierszach i sam jestem zdziwiony faktem, że np. poeta liryczny, za jakiego się uważałem, nagle zaczyna pisać teksty o czarnym proteście kobiet. To było kiedyś dla mnie nie do pomyślenia, a teraz okazuje się, że chcąc nie chcąc każdy pisarz jakoś opowiada się politycznie. To jest nieuniknione.

K. J.: Ja napisałem swoją pierwszą książkę na zamówienie, drugą też piszę na zamówienie.

W. W.: Jaki jest Wasz wyidealizowany odbiorca?
K. J.: Nie myślę o odbiorcach, tylko o honorariach, dlatego piszę prozę. Owszem istniał mój wyidealizowany odbiorca, tylko że on umarł wraz z Jackiem Kerouakiem.

W. W.: Ale możesz zajmować się czymś innym, niekoniecznie pisaniem.
K. J.: Zajmuję się tworzeniem gier komputerowych i programowaniem oraz pisaniem. Wszystko to przynosi mi pieniądze i jest to zupełnie świadomy wybór.

W. W.: Kiedy zaczęliście pisać i zrozumieliście, że to jest potrzebne?
K. J.: Pierwsze swoje próby popełniłem w wieku sześciu czy siedmiu lat, ale tak naprawdę jako pisarz narodziłem się po śmierci mojego ojca. Zrozumiałem wówczas, że jest to istotne dla mnie, żeby wyleczyć różne swoje lęki.
M. R.: Zacząłem pisać wiersze w wieku 16–17 lat, czyli na takim etapie, kiedy chyba wszyscy je piszą, ale nie wszyscy się do tego przyznają. Mniej więcej wtedy w młodych ludziach jest potrzeba jakieś autoekspresji, powiedzenia swoim własnym głosem czegoś, jak im się wtedy wydaje, bardzo ważnego, osobistego. Pierwszą książkę wydałem mając lat 26. Te 10 lat to był właśnie okres uczenia się literatury. Pierwszej książki jeszcze nie uznaję za tak naprawdę moją. Myślę, że to był przedwczesny debiut. Dopiero po trzydziestce zacząłem pisać tak, jak naprawdę chciałem.

Piotr Kowalik: To prawie jak Szymborska.
M. R.: U Szymborskiej było inaczej, ona swoje początki miała mocno związane z epoką stalinizmu.

P. K.: Chodzi mi o to, że też nie bardzo się chciała przyznawać później do tych wierszy.
M. R.: Tak, ale z innych powodów. Ja nie chcę się przyznawać nie dlatego, że pisałem laurki dla kacyków, tylko dlatego, że to nie były dobre wiersze.

P. K.: Jak przeczytałem kilka Twoich wierszy, rzuciło mi się w oczy pewne podobieństwo do Szymborskiej – umiejętność obserwacji szczegółu, koncentracja na człowieku i jego konkretnych przeżyciach, coś w rodzaju lekkiej autoironii i dystansu do tego, o czym piszesz. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz.
M. R.: Głupio wyglądałoby, gdybym teraz zaoponował, jak mnie zestawiasz z Szymborską, to bardzo miłe porównanie. Zresztą byłem nominowany do nagrody jej imienia. Faktycznie widzę też, że w centrum moich wierszy zawsze stawiam konkretnego człowieka. Są one trochę mało poetyckie, raczej w dużym stopniu może nie tyle prozatorskie, co narracyjne. Zazwyczaj opowiadają jakąś historię, a każda dobra historia musi mieć wyrazistego bohatera. Natomiast konkret być może związany jest z tym, że z wykształcenia jestem filmoznawcą. Próbuję to przetransponować na twórczość literacką. Film jest sztuką obrazu i rzeczywiście jak czytam swoje wiersze, to widzę, że one w dużej mierze operują obrazami. Są to wiersze mocno obrazowe.

CZYTAJ TAKŻE: «FRONTERA» W ŁUCKU: «BO MOJE WIERSZE SĄ PROZĄ»

P. K.: Zgadzasz się z tym, że one są także lekko autoironiczne?
M. R.: Z tym się nie zgadzam. Dla mnie najważniejszy odbiorca to taki, który czyta te wiersze zupełnie inaczej niż ja. Jestem wtedy naprawdę uskrzydlony, bo im więcej ciekawych, idących wbrew moim oczekiwaniom odczytań, tym lepiej. Nie mam pojęcia, gdzie tam dostrzegłeś autoironię, bo wydaje mi się, że w wierszach kompletnie nie potrafię mieć jakiegokolwiek poczucia humoru.

P. K.: Uściślę pytanie, bo może nie jest to dokładnie ten sam typ autoironii, którą dostrzegam u Szymborskiej, ale pewien rodzaj dystansu. Mnie się wydaje, że koncentrujesz się na człowieku i na szczególe, ale tak, jakbyś to wszystko obserwował z zewnątrz.
M. R.: Wydaje mi się, że poezja sama w sobie musi operować dystansem. Gdyby w poezji nie było takiego stosunku do rzeczywistości, to nie byłaby to poezja, tylko reportaż. Więc dystans w poezji jest rzeczą absolutnie konieczną.

P. K.: Jakie masz plany na najbliższą przyszłość, jeżeli chodzi o twórczość literacką? Czy powrócisz do intymności poetyckiej, czy będziesz bardziej się angażował w sytuację polityczną?
M. R.: Mam już napisanych kilka nowych wierszy i one są jeszcze bardziej doraźne, więc nie wiem, czy to jest dobry kierunek. Moja najnowsza książka, «Superorganizm», jest zwykłą książką z wierszami, natomiast poprzednie dwie to były poematy – mocno skomplikowane formalnie, dość erudycyjne, z wieloma odniesieniami. Dlatego ten nowy tomik jest odskocznią do zwyczajnej poezji. Ale już teraz widzę, że znowu mnie zaczyna ciągnąć do formy bardziej pojemnej i chyba następna książka to znowu niestety będzie poemat.

P. K.: Próbowałeś kiedyś drogi prozatorskiej?
M. R.: Oczywiście, że próbowałem, dawno temu, ale to były opowiadania tak bardzo idące w stronę poezji, że sobie darowałem. Zostawiam prozę bardziej utalentowanym kolegom. Poza tym jest niewielu poetów, którzy pisali dobre książki prozatorskie.

P. K.: Jakie są Twoje najważniejsze wzorce poetyckie?
M. R.: Zazwyczaj tak jest, że kształtujemy się literacko, w ogóle kulturalnie nasiąkamy w wieku 18–21 lat. I te rzeczy, które wtedy przeczytałem, przyswajałem z tak ogromną siłą, że gdybym dzisiaj dotarł do czegoś nowego, to już nie czytałbym tego tak, jak wtedy. Pamiętam jak pierwszy raz przeczytałem powieść «Cząstki elementarne» Michela Houellebecqa. Napisał o człowieku trzydziestoletnim, jak on już powinien w zasadzie kończyć swoje życie i kłaść się do trumny, bo dzisiejsze społeczeństwo to absolutna porażka. To podziałało na mnie tak, że przez jakieś osiem godzin leżałem po ciemku, płakałem i nie mogłem się pozbierać. Gdybym dzisiaj to przeczytał, pewnie spłynęłoby po mnie, jak po kaczce. Ale wtedy to mną wstrząsnęło, co wiele mówi nie tyle o Houellebecqu, a bardziej o mnie. Bo w tym wieku dzieją się takie rzeczy z człowiekiem, że potem już nigdy tego nie doświadczamy.

Robert Janczura 02

Spotkanie z Maciejem Robertem podczas Festiwalu «Frontera». Fot. Pawło Bereziuk

P. K.: Z polskiej poezji bardziej klasyka czy np. Nowa Fala?
M. R.: Najbardziej lubię Jana Kochanowskiego. Jak zaczynałem pisać wiersze, wtedy modni byli poeci «brulionu». Najważniejsi wtedy dla mnie byli Marcin Świetlicki i Jacek Podsiadło. Uwielbiam Stanisława Barańczaka, odkryłem Stanisława Grochowiaka. A potem zacząłem czytać poetów barokowych i to dopiero okazało się przeżycie. Ale najbardziej lubię Jana Kochanowskiego. Nikt nie przeskoczy jego poziomu. W zasadzie napisał już wszystko i można by więcej nie pisać poezji polskiej po Kochanowskim.

P. K. (do Konrada Janczury): Mówiłeś o tym, że taką inspiracją, żeby napisać książkę, była śmierć ojca.
K. J.: Tak.

P. K.: Napisałeś powieść o polskiej prowincji. Czy mógłbyś tę swoją prowincję opisać?
K. J.: Dojrzewałem na prowincji, następnie przeprowadziłem się do Krakowa, a potem wróciłem na chwilę na tę prowincję. Ten człowiek, który się z niej wyprowadził, już zupełnie nie był tym człowiekiem, który na nią potem wrócił.

CZYTAJ TAKŻE: «FRONTERA» W ŁUCKU: PRZEMYT – ESENCJA EUROPY ŚRODKOWEJ

P. K.: Jak pamiętasz tę prowincję?
K. J.: Prowincję z czasów, kiedy zajmowałem się przemytem, kiedy tam dojrzewałem, pamiętam jako takie miejsce, które było właściwie dla mnie jedynym wówczas wyobrażeniem o świecie, ponieważ nie miałem środków ku temu, żeby gdzieś wyjechać. Prowincja była jedyną moją wykładnią rzeczywistości. Wtedy, w wieku 18–19 lat, czytałem mnóstwo klasyków rosyjskich – Lermontowa, Dostojewskiego i in. I ta literatura dała mi wówczas pełne zrozumienie wszystkich patologii, które się działy na prowincji. To były w ogóle trudne czasy. Jestem z takiego miejsca, gdzie od kiedy upadły PGR-y, nie było w ogóle pracy dla ludzi. I jak się granica otworzyła, to coś się powoli zaczęło zmieniać, ale jeszcze wciąż wszyscy palili papierosy i pili wódkę z Ukrainy, bo ich na nic innego nie było stać. Wszystko to doprowadziło do wielu tragedii, alkoholizmu, rozbojów i przemocy.

Robert Janczura 01

Spotkanie z Konradem Janczurą podczas Festiwalu «Frontera».
Fot. Maks Tarkiwskyj

P. K.: Jaka jest dominująca cecha tej prowincji?
K. J.: Mrok.

P. K.: Czy ta prowincja, o której pisałeś, zmieniła się czy została taka sama?
K. J.: Została taka sama. Zmieniło się tylko to, że powstało kilka małych oligarchii. W tych rejonach są tacy różni dorobkiewicze, którzy tworzą małe obozy pracy i zatrudniają np. Ukraińców za śmieszne pieniądze. Wtedy zrozumiałem, że o ile zachodnia Polska idzie w stronę rozwoju ekonomicznego i demokratyzacji, o tyle wschodnia Polska idzie też w stronę rozwoju, ale w stylu Azji Środkowej. Taka oligarchizacja społeczeństwa, budowanie nierówności. To po prostu wydawało mi się wtedy przerażające.

P. K.: Co najbardziej uderzyło Cię na Ukrainie?
K. J.: To, jak tutaj można smakować życie. Tam, gdzie mieszkam, w Katowicach, czuję te same smaki, co w Niemczech czy we Francji: smak McDonalda, KFC i Starbucksa. Tutaj czuję o wiele więcej smaków, zapachów, powietrza. Wszystkiego.

W. W.: Ale przecież to jest prowincja. To jest to, co opisujesz jako Mordor na wschodniej ścianie Polski.
K. J.: Ale Łuck nie ma nic wspólnego z prowincją Polski wschodniej.

W. W.: Czemu?
K. J.: Bo to nie jest prowincja. Łuck już nie należy w ogóle do tego kręgu kulturowego. To jest średniej wielkości miasto ukraińskie i tego się trzymajmy.

W. W.: Macieju, a Ty nie uważasz, że prowincję nosimy w sobie?
M. R.: Mieszkam w Łodzi i do niedawna było to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w Polsce, teraz Kraków nas wyprzedził. Łódź to centrum Polski, miasto z tradycjami wielokulturowymi. Ale uważam, że Łódź to dopiero jest prowincja. Miałem to nieszczęście, ale też poniekąd szczęście, że lata, w których się kształtowałem, przypadły na okres największego upadku Łodzi. W 1989 r. miałem 12 lat, kiedy przestał funkcjonować najważniejszy dla tego miasta przemysł włókienniczy. To doświadczenie pewnie jest wspólnym odczuciem generacyjnym. Ten okres, co najmniej dekada, lata 90., to kompletna porażka i trzeba było sobie nawet w wyobraźni znaleźć coś zastępczego. I, przepraszam bardzo, ale ja to samo widzę teraz w Łucku. Łuck jest jak Łódź w latach 90. Brak nadziei, perspektyw, wszystko jest zaniedbane. Mieszkam (podczas Festiwalu – red.) w hotelu koło synagogi i ona też jest symbolem tego upadku. Budynek, który powinien być odnowiony, powinien być symbolem historii tego miasta, jest kompletnie zapuszczony.

W. W.: A może stąd właśnie takie zainteresowanie młodych ludzi «Fronterą»? Może tam szukają pewnego wyjścia?
M. R.: Dlatego że tu nie ma roboty?

W. W.: Nie, dlatego że nie ma perspektyw albo wizji własnego życia.
M. R.: To jest zaskakujące, jeżeli miasto ma 200 tys. mieszkańców, a na Żadana przychodzi 500 osób.

W. W.: Ale mówiłeś, że w Polsce w ogóle nie ma takiej frekwencji…
M. R.: Jak jest duży ośrodek, taki jak Kraków czy Wrocław, to jest sporo imprez w tym samym czasie, więc ta publiczność na jednym spotkaniu stopniowo maleje. Tutaj, jeżeli coś się dzieje, często to jest jedyne wydarzenie i wtedy wszyscy idą.

Ale, wracając do tych lat 90., jak zobaczyłem, że w Łodzi nic nie ma, wtedy właśnie twórczość literacka pomogła mi jakoś się ogarnąć. Jeden z moich ulubionych poetów – Philip Larkin – napisał wiersz, w którym pojawia się fraza «Nothing, like something, happens anywhere», czyli nic, tak jak coś, może przydarzyć się wszędzie. Dopiero wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę to, że nic się nie dzieje, też może dać materiał do opowiedzenia, tylko zależy, jak to przedstawić. Wtedy zacząłem pisać.

Skoro rozpoczęliśmy rozmowę o pisarzach ukraińskich, to oni nie są tłumnie tłumaczeni na polski.

K. J.: Coraz częściej.

M. R.: Jakieś 10–15 nazwisk.

K. J.: To i tak dużo.

M. R.: W okresie rewolucji był moment, że zaczęliśmy nagle tłumaczyć, zwłaszcza młode pokolenie, wśród nich Żadan czy Prohaśko, który w powieści «Niezwykli» («Непрості») opisał świat Huculszczyzny i Karpat w taki sposób, jak gdyby pokazywał zupełnie odrębny mikrokosmos. Właściwie stworzył od podwalin absolutnie nowy świat z własną religią i mitologią. Opisał miejsce, w którym w zasadzie nic nie ma poza górami i lasami, ale ten jego wszechświat tętni życiem. I to jest dla mnie najwyższa forma literatury – stworzyć coś z niczego.

Właśnie o to chodzi, że każdy ma swoje miejsce. To raczej punkt w czasie, niż w przestrzeni. Musisz zrozumieć, że rzeczywistość, która cię otacza, a o której ty myślisz w sposób zwyczajny, tak naprawdę jest jedyna w swoim rodzaju, jest niezwyczajna. Chodzi tylko o to, jak ją ugryźć. Dorastałem na zwyczajnym blokowisku, chodziłem do zwyczajnej gierkowskiej szkoły na przedmieściach Łodzi. Nic tam się nie działo. I co o tym można opowiedzieć? W zasadzie nic. A z drugiej strony można z tego zrobić materiał na 50 książek.

W. W.: Konrad, a gdzie jest Twoja granica? Gdzie Cię «przemycono»?
K. J.: To ja przemycałem przez granicę. Potem zostałem wzięty do wojska. W wojsku stwierdziłem, że muszę iść na studia, bo to był jakiś sposób, żeby z tego wojska się wymknąć. Ponieważ uznałem, że jedyne studia, na które mogę sobie pozwolić w tej chwili, to polonistyka, poszedłem na nie. Tam poznałem kilka mocnych osobowości. Np. Piotra Mareckiego, który był potem moim wydawcą, czy Jerzego Jarzębskiego, wybitnego znawcę literatury, czy Włodzimierza Szturca, który prowadził przedmiot «Maski i rytuały». Nigdy nie czułem czegoś takiego, jak przekraczanie granicy. Granice zawsze były dla mnie jakieś fikcyjne. Wtórna rzeczywistość.

M. R.: Dla mnie jedną z najważniejszych granic, którą musiałem pokonać, było wyjście z moim pisaniem do ludzi, kiedy trzeba było pokazać to, co napisałem, pierwszej osobie, a potem kolejnym.

W. W.: To było piękne czy ohydne?
M. R.: Traumatyczne. W zasadzie od tej pierwszej recenzji można było uzależnić to, co potem się działo.

W. W.: Nie znoszę krytyków, bo czasem człowiek może im uwierzyć.
K. J.: Zniszczyłem jednego pisarza jako krytyk.

M. R.: Ja piszę recenzje, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że nie chcę pisać źle. Nie chcę krytykować, nawet jeżeli jest to faktycznie niedobre. Człowiek siedzi nad tym latami, zwłaszcza w prozie. Napracował się straszliwie, to jest dla niego ogromnie ważne. Więc nie mogę teraz jednym machnięciem powiedzieć: «Nie pisz».

K. J.: Ale to często pomaga. Największą sprzedaż swojej książki miałem w momencie, kiedy ukazała się najbardziej złośliwa recenzja. To jest wprawianie literatury w ruch.

M. R.: Pomaga Tobie czy sprzedaży?

K. J.: Mnie też pomaga, bo ja się bardzo cieszę, że ktoś ma tyle siły i zaparcia, żeby czynić mi złośliwości.

P. K.: Jedna z recenzentek właśnie zrobiła rozbiór Twojej książki na czynniki pierwsze i doszła do konkluzji, że nic w niej nie ma. Natomiast w drugiej recenzji napisano, że to jest siła tej książki, że w ten sposób opisujesz prowincję, na tej zasadzie, że tam nic nie ma i to nic powoduje, że powstaje coś.
K. J.: Literatura musi budzić kontrowersje. Jeśli nie budzi, to nie ma szansy i siły przebicia. Pamiętam czasy, jak ukazywały się pierwsze książki Żadana, on był na Ukrainie też traktowany bardzo kontrowersyjnie, ale, jak widać, zaszedł daleko. W ogóle ludzie powinni budzić sprzeczne uczucia, nie tylko literatura. To jest to totalitarne myślenie, to wygładzanie, że to ma się podobać wszystkim. Świat musi być jedną wielką niekończącą się kłótnią, awanturą, dyskusją. Nie może być jednolity.

Robert Janczura 00

Spotkanie w redakcji «Monitora Wołyńskiego». Fot. Natalia Denysiuk

Rozmawiali Walenty WAKOLUK i Piotr KOWALIK
Fot. Pawło BEREZIUK, Maks TARKIWSKYJ, Natalia DENYSIUK

CZYTAJ TAKŻE:

EŁŁA JACUTA: «TWORZYMY WŁASNĄ HISTORIĘ»

«FRONTERA» W ŁUCKU: POROZMAWIAJMY O TWÓRCZOŚCI

«FRONTERA» W ŁUCKU: ROZMOWA O BAŁKANACH

O MNIEJSZOŚCIACH NARODOWYCH OD DONBASU PO BUKOWINĘ, BESARABIĘ I ZAKARPACIE

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI: «BUDUJMY CENTRUM ŚWIATA NA WŁASNYM PODWÓRKU»

WYSPY WIOLETTY GRZEGORZEWSKIEJ

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1