Artykuły
  • Register

Lechowicz Wladyslaw 2

«We Włoszech polskich żołnierzy przywitał śnieg. Wielu z nich po syberyjskich przeżyciach nie sądziło, że jego widok może kiedykolwiek cieszyć». Proponujemy Państwa uwadze kolejną część wspomnień Władysława Lechowicza.

 


Dla rozładowania atmosfery dowództwo przystąpiło do organizowania zbiorowych wycieczek do odległych osiedli czy miasteczek arabskich oraz kąpieli w dorzeczach Tygrysu i Eufratu. Władysław Lechowicz jako posiadacz aparatu fotograficznego miał wiele dodatkowych obowiązków z tym związanych. Wszyscy chcieli się fotografować i potrzebna była niezliczona ilość materiałów fotograficznych. Kierowcy jeżdżący służbowo do Bagdadu, przy okazji załatwiali sprawunki fotograficzne.


W trzeciej dekadzie lipca 1943 r. odbyły się pięciodniowe ćwiczenia wysokogórskie w Kurdystanie niedaleko miasta Rawanduz na pograniczu tureckim. Ćwiczenia te, mimo dużego wysiłku, należały do tych krótkich radosnych i relaksujących chwil. Można było podziwiać niezwykłe wodospady, wąwozy górskie, wiszące mosty nad malowniczo spienionymi potokami, dębowe lasy pełne żołędzi i zajadające je, swobodnie chodzące w nich dziki.


13 sierpnia 1943 r. – koniec stacjonowania w Kirkuku. W zwartej kolumnie polscy żołnierze udali się w dalszą drogę. Przejazd do Palestyny z rozpalonej pustyni irackiej był uciążliwy. Grzejące się silniki samochodowe stwarzały niebezpieczeństwo zapłonu oparów benzyny. Ludzie byli bardzo zmęczeni. Kierowcy czasem zasypiali przy kierownicach. Odpoczynek nocny miał miejsce tylko w transit-campach, czyli specjalnych obozach przejściowych. Niektórym zgrupowaniom umilała czas czołówka teatralna Sztabu Armii. Żołnierze mieli okazję posłuchać urzekającego śpiewu Renaty Bogdańskiej, deklamacji Jadzi Andrzejewskiej i pięknej gry na akordeonie Włodka Boryńskiego.

 


Palestyna pachniała gajami pomarańczowymi, cytrynowymi; znowu była zieleń, rosły kwiaty. Miejscem postoju była Gaza. Codziennie odbywały się wyjazdy w teren samochodami ze sprzętem. Żołnierze zapoznawali się z działaniem nowych urządzeń jak np. mechaniczna rozwijarka do kabla, pozwalająca wyrzucać przewody telefoniczne na wysokość ponad trzech metrów. Jako słupy służyły przydrożne kaktusy. Polacy zaczęli otrzymywać przepustki na wyjazdy do Jerozolimy lub Tel-Awiwu.


Sprawdzianem umiejętności było zakładanie linii telefonicznych w terenach wysokogórskich w Libanie i w Syrii. Tam łącznościowcy mieli duże kłopoty nie tyle ze sprzętem, ile z jego transportem. Aby zabezpieczyć należycie planowane linie telefoniczne jednostkom tam stacjonującym czy ćwiczącym, konieczne było przenoszenie kabla w bębnach 30- i 70-kilogramowych i wyciąganie go na znaczne wzniesienia. Oddane do celów transportowych osły odmawiały posłuszeństwa. Nie chcąc się nad nimi znęcać, żołnierze brali te bębny z kablem sami na plecy i taszczyli je w górę. Rekompensatą za włożony trud były wspaniałe widoki, a także smaczne winogrona czy soczyste granaty dostarczane za słoną opłatą przez wszędobylskich kupców arabskich.

 


1 grudnia 1943 r. wyjechali z Gazy w kierunku Egiptu, żegnając na zawsze palestyńską ziemię. Następnego dnia byli w El Kantara. 6 grudnia zajęli kwatery w Qassasin odległym około 150 km od Kairu. Tutaj nastąpiło kolejne uzupełnienie w sprzęt i dalsze działania z tym sprzętem w warunkach pustynnych.


Władysław Lechowicz czas wolny poświęcał na odwiedzanie kolegów i korespondencję z nimi. Napisał listy do rodziny. Pomimo względnego spokoju zdawał sobie sprawę, że przygotowują się do prawdziwej wojny, na której wszystko może się zdarzyć. W listach pożegnał się z najbliższymi, włożył do paczki, którą po opieczętowaniu przesłał do Palestyny, do swojej rodaczki Marii Tworek z Gorliczyny. Zgodnie z umową miała zwrócić paczkę po zakończeniu wojny lub przekazać rodzinie w razie jego śmierci.


23 grudnia 1943 r. – zbiorowy wyjazd na cztery samochody do Kairu, aby odwiedzić kościół, a potem trochę wolnego czasu. Idąc jedną z ulic zauważył Araba stojącego w uniformie jakby znanym. Okazało się, że był to lokaj hrabiego Potockiego, który miał tam swoja rezydencję.


Była też okazja zobaczyć piramidy. Zrobiły niemałe wrażenie wśród żołnierzy. Można było opłacić arabskiego przewodnika i za dodatkową kwotą wejść do środka.


26 grudnia 1943 r. – drugi dzień świąt. Wyjazd do Aleksandrii. Oczywiście msza święta. Świątynie aleksandryjskie wszystkich wyznań zrobiły na Władysławie Lechowiczu ogromne wrażenie. Dostatek i wielkie bogactwo widoczne było na każdym kroku. Architektura Wschodu połączona z nowoczesnością.


16 stycznia 1944 r. – polscy żołnierze zmienili zakwaterowanie na Al Marya, natomiast za trzy dni, 19 stycznia, statkiem wyładowanym po brzegi ludźmi i sprzętem wyruszyli do Włoch.

 


25 stycznia 1944 r. zeszli na ląd na ziemi włoskiej w porcie Taranto. Stąd dalsza droga do Santa Teresa, a dzień później w miejscowości Mottola rankiem przywitał ich pierwszy śnieg. Żołnierze szaleli z radości, nacierając nim ręce i twarz. Wielu z nich po syberyjskich przeżyciach nie sądziło, że widok śniegu może kiedykolwiek cieszyć.


7 lutego 1944 r. łączność Korpusu została włączona do bezpośredniej walki poprzez doprowadzenie połączeń telefonicznych do oddziałów zarówno polskich, jak i angielskich. Łącznościowcy pracowali pod silnym ogniem artyleryjskim.


12 lutego 1944 r. zajęli kwatery w miejscowości Vinchiaturo. Było to małe miasteczko z bardzo wystraszonymi mieszkańcami. Władysław Lechowicz, mający dobrze ze szkoły opanowaną łacinę, mógł się całkiem dobrze porozumiewać z nimi.


Od 18 lutego 1944 r. kwaterowali już w San Giuliano del Sannio. W większości przebywali w terenie. Szli na samym początku, przed wszystkimi, kładąc drogi łączności, bez których nie byłaby możliwa koordynacja w jakimkolwiek działaniu.


Władysław Lechowicz zawsze był ciekaw kontaktu z ludźmi, interesował się w miarę możliwości historią miejscowości, gdzie stacjonował. Chętnie rozmawiał z miejscową ludnością. Najbardziej ciekawskie były – jak wszędzie – dzieci. Chętnie i szybko uczyły się nowych obco brzmiących słów, a najszybciej piosenek.


23 lutego 1944 r. kwaterowali w Campo Basso. Było to duże, stutysięczne miasto zniszczone wojną. Tutaj Władysław Lechowicz zetknął się ze staruszkiem dobrze znającym język polski, a to z tej przyczyny, że przed laty pracował w Polsce przy pracach budowlanych, w którymś z pałaców księcia Radziwiłła.


3 marca 1944 r. na krótko powrócili do San Giuliano. 14 marca wyjechali do miasteczka Cantalupo. Kwaterowali w dużym, piętrowym budynku należącym do bogatego mieszkańca, który uciekł z Niemcami. Tutaj przyszło im spędzać Święta Wielkanocne. Za składkowe pieniądze mogli zrobić wreszcie takie, jakie byłyby w domu, z rodziną: tradycyjne, ze święconym jajem i kiełbasą.

 


19 kwietnia 1944 r. rozlokowano ich w Venafro, ale nie w dużych namiotach, a w małych, jednoosobowych, rozbitych między drzewami w oliwnym gaju. Miało to maskować bardziej obecność wojska przed niemieckimi samolotami i pociskami artyleryjskimi.


Trzeba wiedzieć, że ten niewinnie wyglądający gaj oliwny pod Venafro, naszpikowany był składami benzyny, amunicji i żywności przygotowanej na rozpoczęcie akcji Monte Cassino. Wszystko, co stało pod drzewami, było starannie okryte siatkami maskującymi.


Praca łączności z dnia na dzień stawała się bardziej trudna i niebezpieczna. Połączenia telefoniczne były budowane pod obstrzałem w terenie często zaminowanym i nie zawsze prawidłowo oznaczonym przez patrole saperskie. Ostrożności wymagały naprawy uszkodzonych linii, gdyż często były to pułapki zastawiane na żołnierzy z łączności.


6 maja 1944 r. wraz z dowódcą plutonu podporucznikiem Stanisławem Ziemniakiem, Władysław Lechowicz wyjechał na rozpoznanie w teren, na którym w najbliższych dniach miała działać łączność. Podążali w kierunku miasteczka Cassino. Ostatni odcinek drogi znajdował się pod obserwacją niemiecką i był ostrzeliwany. Należało przejechać go na pełnym gazie i to przy podmuchu nadlatujących i wybuchających pocisków. Przy takich odcinkach drogi były często stawiane tablice z napisami o treści: «Droga ostrzeliwana. Jedź szybko i nie daj się zabić». Nad kolejnym odcinkiem drogi rozciągnięta była siatka maskująca, imitująca do złudzenia zieleń przyległego terenu i osłaniająca jednocześnie pozycje wyjściowe przed oczami nieprzyjaciela.


8 maja 1944 r., wykorzystując mgłę, przesunęli się na wzgórza koło Michele. Ulokowali się w wąwozie obrosłym krzakami tarniny, do którego wjazd dla pojazdów mieli sobie wykuć kilofami w skalnym zboczu. W linii prostej byli bardzo blisko nieprzyjaciela. Obowiązywał zakaz rozmowy, a nawet palenia papierosów. Na poboczu wąwozu zbudowali sobie schrony z worków z piaskiem nakryte grubymi, dębowymi belkami i warstwą worków maskowanych gałęziami i kawałkami darni. Noc minęła szybko: wszyscy zmęczeni i spragnieni snu spali, pomimo bliskich odgłosów wybuchów.


Dwa następne dni to znowu praca: czołganie się z kablem w ręce, wyciąganie linii telefonicznych do jednostek już stacjonujących i tych, które zajmowały pozycje. Często też działania były przeprowadzane pomimo ostrzału.


W przeddzień rozpoczęcia ataku Władysław Lechowicz spotkał się z Antonim Pieczką, stacjonującym w łączności zgrupowania artyleryjskiego. Był tam także sierżant Kazimierz Mazurkiewicz (po wojnie w latach 50. pracował w cukrowni w Przeworsku, a potem w Zjednoczeniu Przemysłu Cukrowego jako rewident) i Józef Chrzanowski.


O zmroku artyleria i moździerze wroga znowu porwały połączenia. Pomimo zmęczenia trzeba było iść w teren i szukać uszkodzeń, których było co niemiara. Powrotną drogę rozjaśniały niespotykanej wielkości robaczki świętojańskie.


Kiedy po naprawach znaleźli się w kwaterach, pojawili się w nich także oficerowie, którzy powrócili z narady. Wszyscy byli w wielkim napięciu, zdając sobie sprawę z tego, co nastąpi. Ani jeden pocisk nie padł z żadnej strony. Nawet ptaki ucichły, tylko gdzieś nieśmiało śpiewał jeden jedyny słowik.

 


I nagle ryknęły piekielnym grzmotem góry i doliny – zaczęły swój koncert działa i moździerze. Powietrze rozrywało uszy, a ziemia się trzęsła. O godz. 23.00 11 maja 1943 r. rozpoczął się polski rozdział bitwy o Monte Cassino, będącą częścią bitwy o Rzym. Nacierające wojska sprzymierzone zostały zatrzymane na linii umocnień zwanych linią Gustawa. Wielokrotnie ponawiane próby nie przełamały obrony niemieckiej.


Dopiero w maju rozpoczęła się czwarta bitwa o przełamanie linii Gustawa. Uczestniczył w niej również 2 Korpus Polski w liczbie około 50 tys. żołnierzy, którym w udziale przypadało zdobywanie Monte Cassino. Niezwykle trudno było forsować góry, w których wykuto silnie umocnione bunkry bronione przez zaprawione w bojach oddziały Dywizji Spadochronowych i Dywizji Górskiej SS.


Po przygotowaniu artyleryjskim rozpoczął się szturm piechoty. Wszystkie ataki zostały odparte. Moździerze i karabiny maszynowe niestety zdziesiątkowały nacierających. Kolejne natarcie ruszyło 16 maja i trwało po wprowadzeniu wszystkich sił do walki przez całą noc i następny dzień. Krwawy bój toczył się o każdy skrawek ziemi, o każdy cypel skalny. Trzeba się było wspinać po trupach kolegów i bunkier po bunkrze zdobywać te skalne gniazda.


18 maja 1944 r. nad wzgórzem zawisła polska flaga. Uwieńczeniem działań było zdobycie w dniu 25 maja 1944 r. wzgórza Monte Cassino i miasteczka Piedimonte. Zwycięstwo to było kosztowne. Pierwsze raporty mówiły o 924 zabitych żołnierzach i oficerach, 2 930 rannych i około 100 zaginionych /liczba zaginionych potem wzrosła/.

 


Na temat bitwy o Monte Cassino było już wiele napisanych kart. Ogrom przeżyć może jednak odtworzyć ten, kto to wszystko widział, kto w tym wszystkim bezpośrednio uczestniczył. Huk dział, moździerzy, ziemia drżąca pod stopami od kanonady przez cały czas, jęki i krzyki konających w bólu młodych ludzi, ich ciała poszarpane na strzępy w ostatniej chwili życia. Wszyscy twarzami zwróceni do klasztornego wzgórza. Wszyscy wśród sczerniałej od ognia i dymu zieleni na stokach wzgórz i rozkwitłych czerwonych maków w dolinach. Stąd wzięła się piosenka o tych czerwonych makach. W tym czasie jednak Monte Cassino miało zapach trupi, wszędzie wiało grozą.


W walkach brało udział dużo osób z Przeworska, Przemyśla i okolic, dużo zamieszkałych przed wojną na Wschodzie. Nie wszystkim było dane wrócić do domu. «Niektórzy polegli w dalszej fazie wojny, część została na obczyźnie. Czas od rozpoczęcia walki był dla łącznościowców wyjątkowo absorbujący. Nie znaliśmy dnia ani nocy. Ludzie padali ze zmęczenia. Zastępowali ich wtedy równie wyczerpani koledzy, którzy jeszcze potrafili wykrzesać z siebie ten jakże potrzebny wysiłek, bo gra szła o najwyższą stawkę – o życie» – wspominał Władysław Lechowicz.


23 maja 1944 r. Władysław Lechowicz wraz z kilkoma kolegami, wykonując swoje służbowe zadania, także stanął na szczycie zdobytego wzgórza. Gruzy klasztoru wiały dziwnym majestatem. Z półzawalonych piwnic wiał złowieszczy mrok i stęchły zaduch. Był jednak zakaz wchodzenia do piwnic w obawie, że Niemcy mogli je zaminować. W otoczeniu klasztoru trawa i drzewa spalone ogniem, ziemia zryta pociskami i zawalona mnóstwem żelaza i stali. Potem żołnierze udali się do miasteczka Cassino. Było również zrównane z ziemią, z widocznymi szczątkami mieszkań, sklepów, połamanych mebli zamienionych w barykady oraz pajęczyną różnorodnych kabli od min i połączeń telefonicznych. Cały teren miasteczka zasypany żelastwem tak, że trudno było postawić żołnierski but na równej ziemi. Miasteczko Cassino odbudowano po wojnie właśnie za ten złom mosiądzu, miedzi i stali.


30 maja 1944 r. – po przewinięciu i przedzwonieniu kabla telefonicznego oraz naprawie uszkodzonego sprzętu odpoczynek w Venafro. Część wojska, w tym i łącznościowców, przeniesiono po dwóch dniach do Vinchiaturo. Tutaj miejscowy ksiądz proboszcz podziękował polskim żołnierzom, którzy chodzili do miejscowych kościołów i uczestniczyli w mszach. Taka postawa zjednywała kościołowi często już zniechęconych i zmęczonych wojną wiernych.

 

Wspomnienia Władysława Lechowicza opracowała Danuta Wielgosz

 

CZYTAJ TAKŻE:

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: Z PRZEWORSKA DO SOWIECKICH ŁAGRÓW

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: TO BYŁ INNY ŚWIAT. CZĘŚĆ 2

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: OSTATNIE SPOTKANIE Z BRATEM. CZĘŚĆ 3

 

 

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1