Artykuły
  • Register

Ulesława Lübek przyjechała na Wołyń z Lublina w składzie chóru «Iubilaeum», który 8 lipca uświetnił liturgię mszy świętej w łuckim kościele. Pochodzi z domu Dębskich wywodzących się z Kisielina – jest bratanicą Krzesimira Dębskiego, wybitnego polskiego kompozytora. Rozmawialiśmy z nią po nabożeństwie w Kisielinie.

– Do Kisielina przywiodła mnie historia mojej rodziny – powiedziała Ulesława Lübek. Moi dziadkowie, rodzice mojego taty, urodzili się w Kisielinie. Wydarzenia 11 lipca zmieniły ich życie. Wszystko się wtedy zmieniło. Świat na długi czas przestał być piękny, zaczął być straszny. Ta historia żyła w mojej rodzinie.

Mój dziadek był jednym z broniących się w kościele. Ocalał, ale stracił nogę od odłamka granatu, który wpadł do kościoła i którego nie zdążyli odrzucić. Babcia przeżyła to wydarzenie bez większego fizycznego szwanku. I być może przechodzę od nieszczęścia do szczęścia, ale wtedy właśnie moi dziadkowie obiecali się sobie i od tego momentu rozpoczęło się ich wspólne życie. Przez wiele lat żyli razem.

– Niesamowita historia. Tak samo jak opowieść o tym, że Jadwiga Dynakowska, działaczka polskiego podziemia, była świadkiem na ślubie państwa Siemaszków, który odbył się w Łuckim Więzieniu.
– Władysław Siemaszko był później dowódcą mojego dziadka. Losy moich dziadków były bardzo skomplikowane. Wszystko zostało opisane w książce «Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska» napisanej przez mojego dziadka, Włodzimierza Dębskiego.

– Jak dziadkowi po straceniu jednej nogi udało się zostać żołnierzem?
– Nie walczył na polu bitwy, a był oficerem informacyjnym. Przeszedł szlak 27 Dywizji AK. Po wojnie babcia i dziadek spotkali się w Lublinie. Mieszkali najpierw na Zamojszczyźnie, następnie w okolicach Jeleniej Góry, Zielonej Góry. Później był Wałbrzych, Kielce i Lublin. To, co działo się na Wołyniu, cały czas było w ich sercu. I to, co było złego, i to, co pięknego. Te wspomnienia z młodości, z dzieciństwa zachowały się w nich i zostały przekazane nam. Dziadek, jak niektórzy mówili, był człowiekiem Renesansu, wiec i pisał, i malował, i muzykował. I to, co tutaj na Wołyniu widzę, wydaje mi się znajome, bo utrwalone zostało przez niego na obrazach czy w opowieściach.

– Jak Pani potrafiła żyć z tą prawdą, która była przekazywana w rodzinie?
– Moi dziadkowie, pewnie chroniąc swoje dzieci i wnuki, nie rozpowiadali na prawo i lewo tego, co przeżyli. Jak byłam małym dzieckiem, to o wielu rzeczach wiedziałam, bo miałam dom znający historię Polski, ale zawsze to było przekazywane w taki sposób, że musi pozostać w naszym domu. I ja nie miałam z tym problemu, szczególnie jeżeli chodzi o przestrzeń komunistyczną i rodzinną, bo w domu było trochę inaczej. Kiedy zaczęłam dowiadywać się o wydarzeniach wołyńskich, to dziadkowie nigdy nie opowiadali tego z pretensją, że należy szukać zemsty. Mój dziadek bardzo wiele zrobił dla pamięci tych wydarzeń. Starał się, aby wspomnienia – nie tylko jego, ale i wielu osób – zachowały się. Dlatego powstała książka «Było sobie miasteczko».

Z tego, co się wydarzyło, trzeba wyciągnąć wnioski. Gorzej jest, że nikt ich nie wyciąga. Ciągle gdzieś na świecie dzieją się takie rzeczy.

– Moja babcia, która pochowała we wspólnej mogile swoje siostry i ojca porąbanych siekierami, opowiadała mi o wydarzeniach na Wołyniu w 1943 r. Kiedy pytałem ją, dlaczego nam to Ukraińcy uczynili, odpowiadała: «Broń Boże, nie mów, że to robili Ukraińcy. To robili bandyci. Ukraińcy nas uratowali». Co Pani dziadek mówił o tych, którzy zorganizowali atak na kościół w Kisielinie?
– Mówił, że to zrobili upowcy. Ale rodziców mojej babci też uratowali Ukraińcy – ostrzegli, że należy uciec, bo tutaj dobrze już nie będzie. Dlatego rodzina babci w miarę bez szwanku przetrwała całą tę zawieruchę. Natomiast w przypadku dziadka o wiele gorzej to się skończyło: jego rodzice zginęli i nie wiemy, gdzie są pogrzebani, nie wiemy, kto ich zamordował.

W domu moich dziadków zawsze zatrzymywał się ktoś z Ukrainy, np. jak przyjeżdżali na targ. Oni zawsze udostępniali im swój dom, utrzymywali stosunki towarzyskie z sąsiadami z Kisielina. To byli ludzie. Byli przecież sąsiedzi źli i dobrzy. Ze złymi możemy nie rozmawiać, możemy do nich ręki nie wyciągać.

Rozmawiał Walenty WAKOLUK
Fot. Anatolij OLICH

CZYTAJ TAKŻE:

W KISIELINIE UCZCZONO PAMIĘĆ POLAKÓW, KTÓRZY ZGINĘLI W 1943 ROKU

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1