Rozmowy
  • Register

«Martwi nie mogą być wrogami», – mówi archeolog Oleksij Złatogorski. W redakcji «Monitora Wołyńskiego» rozmawialiśmy z nim o sytuacji, która zaistniała wokół miejsc pochówku polskich legionistów na Wołyniu. Podczas rozmowy poruszono też inne ważne tematy.

– Oleksiju, proszę powiedzieć czytelnikom kilka słów o sobie. 

– Archeolog, poszukiwacz, kierownik misji «Czarny Tulipan» z Wołynia na wschodzie, dyrektor przedsiębiorstwa «Wołyńskie Starożytności», historyk, wykładowca na Wschodnioeuropejskim Narodowym Uniwersytecie im. Lesi Ukrainki. Rodowity Wołyniak. Urodziłem się w Łucku, matka pochodzi ze wsi Chopniów, ojciec – z Rosji, ale zawsze mieszkał w Łucku. Lubię Wołyń, dlatego całe swoje życie poświęciłem studiowaniu jego historii.

– Kim chciałeś zostać w dzieciństwie?

– Chciałem zostać archeologiem. Miałem szczęście: w wieku 5 lat poznałem archeologa Witalija Szkoropada, który już niestety nie żyje. Kiedy miałem 10 lat, wiedziałem na sto procent, że zostanę studentem wydziału historii, a później wykładowcą.

– Czyli marzenie się spełniło. A jak się stało, że «zdradziłeś Ojczyznę»?

– Kiedyś zarzucono mi, że współpracuję z Rosjanami, ale nawet wtedy tak nie mówiono. Polacy natomiast są naszymi przyjaciółmi i dlatego jest dla mnie zaskoczeniem, że obecnie władze ukraińskie uważają ich za nieprzyjaciół, a odpowiednio, jeśli współpracuję z Polakami, to znaczy, że jestem zdrajcą Ojczyzny. Miałem do czynienia ze szczątkami osób wielu narodowości. Martwi nie mogą być wrogami.

– Po oświadczeniu z Kijowa dotyczącego zakazu przeprowadzenia poszukiwawczych prac archeologicznych w Kostiuchnówce (oświadczenie Państwowej Międzyresortowej Komisji do Spraw Upamiętnienia Uczestników Operacji Antyterrorystycznej, Ofiar Wojny i Politycznych Represji, – red.), atakują Ciebie lokalni funkcjonariusze. Jaki jest mechanizm tego nieporozumienia?

– Historia ta zaczęła się od tego, że Wołodymyr Wiatrowycz, przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej wspólnie ze Swiatosławem Szeremetą, sekretarzem Państwowej Międzyresortowej Komisji do Spraw Upamiętnienia Uczestników Operacji Antyterrorystycznej, Ofiar Wojny i Politycznych Represji – którzy na dodatek są przyjaciółmi ze szkolnych lat – postanowili złożyć oświadczenie w sprawie niszczenia pomników UPA w Polsce.

Pomniki w Polsce niszczono w tych miejscach, gdzie nie wydano żadnej dokumentacji, a stały one tam, gdzie nie ma pochówków. Obecnie polska strona proponuje przeprowadzenie w tych miejscach wspólne prace poszukiwawcze.

Wszystko zaczęło się od tego, że stanowisko polskich władz nie spodobało się Ukraińskiemu IPN, który w kwietniu złożył oświadczenie o wstrzymaniu jakiejkolwiek działalności, związanej z poszukiwaniem i ekshumacją poległych Polaków. Przy czym nie ma różnicy, czy to cywilne ofiary Wołyńskiej Tragedii, czy żołnierze, czy polscy legioniści, którzy zginęli jeszcze w okresie I wojny światowej i nie byli obywatelami Polski, która wówczas nie istniała na mapie, tylko Austro-Węgier.

Prowadzę badania już ponad dziesięć lat i mogę powiedzieć, że w zbiorowych mogiłach pochowani są nie tylko polscy legioniści, są tam również Austriacy i Rosjanie. Wśród Rosjan podczas Ofensywy Brusiłowa było wielu mieszkańców Wołynia – na przykład mężczyźni ze wsi Czornyż (obecnie rejon maniewicki). Wszyscy zostali zmobilizowani do 11 Ziemskiego Pułku Husarskiego, tak samo z innych miejscowości. Ponadto, oświadczenie Ukraińskiego IPN nie jest ustawą a rekomendacją do działalności.

Mam wszystkie niezbędne dokumenty z Ministerstwa Kultury Ukrainy, opracowaliśmy program i sporządziliśmy plan kalendarzowy, o czym jeszcze w lutym poinformowałem Wołyńską Obwodową Administrację Państwową oraz jej odpowiednie wydziały. Program został przez nich zaakceptowany. W Kijowie też wiedzieli o tym, że będę zajmować się poszukiwaniem polskich pochówków i wydali stosowną zgodę. Nie naruszyłem więc prawa.

Zgodnie z umowami podpisanymi między Rządem Ukrainy a Polski, nie mogę prowadzić prac bez przedstawiciela polskiej strony. Dlatego przestrzegając wszystkich procedur, wysłałem stosowne pismo i zaprosiłem pracowników polskiego IPN. Oni przyjechali na Wołyń i rozpoczęliśmy prace poszukiwawcze. Informacje o tym umieszczono na stronie internetowej Konsulatu Generalnego RP w Łucku oraz w prasie. Przeprowadziliśmy badania bez ekshumacji w miejscowości Jabłonka Wielka.

– Czyli to nie była tajna informacja i samowolne poszukiwawcze prace archeologiczne?

– W żadnym przypadku. Nie jesteśmy czarnymi archeologami. Chciałbym również zaznaczyć, że wszystkie prace z udziałem polskiej strony przeprowadzamy z szacunkiem do szczątków ludzi, z udziałem księdza.

Tak historycznie się złożyło, że Wołyń był areną dwóch wojen światowych i tu na polach leży jeszcze dużo szczątków. Czasami jestem pytany o to, po co ja to robię. Odpowiadam: «Człowiek ma prawo do godnego pochówku».

W naszych ekspedycjach bierze udział polska i ukraińska młodzież. Dla młodych ludzi to proces dydaktyczny, ponieważ dowiadują się o tym, jak okropna jest wojna. Może gdybyśmy zaczęli to robić wcześniej, nie mielibyśmy wojny na wschodzie.

– Jak sądzisz, dlaczego u nas obserwujemy mniejszy szacunek do szczątków osób zmarłych, niż, powiedzmy, w Polsce?

– Naruszony został jeszcze z dzieciństwa logiczny układ wychowania szacunku do swoich korzeni. Niestety, u nas mało osób interesuje się historią swojej rodziny. Przeraża to, że młodzież, zarówno polska jak i ukraińska dba tylko o własny dobrobyt.

Kiedyś zajmowałem się wyłącznie archeologią, jednak kiedy zobaczyłem, ile jest nieznanych pochówków I i II wojny światowej na Wołyniu, wybrałem właśnie ten kierunek działalności.

Przed nami masa pracy! Zawsze mówię do władz: nie pomagacie mi – dobrze, ale nie trzeba przeszkadzać. Nie potrzebuję od was pieniędzy, listów pochwalnych czy nagród. Nie rzucajcie mi tylko kłód pod nogi.

– Jak długo istnieją «Wołyńskie Starożytności»?

– Od 2008 r. jestem dyrektorem, statut natomiast został zatwierdzony w 2009 r.

– Mówią, że na kościach zarabiasz pieniądze.

– Nie zarabiam pieniędzy na kościach, to nie jest biznes. Jestem przede wszystkim naukowcem. Jednak, z jakiegoś powodu tutaj na Wołyniu, najczęściej przed 9 maja lub 22 czerwca, przewodniczący lokalnych rad wiejskich dzwonią z prośbą, żeby przyjechać i wykopać kości. Wszyscy myślą, że paliwo gdzieś bezpłatnie pompuję. W programie Administracji Państwowej i tejże komisji nie przewidziano funduszy na takie cele. Dobrze, że «Wołyńskie Starożytności» należą do Ogólnoukraińskiej Organizacji Społecznej «Sojusz «Pamięć Narodowa». Tam przynajmniej czasami na ekspedycje zwracają część pieniędzy, ale to bardzo skomplikowany i długi proces finansowy. A z Administracji – bez różnicy, czy badałem mogiły Polaków, czy UPA – żadnego grosza nie otrzymałem.

– Teraz macie zakaz wykonywania prac, które już prawie skończyliście. Powiedz, jakie są skutki tego zakazu?

– Prace już wstrzymaliśmy. Ponieśliśmy koszty i straciliśmy czas. Teraz musimy przenosić prace na następny rok, chociaż już zaplanowałem badania w innych miejscowościach. Mogę też zająć się miejscami pochówków UPA. Jednak będę musiał znowu wszystko przenosić, poza tym wszystko wymaga finansowania. I jeśli dostałem pieniądze od polskiej strony, to muszę je wydać. W tym momencie nie skończyłem prac w Żurawnikach horohowskiego rejonu. Tam przypadkowo znaleziono szczątki Prezydenta Poznania Tadeusza Ruge, który zmarł tragicznie w 1939 r. Z powodu zakazu nie mogę przeprowadzić podstawowych badań, nawet pobrać próbek DNA. Był to znany działacz polityczny, członek Senatu, więc Polska niewątpliwie będzie chciała przetransportować i dokonać godnego pochówku szczątków. Jak się zachować w takiej sytuacji, nie wiem. W rzeczywistości nie naruszałem żadnego prawa, ale muszę podporządkowywać się Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej. Ponadto, dzięki umowom z Polską Sp. z o.o. «Wołyńskie Starożytności» wypełnia lokalny budżet. Oznacza to, że państwo również ponosi straty.

Oprócz tego, deklaracje pewnych instytucji państwowych nie mają mocy ustawy. Chcieli mi w ogóle odebrać licencję na ten rok, czyli wydać zakaz jakichkolwiek badań w innych miejscowościach, w których są pochowani żołnierze Armii Czerwonej i UPA. To nonsens.  

– Właśnie dzięki «Wołyńskim Starożytnościom» dowiedzieliśmy się o okropnej zbrodni NKWD we Włodzimierzu-Wołyńskim, gdzie w zbiorowej mogile leżeli Ukraińcy, Polacy, Żydzi. Pamiętasz wspólną modlitwę nad szczątkami zarówno prawosławnych, katolików, protestantów, jak i wyznawców judaizmu? І teraz taka «hiperpaństwowa» pozycja przerywa ten proces naturalnego zrzeszenia się w europejskiej wspólnocie pamięci. Na posiedzeniu komisji w administracji państwowej pewien dobrodziej powiedział: «Tyle lat kości leżały w ziemi, niech jeszcze poleżą». Jak sądzisz, skąd się bierze taka obojętność? 

– To oczywiste: jeszcze z czasów radzieckich, kiedy szczątki rozkopywano spychaczem i wywożono na śmietnik.

– Jak długo obowiązuje zakaz prowadzenia twojej działalności? 

– W Polsce zaplanowano spotkanie przedstawicieli Polskiego i Ukraińskiego IPN oraz Państwowej Komisji Międzyresortowej w połowie lub pod koniec września. Czyli w najlepszym przypadku ekspedycja zostanie przeniesiona na koniec września. Oczywiście, będziemy działać: pisać, zwracać się. Pracować jednak trzeba. Mam plany dotyczące nie tylko polskich żołnierzy. Jest Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, tam dwóch badaczy zajmuje się działalnością czerwonych partyzantów. Lecz teraz, zgodnie z tym oświadczeniem, nie mogę podpisywać umowy ze stroną polską. Analogiczna sytuacja jest z Prezydentem Poznania – nie mam prawa zajmować się tym.

Dobrze, wstrzymam swoją działalność. Ale jeśli to będzie trwało ponad miesiąc, to wystąpię do sądu. Tracę autorytet zawodowy, pieniądze i możliwość pracy.

– Oleksiju, czy nie wydaje Ci się, że reakcja na to, co się wydarzyło jest przesadzona zarówno z jednej, jak i drugiej strony? Można było rozwiązać problemy, które powstały, racjonalnie і rzeczowo?

– Moim zdaniem Polacy nie są naszymi wrogami, to są nasi jedyni prawdziwi sojusznicy w UE. Dużo pomagali i pomagają Ukrainie. Tak więc, temat UPA można rozpatrywać w całkowicie innej przestrzeni, a to jednak już polityka, temat Tragedii Wołyńskiej jest bardzo upolityczniony. Ale obecna sytuacja, która się złożyła między instytucjami Polski a Ukrainy, niewątpliwie jest korzystna dla Rosji. Nie wiem, kto jest winny, gdyż znaleźć winnego w tej sytuacji ciężko, jednak zawsze szukam kompromisu. Szukanie wyjścia z konfliktu poprzez jeszcze większy konflikt – to nie jest europejski wybór.

Mówić, że jestem zdrajcą Ojczyzny, ponieważ pracuję z Polakami, to nonsens. Kiedy byłem na wschodzie i wywoziłem naszych żołnierzy, jeden z tamtejszych separatystów zapytał: «A po co ty kopiesz tych Ukraińców? Wojna się skończy, wtedy będziecie szukać». A tutaj usłyszałem to samo...

CZYTAJ TAKŻE: OLEKSIJ ZŁATOGORSKI: «LUDZIE TO NIE ARTEFAKTY»

– Dlaczego pojechałeś na wschód?

– Tam potrzebowali nie wojskowych, lecz cywilów, którzy mogą przeprowadzać poszukiwania i ekshumację. Było to porozumienie pomiędzy Ministerstwem Obrony Ukrainy a Ministerstwem Obrony Donieckiej Republiki Ludowej, zawarte już po kotle pod Iłowajskiem i ukraińskich wojskowych wtedy nie wpuszczano na okupowane terytorium. Nie każdy jednak może i umie wykonywać takie prace. I wtedy «Sojusz «Pamięć Narodowa», który zrzesza organizacje poszukiwawcze, zaapelował o wyjazd na linię frontu.

Pojechałem dopiero w styczniu 2015 r., bo przed tym byłem wolontariuszem i moi przyjaciele, wojskowi, którym pomagałem, nie aprobowali mojego wyjazdu.

– Na czym polegała Twoja działalność jako wolontariusza?

– Kupowałem kamizelki kuloodporne, produkty spożywcze, paliwo – czyli najbardziej potrzebne rzeczy. Przyjechałem najpierw do Kramatorska. Był to rok 2014, wolontariusze dobrze go pamiętają: żołnierze w gumowych klapkach, ani spodni, ani majtek. O broni nawet nie wspominam: kamizelki kuloodporne, które zwykła kula przeszywała na wylot. Postanowiłem zajmować się tym. Był to mój wybór, podobnie jak sam wyjazd na poszukiwania. Wiedziałem, że moje kwalifikacje i umiejętności mogą w jakiś sposób pomóc Ukrainie.

– Gdy się znalazłeś na terytorium niekontrolowanym, jak Ciebie traktowano?

– W pierwszej kolejności sprawdzają dowód i widzą, że jestem z Wołynia. A to przecież 51 brygada… Tak więc nas, czterech z Łucka i jeszcze jednego z Użhoroda, separatyści rzucili na kolana. Chcieli zastrzelić. Widziałem tam wojska rosyjskie, co prawda nigdy do tego się nie przyznają. Ale rosyjski «doniecki» і rosyjski «zasłanych kozaczków» bardzo się różnią… Są tam również Czeczeni. Tego, co tam zobaczyłem, wystarczy mi na całe życie. I fakt, że jestem nazywany teraz zdrajcą Ojczyzny, nie tyle mnie obraża, ile wyraźnie irytuje.

– Jak było dalej: przeszkadzano czy pomagano?

– Były różne sytuacje. Jedni pomagali, inni wręcz przeciwnie pytali: «Po co jest wam to potrzebne?» Jednak najtrudniej było rozmawiać z rodziną poległych i przywozić ich zwłoki. To, co widziałem tam, na wschodzie trudno opisać. Wojskowi zrozumieją: wyłączasz w tym miejscu logikę i emocje oraz zupełnie inaczej postrzegasz świat. Powinieneś zachowywać spokój, masz tylko dwie sekundy od momentu rozpoczęcia ostrzału na to, żeby się schować. Czas płynie inaczej. Jednak ja musiałem jeszcze martwić się o grupę, bo to wszyscy młodzi chłopcy. Większość z nich była ze «Starożytności». Tam był Mykoła Sobucki, deputowany rady miejskiej, który teraz znowu przebywa na wschodzie, ale tym razem w batalionie medycznym «Hospitalierzy». Ze starszym Sobuckim jeździliśmy jako wolontariusze na wschód, wtedy był on jeszcze zastępcą przewodniczącego administracji obwodowej. Jako jedni z pierwszych byli tam «Afgańczycy» (weterani wojny w Afganistanie – red.) oraz inne nieduże grupy. Mogę wyliczyć wszystkich, kto od samego początku pomagał. Wśród nich Kostia Zinkewycz, Andrij Ochremczuk oraz wiele innych.

– Czy zdarzało się, że w rozkopanej mogile leżeli razem i separatyści, i nasi?

– Bardzo często tak było, zwłaszcza na miejscu bitew.

– I co robiliście w takiej sytuacji?

– Najpierw opisywaliśmy pochówek, ponieważ na podstawie tego opisu można było ustalić, kto w tej mogile został pochowany. W ten sposób, na przykład, ustalono nazwisko ckm-sty Ihora Branowickiego z donieckiego lotniska, którego zastrzelił Motorola. Gdybyśmy nie zrobili opisu, to miejsce jego pochówku dotychczas nie byłoby znane. Jeśli pracujemy na naszym terytorium, to robimy szczegółowy opis, jeśli na terytorium kontrolowanym przez tak zwaną DRL, nie pozwalają nam na sporządzenie opisów. Mimo tego jednak zachowujemy jakieś zdjęcia, współrzędne GPS… Mamy już dość dużą bazę danych – do tysiąca ciał.

– Czy kiedykolwiek napotkałeś ciała żołnierzy, którzy według ciebie zginęli nie podczas walki, lecz z tortur? 

– Trafiła mi się jedna taka mogiła. Innych nie pytałem, bo nie lubimy rozmawiać o takich rzeczach. To był nasz ukraiński żołnierz, na ciele miał ślady tortur. Sam sobie wbił pod skórę swój nieśmiertelnik, dzięki czemu udało się nam ustalić jego imię.

Różne sytuacje się zdarzały… Moi koledzy z «Czarnego Tulipana» podczas takich poszukiwań znaleźli nawet pochówek radzieckich żołnierzy z okresu II wojny światowej. Na tych samych miejscach bitew. Nie mogliśmy ich tam zostawić. Przetransportowaliśmy, zrobiliśmy wszystkie niezbędne badania.

– Czy były jakieś przeszkody ze strony separatystów?
– Nie, nie było. Swoich przewoziliśmy do nas, a ich oddawaliśmy im.

– Ciała te już się rozkładały?

– Tak. Ale na podstawie jakichś szczegółowych cech, na przykład tatuaży, przedmiotów ubrań, udało się ustalić tożsamość. W Razdolnem, w okolicach miejscowości Komsomolskie, mężczyzna, który zabijał naszych ukraińskich żołnierzy pokazał nam miejsce, gdzie rozstrzelał dwóch. Powiedział: «Tutaj wasi ukropi leżą». Kiedy rozkopaliśmy, było tam trzech, jeden z nich – ochotnik narodowości gruzińskiej.

Znajdowaliśmy też dużo mogił osób rozstrzelanych. Przed rozstrzałem separatyści zawsze zabierają dokumenty. Jednak u jednego z zabitych udało się znaleźć dokument o sprzedaży mieszkania. W ten sposób ustaliliśmy jego imię. Był to pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy. Jego syn nadal służy w ukraińskim wojsku.

Takich sytuacji dość dużo. Powiem szczerze: w momencie, gdy ustalasz imię i nazwisko, to sprawia chyba największą satysfakcję moralną. Tam i płakaliśmy, i śmialiśmy się. Każdego wieczoru trzeba było wymyślać jakieś dowcipy, żeby nie zwariować.

– Czy miałeś w swojej praktyce przypadki, że się «rozkleiłeś»?
– Tak, we Włodzimierzu-Wołyńskim, podczas poszukiwawczych prac archeologicznych w więzieniu. Tam kobieta własnym ciałem przykryła dwoje małych dzieci: jedno niemowlę, drugie nieco starsze. Rozkleiłem się bardzo mocno. Mówią: «Mężczyźni nie płaczą», jednak były łzy… Jako archeolog, musisz trzymać dystans wobec takich sytuacji, ale w momencie, gdy widzisz coś podobnego, to jednak uderza w ciebie.

– Jak sądzisz, jak dużo może być jeszcze nieznanych pochówków tam, na wschodzie?
– Myślę, że dużo. Na przykład w Debalcewie, kiedy zabieraliśmy zwłoki naszego żołnierza, widziałem na polu jeszcze 8 ciał, ale tam nie wpuścili nas separatyści, bo pole było zaminowane. Chociaż separatyści i granat RGD nam rzucali, i na pole minowe nas wpuszczali, mimo wszystko później stwierdzili: «Pan Bóg jednak istnieje, skoro wróciliście». Zdarzyło się też, że fugas wybuchł i nasza sanitariuszka została «rozrzucona» po całym polu. Wtedy my z moim przyjacielem z «Czarnego Tulipanu» Andrijem Biszko z Dnipra wyszliśmy na pole i zaczęliśmy zbierać te szczątki. Z nami chodził jeden «naćpany» separatysta. Kiedy już prawie skończyliśmy, zostało nam tylko jedną część ciała podnieść, inni separatyści krzyknęli: «Pole jest zaminowane!». A nam już było obojętnie. Mówię: «Andrzeju, niedługo zrobi się ciemno, musimy wracać. Ja podniosę tę część ciała i postaramy się wrócić po swoich śladach». Wyłączyliśmy wszystkie emocje i poszliśmy. Udało się wyjść. Separatyści patrzyli na nas, jak na zjawę. Później nam powiedziano, że w tym miejscu ktoś «wyleciał w powietrze».

– Kto teraz kontynuuje waszą misję?
– Na terytorium DRL (Doniecka Republika Ludowa) i ŁRL (Ługańska Republika Ludowa) Ukraińcy już ponad rok w ogóle nie są wpuszczani. Oni nawet swoich nie ekshumują. U nich taka radziecka rzeczywistość: «Niech leżą. Nic strasznego».

Wtedy nasz «Czarny Tulipan» miał bazę w okolicach Wełykiej Nowosiłki, we wsi Zelenykowe, obecnie w Słowiańsku. Grupą «Czarny Tulipan» kieruje Jurij Jukow. Działa ona na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę i przeprowadza ekshumację naszych żołnierzy oraz separatystów i cywilów. Jest bardzo dużo ofiar wśród ludności cywilnej. Nie wiem, czy będzie kiedykolwiek prawdziwa statystyka, ponieważ i pola są zaminowane, i zwłok jest dużo, i zwierzęta to roznoszą, i traktory – brak jest zrozumienia, że to są ludzkie szczątki.

– Oleksiju, obchodzimy dzisiaj Dzień Niepodległości (wywiad robiliśmy 24 sierpnia – red.), ale czy rzeczywiście zostaliśmy niezależni od naszej radzieckiej przeszłości?
– Myślę, że nie. Jedną ideologię zamieniliśmy na inną. Zamiast czerwonych krawatów założyliśmy wyszywanki, ale nadal nie wierzymy w nowe ideały. Nasi ideolodzy znowu przedstawiają wszystko w czarno-białych kolorach, a życie jest różnobarwne.

– Czy nie uważasz, że zbyt dużo uwagi poświęcamy konkretnym osobom historycznym, przenosząc w ten sposób całą odpowiedzialność na nie?
– Chodzi o nas samych. Należy pracować nad sobą, wychowywać młodzież. Miałem bardzo pokazową sytuację. Kilka lat temu, we wsi Kasziwka, uroczysko Haj. Było około czterdziestu pochówków ofiar Tragedii Wołyńskiej – Polaków. Przyjechała moja grupa «Wołyńskie Starożytności», Leon Popek przywiózł ekipę młodych chłopców, 14–16 lat. Jechali do nas, Ukraińców, z przekonaniem, że jesteśmy «siekiernikami» i banderowcami. Bardzo ciężko było przez kilka pierwszych dni ich przełamać. Jednak później zobaczyli, że pracujemy i z szacunkiem traktujemy szczątki tych ludzi. Po 10 dniach już wspólnie omawialiśmy problemy i nie słyszałem więcej słowa «siekiernicy» nie tylko w naszym kierunku, lecz nawet w kierunku miejscowych. Jest to element wychowania i bardzo dobrze, kiedy polska i ukraińska strona działają wspólnie, a nie zamykają się w sobie. Natomiast w naszej współczesnej szkole wychowanie odbywa się inaczej. Nasze podręczniki historii wzbudzają wrogość międzyetniczną. Wszystkie trzeba wyrzucić na makulaturę. Nawet wobec Rosjan, moim zdaniem, należy znaleźć jakiś złoty środek. Tak, jest nam teraz bardzo ciężko z Rosjanami, ale musimy szukać tego środka, żeby nie było eskalacji, zwłaszcza dla dzieci, że jest to wróg, wróg, wróg…

– Może jednak rzeczywiście trzeba zrozumieć, kto jest naszym wrogiem?
– Tak, Rosja jest obecnie naszym wrogiem. Dżochar Dudajew twierdził, że Rosjanie są naszymi pierwszymi wrogami. Niestety, nie pojawił się jeszcze u nas na Ukrainie człowiek, który potrafiłby ukształtować wyraźną linię polityczno-ideologiczną. Szukamy sobie wrogów tam, gdzie nie warto szukać, tam, gdzie należy wyciągnąć rękę przyjaźni i próbować znaleźć jakieś kompromisy.

– Co planujesz robić dalej?
– Przede wszystkim, wykopię ziemniaki, bo trzeba coś pożytecznego też dla siebie zrobić, odpocznę... Później pomyślę nad planami na przyszłość, ponieważ życie się nie kończy.

Rozmawiał Walenty WAKOLUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1