Rozmowy
  • Register

W Klubie Polskim w Łucku, w grudniu, wysłuchano wykładu dr Konrada Rokickiego z Instytutu Pamięci Narodowej o klubach studenckich działających w PRL. Na ten temat rozmawialiśmy z nim także w redakcji Monitora Wołyńskiego.

– Panie Konradzie, kogo interesuje dziś temat klubów studenckich w PRL?

– Przede wszystkim studentów, ale także ludzi z pokoleń, które były aktywne w tych klubach, dla których ten okres był czasem ich młodości, aktywności, okresem idyllicznym.

Powracają do tego z sentymentem. Przez kluby studenckie przeszli ludzie, którzy w pewnej mierze później tworzyli polską elitę kulturalną.

– Czy można powiedzieć, że czegoś brakuje we współczesnym społeczeństwie studenckim?
– Przede wszystkim brakuje tak zwanej kultury studenckiej. Kluby, które przetrwały, prowadzą działalność czysto usługową, biznesową. Wydarzenia kulturalne ograniczają się zazwyczaj tylko do koncertów. Dawniej kluby były prawdziwymi kombinatami kulturalnymi, w których studenci tworzyli pewną społeczność.

Kluby studenckie, jak każda instytucja w państwie socjalistycznym, musiały być kontrolowane przez jakąś organizację. Było to Zrzeszenie Studentów Polskich, a potem Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Tylko że ludzie z tych organizacji byli w małym stopniu aktywni w klubach. Istnieli w radach i zarządach, ale mało się wtrącali do programów. Ich interesowało, żeby były jakieś treści polityczne, więc musiała być działalność rocznicowa, miesiące przyjaźni polsko-radzieckiej, inne wydarzenia, natomiast pozostała działalność była oddolna…

– Kluby były stworzone specjalnie, żeby przez SB kontrolować środowiska studenckie?
– Jest to jeden z mitów, który się powtarza: niby kluby studenckie były wentylem bezpieczeństwa. Niby miały gromadzić młodzież, która chciała być aktywna na niwie kulturalnej, ale też politycznej. Tylko że z moich doświadczeń, kwerend i badań wynika, że te kluby były słabo kontrolowane, bo tak naprawdę nie było takiej potrzeby.

– Czy studencki permanentny «ruch ku wolności» nie był zagrożeniem dla systemu?
– Jeżeli spojrzymy na przykład na działalność cenzury w tych klubach studenckich, zauważymy, że kultura studencka miała do zaoferowania treści zupełnie inne niż kultura oficjalna. Dużo więcej można było powiedzieć w zamkniętym środowisku klubu studenckiego niż na oficjalnej scenie: w kabaretach, w teatrach. Piosenka studencka też inaczej wyglądała, niż oficjalna, dlatego że był ograniczony krąg słuchaczy. Ale, o ile można było powiedzieć dużo odważniejsze treści w samym klubie, to kiedy kabarety wyjeżdżały na jakiś festiwal, tourne po kraju lub za granicę, były dużo ostrzej cenzurowane.

– Ustrój komunistyczny był tak altruistyczny?
– Kluby studenckie pojawiły się po październiku 1956 r. Od tego momentu polska kultura będzie znacznie się różnić od kultury w innych państwach bloku socjalistycznego. W klubach studenckich prezentowano jazz, rock'n'roll, później pojawił się polski big beat. Nawet od samego słowa „klub” wiało zachodem. Było to miejsce elitarne, snobistyczne trochę. Samo to świadczy o atmosferze, która miała tam panować. Kluby były tworzone oddolnie, poza pewnymi wyjątkami, jak np. «Hybrydy». Natomiast pojawili się tam ludzie, którzy tak naprawdę o charakterze klubu decydowali: bardzo elitarne, snobistyczne, później niewygodne dla władz środowisko. W gruncie rzeczy nie chodziło o same treści, które były prezentowane na występach, kabaretach, przedstawieniach teatralnych. Chodziło o atmosferę niezależności. Ludzie mogli na chwilę poczuć się poza socrealizmem.

– W latach 70-tych studiowałem we Lwowie na ASP. Pamiętam, że w naszym środowisku było trochę kapusiów, a później ci kapusie zaczęli być kierownikami «Klubów młodzieży twórczej»…
– Najpierw pieczę nad tymi klubami trzymał ZSP, który istniał do 1973 r., czyli do połączenia organizacji młodzieżowych za Gierka. Uważano, że ZSP jest bardzo autonomiczne i samorządne, że tworzy coś na wzór samorządu studenckiego, które umożliwia różną działalność studencką, kulturalną, wyjazdy zagraniczne itd. ZSP nie wtrącało się w działalność klubu, jeśli był realizowany minimalny program polityczny.

Natomiast od 1973. roku przychodzi SZSP, który kładzie już nacisk na wartości ideologiczne. Po raz kolejny próbowano wówczas realizować założenia marksizmu i leninizmu w środowisku klubów studenckich. W klubach pojawili się działacze komunistyczni, którzy musieli przejść jakiś szczebel kariery, awansu, być gdzieś kierownikiem, żeby dalej realizować się w partii i robić karierę polityczną. W latach 70-tych, za Gierka, naciski polityczne były większe i one zniwelowały działalność polityczną w klubach.

– Kluby studenckie – to był model sowiecki narzucony Polakom? A może na odwrót – to Sowieci powielili od Polaków ten system? Czy analizował Pan sowieckie podejście do tej sprawy?
– Nie badałem tego, jak to wyglądało tutaj. Domyślam się, jakie cele to wszystko miało w Polsce. Warto pamiętać, że pozycja przedstawicieli młodzieżowych, czyli reprezentantów interesów partii, była słaba. Ci, którzy próbowali rządzić, ustawiać wolontariuszy klubowych w szeregu, byli po prostu izolowani. Krótko tam byli, bo nikt nie chciał z nimi współpracować. Czasami mam wrażenie, że te kluby były pozostawione same sobie, bo władze uczelniane też bardzo często nie interesowały się, co się tam dzieje. A kuratorzy z organizacji nadzorujących kluby byli zainteresowani, żeby za ich kadencji było w miarę spokojnie, żeby wykazać, że dają sobie radę i mogą pójść wyżej.

To było naprawdę autonomiczne środowisko, pospolite ruszenie osób, które przychodziły nie tylko z uczelni, ale z całego miasta. Chciały robić kabaret, słuchać muzyki, oglądać filmy, których nigdzie indziej nie można było zobaczyć, np. pochodzące z ambasady amerykańskiej. Było to pospolite ruszenie osób, które chciały więcej wiedzieć i więcej zrobić dla kultury studenckiej. Z moich doświadczeń wynika, że nie obserwowano klubów, tylko twórców. Byli oni bardzo mobilni, pojawiali się w różnych klubach. Do klubów przychodziły także osoby delegowane przez UB. Wiadomo było, na przykład, że ten pan, który siedzi w tym kącie, nie jest studentem. Czasem mu nawet dla dowcipu ktoś piwo postawił. Przychodzili czasem załatwiać różne sprawy do kierownictwa klubu. Natomiast w samych klubach raczej nie prowadzili aktywnej działalności operacyjnej.

– Został jakiś ślad klubowy w ubeckich teczkach?
– W Archiwum IPN, w którym znajdują się obecnie dokumenty MSW są materiały obserwacyjne na konkretne osoby. Kluby studenckie nie były rozpracowywane tak, jak na przykład środowisko literatów, które było uważane za opozycyjne. Nie ma sprawy pod tytułem «Kultura studencka». Nie znalazłem teczek warszawskich organizacji «Klub Stodoła» czy «Klub Hybrydy». Kluby studenckie w teczkach SB po prostu nie istnieją. Natomiast na poszczególne osoby lub grupy – jak najbardziej.

– W literaturze, chyba u Janusza Głowackiego natrafiłem na opis takiego klubu studenckiego…
– On opisuje «Hybrydy», które były klubem nietypowym, pokazowym. Do niego trochę nielegalnie mieli wejście ludzie z miasta. Tam była elita, śmietanka, dziennikarze z gazet, także partyjnych, pisarze, muzycy, przedstawiciele władz. Przychodzili też ludzie z tzw. szarej strefy, prywaciarze, którzy mieli mnóstwo forsy i chcieli ją gdzieś wydać, więc chcieli się pokazać, zaistnieć w towarzystwie. I to buduje czarną legendę klubów. W latach 60-tych były różne nagonki na kluby. Mówiono, że tam się odbywają orgie, na których dziewczyny smaruje się czekoladą, co jest niesamowitą figurą symboliczną w latach niedoboru. W odpowiedzi dla dowcipu zrobiono nawet striptiz roweru – rozebrano go na części pierwsze, żeby ośmieszyć kampanie propagandowe nacelowane w kluby.

– Czy były jakieś zróżnicowania regionalne?
– Najsilniejsze kluby działały w dużych miastach akademickich: Warszawa, Kraków, Gdańsk, Poznań, Lublin. Ale to zjawisko było dość powszechne w całej Polsce, nawet w mniejszych miejscowościach uczelnie miały ambicje posiadania własnego klubu. Szanujący się klub powinien był w swoim programie posiadać kilka rzeczy: dyskusyjny klub filmowy, co zawsze ściągało ludzi, jakąś scenę teatralną, kabaret, własny zespół, klub dyskusyjny o profilu politycznym, gdzie można było zapraszać znanych pisarzy, dziennikarzy, przedstawicieli polityki. Na takie imprezy często zapraszano nawet ambasadorów sowieckich. Ten ruch rozrósł się na tyle, że w latach 70-tych prowadzono różne konkursy na program klubowy.

– Kiedy miał miejsce szczyt działalności klubowej?
– Lata 60-te.

– Polska postodwilż?
– Kluby studenckie są jednym z najbardziej trwałych elementów polskiej odwilży. Apogeum ruchu studenckiego, lata jego świetności – to lata 60-te. Występowały wtedy w nich największe gwiazdy i była olbrzymia różnorodność działań. Oprócz teatrów, kabaretów, zespołów muzycznych, klubów dyskusyjnych, działały także sekcje fotograficzne, plastyczne, miłośników muzyki poważnej.

– Kiedy zaczął umierać ruch studencki?
– To zjawisko zaczęło przybierać na sile w latach 70-tych, kiedy rzadkością staja się dobre teatry i kabarety studenckie. Kluby studenckie zabiła potrzeba zdobywania finansów na swoją działalność. Trzeba było organizować imprezy, które ściągały ludzi z miasta, nie tylko studentów. Pogoń za pieniądzem sprawił, że umarły imprezy kulturalne, zresztą studenci szukali innych rozrywek...

– Czy teraz w warunkach globalizacji istnieje zapotrzebowanie na działalność klubową?
– Zmienił się format studiowania. Teraz studiowanie często oznacza albo pogoń za stażami, albo drugie studia albo jakieś inne zobowiązania. Nie ma czasu na coś takiego, jak kultura studencka, wszechobecna jest kultura masowa, nie trzeba iść do klubu. Teraz kultura studencka to biznes: potańcówki, «piwo do 20 za darmo», «dziewczynom wstęp wolny». Nie wiem, czy istnieje zapotrzebowanie na imprezy trudniejsze w odbiorze. W klubach w latach 60–70-tych tworzono kulturę elitarną. Nie każdy jest przygotowany na odbiór trudnych treści. Dlaczego jazz przestał być popularny? On potrzebuje przygotowania. Dlaczego DKF upadły? One potrzebują wyrobienia, przemyślenia. Czy jest na to czas dzisiaj? Wątpię.

– Proste pytanie na zakończenie rozmowy. Kluby studenckie to… tkanka narodowa, mentalność, zjawisko czy zapotrzebowanie?
– W tych kategoriach nigdy o tym nie myślałem. Chodziło o chwilę oddechu od siermiężnego socjalizmu. To było jedyne miejsce w latach 60–70-tych, gdzie prowadzono w miarę wolne dyskusje na tematy polityczne i życiowe. Była potrzeba działania i środowisko, które pewną mentalność tworzyło. To było miejsce, to byli ludzie, to był styl.

Rozmawiał Walenty WAKOLUK
Foto: www.polskieradio.pl

CZYTAJ TAKŻE:

W ŁUCKU OTWARTO «KLUB POLSKI». FOTO

SPOTKANIE Z HISTORIĄ: WARSZAWA

INTERESUJĄCO O DYPLOMACJI W «KLUBIE POLSKIM»

MUZEUM II WOJNY ŚWIATOWEJ: «ODDAJEMY GŁOS ŚWIADKOM». FOTO

LEGENDY W KLUBIE POLSKIM W ŁUCKU

NA WOŁYNIU MIESZKAŁO 788 POLAKÓW?

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1