Rozmowy
  • Register

«Z wyspy na wyspę, ze wsi do wsi, niosąc na plecach to, co ważne. Chcę widzieć szeroką perspektywę. Ja jestem biegunem. Muszę być cały czas w drodze» – mówi polska pisarka Wioletta Grzegorzewska.


Wioletta Grzegorzewska – polska poetka i prozaiczka mieszkająca obecnie w Wielkiej Brytanii, gdzie funkcjonuje jako Wioletta Greg. Wydała kilka tomików poetyckich oraz dwie książki prozatorskie: «Guguły» i «Stancje», które ukazały się m.in. w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Korei Południowej. W 2017 r. była nominowana do nagrody Bookera za zbiór opowiadań «Guguły» (ang. «Swallowing Mercury») opisujący polską prowincję w czasach PRL-u. W listopadzie wzięła udział w Międzynarodowym Festiwalu Literackim «Frontera», odbywającym się w Łucku, podczas którego zaprezentowała swoje wiersze z książki «Czasy zespolone». Na język ukraiński specjalnie dla Festiwalu przetłumaczył je Andrij Lubka.


W trakcie pobytu w Łucku Wioletta Grzegorzewska była również gościem «Monitora Wołyńskiego». Rozmawialiśmy z nią m.in. o emigracji, o życiu na prowincji i poczuciu odrębności.

 

Grzegorzewska 04

Andrij Lubka, Wioletta Grzegorzewska i Oleksandr Bojczenko podczas Festiwalu «Frontera»

 


– Czy na Twoją decyzję o wyjeździe z Polski do Wielkiej Brytanii wpłynęło coś znaczącego?
– Wpłynęło na to kilka rzeczy. Po pierwsze miałam powody osobiste – na wyspie Isle of Wight na kanale La Manche mieszkał mój mąż. Wyjechał tam wcześniej, a ja mieszkałam z synem w Częstochowie. Bardzo długo żyłam w micie Zachodu, chciałam więc go odczuć. Czułam też, że w czasach transformacji muszę odciąć się od kraju. Jeżeli chcę pisać, poszerzać swoje horyzonty, muszę odciąć się od kraju, tak jak Czesław Miłosz. Miałam co prawda lęk, że jak wyjadę, to stracę kontakt z językiem. Postanowiłam więc wyjechać na rok, ale jestem w Wielkiej Brytanii już od dwunastu lat.
Chciałam zobaczyć, jak na Zachodzie wygląda życie literackie, jakie jest myślenie. Trafiłam na prowincję Anglii i okazało się, że tam nie ma żadnych literatów. Tylko przy kościele baptystów była kafejka, w której mogłam mieć kontakt z krajem. Jestem na prowincji, o której pisał Philip Larkin i ona nie zmieniła się od 60 lat. Jak przyjechałam, nie było tam żadnego życia literackiego, zamykano akurat bibliotekę, bo kończyły się rządy Partii Pracy i nie było dofinansowania. Ale w tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, czym dla mnie jest prowincja, ta angielska prowincja Philipa Larkina. To myślenie bogatej, południowej Anglii nagle mi przypomniało moją prowincję w Polsce – moją Jurę Krakowsko-Częstochowską (Wioletta Grzegorzewska urodziła się w Koziegłowach w województwie śląskim – przyp. red.), tym bardziej, że te tereny są bardzo podobne do siebie. Pomyślałam wówczas, że w swojej pierwszej książce prozatorskiej odtworzę moją prowincję.


– Miał to być dialog prowincji czy ucieczka w szczęśliwe lata dzieciństwa?
– Zdecydowanie ucieczka. To był powrót do języka dziadków. Na początku w ogóle nie odnalazłam się na Zachodzie. Jak przyjechałam do Anglii, to słabo mówiłam po angielsku i się odizolowałam. Wybrałam emigrację wewnętrzną. I to nawet nie ja wybrałam, to coś wybrało za mnie. Zaczęłam wówczas pisać prozę. Zbierałam notatki i pomyślałam, że pojadę na chwilę do Polski, do Stasiuków – do Andrzeja Stasiuka i Moniki Sznajderman – na kurs pisania, bo nigdy nie pisałam prozy. I wtedy Monika Sznajderman zauważyła moją prozę i zaproponowała mi jej wydanie. Tak zaczęła się moja kariera pisarska.


– Masz jakieś powiązania kresowe?
– Nie mam żadnych powiązań kresowych. Pochodzę z Górnego Śląska. Dziadek, Władysław Lubas, był uczestnikiem kampanii wrześniowej, służył w 9 Lubliniecko-Opolskim Pułku Piechoty, następnie był w Armii Krajowej. Mój ojciec jest spolonizowanym Romem. Dziadkowie i rodzice zawsze mieli mentalność śląską, czyli mieli poczucie odrębności. Rozmawiali w języku śląskim i oficjalnym polskim, ale do piątego roku życia żyłam tylko w języku śląskim.


– Różni się od polskiego?
– Jest zrozumiały, ale się różni.


– Oprócz języka jest jakaś odmienność w myśleniu Ślązaków?
– Tak, dla Ślązaków charakterystyczne jest poczucie odrębności na zasadzie «Ty nie ufaj nikomu. Jesteś Ślązak. Jesteś samoswój». W czasach socjalizmu to poczucie odrębności zostało zupełnie spacyfikowane, bo w szkole nie wolno było mówić po śląsku. Ale u mojego dziadka nie było to mocno odczuwalne, bo on był z pogranicza. Dziadkowie mieszkali na granicy zaboru rosyjskiego i pruskiego i myślę, że to wpłynęło na ich mentalność.


– Dlatego jesteś na «Fronterze»?
– Chyba tak. Zawsze marzyłam, żeby przyjechać na Ukrainę, bo nigdy tu nie byłam. Czytałam książkę Andrzeja Kalinina «i Bóg o nas zapomniał», świadectwo życia pod sowiecką okupacją, piękną i tragiczną historię o losach Kresowiaka, który zostaje zesłany na Sybir. Mój dziadek odczuwał odrębność i ja chyba to odziedziczyłam. A w dodatku ojciec był z pochodzenia Romem (chociaż tak naprawdę czuł się Polakiem), a urodził się w Sosnowcu, gdzie też przebiegała granica. Cały czas ta odrębność była w moich korzeniach. Mój ojciec przez to swoje pochodzenie nie mógł wytrzymać na miejscu.

 

Grzegorzewska 03

 


– To dziadek zaszczepił Ci syndrom pogranicza?
– Jako najstarsze dziecko zostałam wyznaczona w mojej wielopokoleniowej rodzinie na kronikarkę, czyli na kogoś, kto przekazuje rodzinne treści dalej. Dziadek często opowiadał mi o kampanii wrześniowej, ale już o byciu w AK nie można było mówić.


– Opisujesz «Gugułach» komunę, świat bardzo prowincjonalny, dojrzewanie młodej dziewczyny. Jak uważasz, co w Twoich książkach zainteresowało zachodniego czytelnika?
– Guguły to w języku mojego dziadka niedojrzałe owoce. To jest regionalizm, o czym nie wiedziałam. Myślałam, że to słowo jest ogólnopolskie. W «Gugułach» są opisywane zwyczaje pochodzące z kultury dziadków: dlaczego wieszali w chlewie zioła, topili Marzannę, jak wyglądało poświęcenie pól, co znaczy «zwyczaj Turków». Chciałam opisać kulturę chłopską, czyli kulturę wsi.
To się tylko wydaje, że to jest książka o dojrzewaniu. Opisuję czas, kiedy kończyła się komuna w Polsce. I co się kończy wraz z nią? Kończy się kultura chłopska, o czym pisał Wiesław Myśliwski, i ja jestem jednym z jej ostatnich świadków. Moi dziadkowie umierają i koniec.


– Dlaczego te pozostałości peerelowskie tak się spodobały Zachodowi? Może zachodni czytelnik chce zrozumieć, z czym Polska weszła do europejskiej wspólnoty?
– Czasem myślę, że to jest takie patrzenie jak na Indian. Oni mi tego wprost nie powiedzą. Pytają, kiedy zacznę pisać po angielsku, pisać o emigracji, o nich. Mnie się wydaje, że byli ciekawi świata za żelazną kurtyną, jak wyglądało życie na prowincji polskiej. Mówili mi, że jest inne, że opisuję świat, którego sobie nigdy nie wyobrażali.


– Kto przetłumaczył Twoją książkę na angielski?
– Przełożyła ją wspaniale Eliza Marciniak, która długo mieszkała w Kanadzie, a wychowała się na prowincji polskiej, dlatego ten świat pojęła i oddała w języku angielskim.


– «Guguły» miały swoją kontynuację – powieść «Stancje». Czy ta historia jest już zakończona?
– Może będzie trylogia, ale jeszcze nie wiem.


– To znaczy, że temat nie jest wyczerpany?
– To było tylko muśnięcie tego, co ja widziałam, co przeżyłam w świecie opisywanym w «Gugułach». Myślę, że powinnam jak Günter Grass w «Blaszanym bębenku» poszerzyć tę książkę. Tematu o moich korzeniach jeszcze nie wyczerpałam, ale teraz zajmuję się innymi rzeczami. W trzeciej książce próbuję ocalić inny świat – kolejny inny świat, ale już nie mój. Świat człowieka, który żył na pograniczach kultur, bo pochodził z chasydów, a był syjonistą, miotał się między kulturą polską i żydowską. Jego świat próbuję ocalić. Cały czas mnie interesuje bycie na pograniczu, odrębność pod względem tożsamości, a także społeczna i polityczna.


– Jeżeli dziadek wybrał Cię na kronikarkę, to może by jednak spróbować opisać prowincję brytyjską okiem migrantki?
– Tylko, że ja na prowincji brytyjskiej spędziłam ledwie 10 lat, a teraz znowu mieszkam pod Londynem, nad Tamizą.


– Nie brakuję Ci tej prowincji, przestrzeni, samotności?
– Żyję w takiej samej izolacji i na wewnętrznej emigracji pod Londynem, jak na wyspie Wight. Natomiast odczułam na Zachodzie bardzo silne napięcia. Byłam w czerwcu w czasie ataku terrorystycznego z córką w Londynie, więc po przeprowadzce ze spokojnego południa zobaczyłam nagle zupełnie inną Anglię – uwikłaną, z problemami, ze zbliżającym się brexitem, biedne hrabstwo, które też boryka się z bezrobociem. Możliwe, że powinnam napisać o Anglii książkę, ale nie wiem, czy to zrobię.


– Czy Anglicy znają sytuację na Ukrainie?
– Obserwowali Majdan, w prasie było pełno artykułów na ten temat. Bardzo się niepokoimy «imperialistycznymi zapędami» Putina. Przeżywamy to i stoimy – ja i moje środowisko – po stronie Ukrainy. W trakcie wydarzeń na Majdanie szukaliśmy wszędzie informacji o tym, co się u was dzieje. Baliśmy się, że wiadomości, które dostajemy, mogą być fake newsami.


– Czy Anglicy wiedzą, że na Ukrainie jest wojna?
– Tak, ale widać słabe reakcje unijne, czuć, że jest to traktowane, jak przed II wojną światową. Jest niepokój, jest zainteresowanie, szczególnie w mediach społecznościowych. To jak z brexitem, że właściwie nikt nie był świadomy tego, co się stało. Moim zdaniem, nikt sobie nie uświadamia skali zagrożenia.


– Jak Siebie określasz w życiu, kim się czujesz?
– Czuję się migrantką, jestem mamą i Polką.


– W domu rozmawiasz z dziećmi po polsku?
– Tak. Bardzo mi zależy, żeby córka i syn mówili po polsku. Widzę u nich silną zmianę tożsamości i brytyjski sposób myślenia. Chociaż dzieci lubią przyjeżdżać do Polski, do dziadków.


– Gdybyś miała wolną rękę, co zrobiłabyś dla świata?
– 90 proc. ludzi wysłałabym do innych krajów, żeby odczuli i zrozumieli inne kultury, inne myślenie. Nie po to, żeby się zmienili, ale żeby jednak zrozumieli. Uważam, że najważniejsze jest spróbować pojąć innego. Kiedy w tamtym roku, po miesięcznym pobycie w Polsce, wróciłam do Londynu, odczułam radość przebywania wśród ludzi różnych nacji.


– Mnie się wydaje, że Ty stale jesteś «głodna życia», cały czas jesteś w drodze.
– Pewnie tak. Z wyspy na wyspę, ze wsi do wsi, niosąc na plecach to, co ważne. Chcę widzieć szeroką perspektywę. Olga Tokarczuk, która dostała w tym roku nagrodę Bookera, mówi, że ludzie są biegunami, oni nie mogą siedzieć na jednym miejscu, muszą odczuć i zobaczyć to, co inne. Ja jestem biegunem. Muszę być cały czas w drodze. Polacy – mówię tylko o Polakach, bo nie znam jeszcze Ukraińców – mają klapki na oczach, dlatego że nie widzieli innych, nie widzieli, jak oni żyją.

 

Grzegorzewska 02

 


Rozmawiał Walenty WAKOLUK
Fot. Joanna SIDOROWICZ, Żanna BASZCZUK, Natalia DENYSIUK

 

CZYTAJ TAKŻE:

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI: «BUDUJMY CENTRUM ŚWIATA NA WŁASNYM PODWÓRKU»

 

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1