Wspomnienia Władysława Lechowicza: To był inny świat. Część 2
Artykuły
  • Register

Lechowicz Wladyslaw 2

Proponujemy Państwa uwadze drugą część wspomnień Władysława Lechowicza opracowanych przez jego wnuczkę, Danutę Wielgosz. Po sowieckich łagrach trafił on do punktu zbiorczego Armii Andersa w Tockoje, skąd w styczniu 1942 r. został skierowany do Guzara (Uzbekistan).


Wyjazd z Tockoje do Guzara miał miejsce 25 stycznia 1942 r. przy pięćdziesięciostopniowym mrozie i dość silnym wietrze. Jechali trasą przez Czkałów, Szałkar, Dzidzak, Krył, Ordę, Turkiestan, Aris, Czurczyk, Samarkandę, Kahan. Na tak wielkiej przestrzeni dało się odczuć dużą różnicę temperatur.


Pierwszy nocleg w Guzarze miał miejsce pod dachem miejscowej świątyni. Namioty rozbijano naprędce z powodu pory deszczowej, w podmokłym terenie. Dużo trudu włożono w likwidację grzęzawiska wokół namiotów. Problemem była woda pitna. Istniejąca woda podskórna nadawała się do picia jedynie po przegotowaniu. Nie wszyscy jednak tego przestrzegali i w krótkim czasie zaczęła się szerzyć dezynteria i tyfus. W Guzarze zorganizowano w tym czasie główny obóz kwarantanny tyfusowej zabezpieczony w fachowa obsadę lekarską i pielęgniarską. Odczuwano jednak dotkliwie brak sprzętu i lekarstw, w związku z czym panowała duża śmiertelność. Bywały dni, że saperzy pełniący funkcję grabarzy, nie nadążali kopać grobów.

 

W dniu 4 lutego z polecenia majora Banaszaka, dowódcy baonu łączności, Władysław Lechowicz wraz z kapralem Janem Zwierzem pojechali do Samarkandy, aby przywieźć sprzęt łącznościowy, a przy okazji zakupić ziemniaki i nasiona do uprawy przy obozie, gdyż pobyt zapowiadał się dłuższy. Na jednej z ulic Samarkandy spotkali przeworskiego Żyda, przedwojennego dorożkarza Friedmana. Był tam razem z rodziną. Zdążył się już trochę zagospodarować. Dzięki niemu znaleźli dobrą kwaterę, źródło dobrego zaopatrzenia w żywność i bardzo dobrego przewodnika.


5 marca 1942 r. Władysław Lechowicz rozkazem Ośrodka Organizacyjnego Armii został odkomenderowany do Zapasowego Baonu Łączności, do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty. 27 marca 1942 r., ku zazdrości pozostałych w Guzarze kolegów, wraz ze szkołą wyruszył w dalszą podróż. W transporcie oprócz wojska jechał teatrzyk polowy, oddział Pomocniczej Służby Kobiet, liczne grono rodzin wojskowych i zorganizowana już Szkoła Junaków.


Do stacji w Krasnowodzku dotarli 29 marca 1942 r. Tu, na dzień przed wymarszem do odległego o około 5 km portu, wszyscy zostali poddani dezynfekcji odzieży i kąpieli polowej w łaźni ulokowanej w wagonach kolejowych. Otrzymali także żywność na dwa dni. Porcja ta składała się z puszki tuszonki, puszki kompotu i sucharów.


30 marca 1942 r. – załadunek na statek «Kaganowicz» dostosowany do przewozu ludzi. Odpływający statek długo na brzegu salutował smutno wyglądający pułkownik. Potem dopiero dowiedziano się, że był to pułkownik Berling. Na statku panowała straszliwa ciasnota. Warunki sanitarne były okropne. Padał deszcz, wiał wiatr. Rozkołysany na falach okręt spowodował u wielu nienawykłych ludzi chorobę morską.


Port w Pahlavi to był inny świat. Zaraz po zejściu na ląd wszyscy zostali poddani ponownej dezynfekcji – z obcięciem włosów włącznie – niezależnie od stopnia wojskowego, funkcji czy płci; zarówno wojskowi, jak i cywile. Stare ubrania zostały oblane benzyną i spalone. Byli bardzo dobrze przyjęci przez ludność cywilną. Bulwary, palmy, cyprysy, kwiaty – wszystko było tak rożne od tego, co jeszcze tak niedawno przeżywali w łagrach i więzieniach.


Czas kwarantanny to były ćwiczenia i nauka. Nie wszystkie organizmy były jednak tak silne. Dużo ludzi chorowało i umierało, czego widoczny ślad pozostał na miejscowym cmentarzu w postaci licznych polskich grobów. Dawało o sobie znać wyczerpanie, długotrwałe wcześniejsze niedożywienie i trudne warunki. Obozy przejściowe były pod zarządem angielskim, ale obsługiwane przez hinduskich lekarzy i pielęgniarzy. Bardzo troskliwie zajmowali się oni Polakami i ci odwzajemniali serdeczność.


W tymże obozie przejściowym wynikł pewien incydent z magazynowaniem żywności przez polską prowianturę, która z zaoszczędzonej żywności stworzyła rezerwę na «czarną godzinę». Robiono to w dobrej wierze z powodu doświadczenia głodu, który ludzie jeszcze niedawno przeżywali. Gdy się o tym dowiedzieli Anglicy, to polali wszystkie te skarby benzyną i spalili. W ich mniemaniu żołnierz ma dostać wszystko na czas we właściwej ilości i inaczej nie można prowadzić wojen.


4 kwietnia 1942 r. załadowano ich na potężne samochody ciężarowe i skierowano do Teheranu – stolicy Persji. Szkoła Podchorążych, w której uczył się Władysław Lechowicz, otrzymała kwatery na przedmieściach tego miasta. Persowie zachwycali i urzekali gościnnością i życzliwością w stosunku do Polaków.


O gościnności Persów Władysław Lechowicz miał się osobiście przekonać wraz z bratem Tadeuszem w dniu 16 kwietnia 1942 r. Przez prawie pół dnia zwiedzali Teheran i jego zabytki obwożeni przez perskiego taksówkarza. Taksówkarz ten nie tylko odmówił przyjęcia należnej mu zapłaty, ale jeszcze ich zaprosił do swojego domu na wystawną gościnę.


Następnego dnia, 17 kwietnia 1942 r. wojsko załadowało się do wagonów. Żegnała ich licznie zebrana ludność Teheranu. Wielu żołnierzy miało łzy w oczach. Właściwą przyczyną był nie tyle żal za pięknym miastem i jego gościnnymi mieszkańcami, ale to, że w dalszą drogę skład Pullmanów (rodzaj wagonów kolejowych) będzie ciągnęła lokomotywa z polskimi znakami i orłem na tendrze (tender to wagon specjalnej konstrukcji do przewozu węgla jadący zaraz za parowozem). Jadąc tym pociągiem czuli cząstkę dalekiej Ojczyzny. Pojawiały się oczywiście wspomnienia z kraju i myśli o najbliższych.


Jechali w kierunku Ahwazu. Już na początku drogi rozpętała się burza piaskowa, dając się wszystkim we znaki. W Ahwazie kwatery znajdowały się w znacznej odległości od miasta. Okres roku i rozległy, odkryty teren powodował tym dotkliwsze skutki wiania hamsinu. Do tego insekty, tropikalne owady, muchy różnego rodzaju, tarantule, czterdziestonóżki, skorpiony i najstraszniejsze czarne wdowy.


Zajęcia trzeba było dostosowywać do warunków – odbywały się od godz. 6 do 10 przed południem i od godz. 16 do 18 po południu. W czasie przerw obowiązywał surowy zakaz wychodzenia z namiotów. Mimo upałów, duszności i wielkich tych niedogodności nie można było korzystać z kąpieli w rzece Karun z powodu dużych ilości zawartych w jej wodach szkodliwych drobnoustrojów. Powodowały one owrzodzenia całego ciała, wyniszczenie narządów wewnętrznych, a w ślad za tym nawet utratę życia i to w wielkich męczarniach.


Ahwaz nęcił urokami Wschodu. U licznych sprzedawców jak i w maleńkich z pozoru sklepikach można było dostać wszystko, czego dusza zapragnie. Niewielkim kosztem można było się zabawić w malutkich kafejkach.


Upały, niezbyt dobrej jakości woda czy też niemyte owoce spowodowały epidemię czerwonki, na którą zapadł też Władysław Lechowicz. Stosowano powszechnie węgiel, ale nie bardzo on pomagał. Z dnia na dzień było gorzej, a chorych przybywało. Wtedy to polski lekarz (niestety, nie dysponuję jego nazwiskiem) zastosował dietę złożoną z kwaśnego mleka i postnych, gotowanych ziemniaków. Lekarze angielscy mający się za speców w leczeniu biegunek patrzyli z wielką nieufnością na te poczynania. Ale ten sposób okazał się zbawienny i chorzy szybko stawali na nogi.


9 maja 1942 r. Władysław Lechowicz opuścił Awhaz. Pociągiem podążył w kierunku portu Bandar-e Szahpur (obecnie Bandar-e Chomejni). Trasa różniła się od poprzednich. Widać było tereny pustyni skalistej, a spotkani mieszkańcy wyglądali inaczej niż w środkowej Persji. Mężczyźni i kobiety w dziwnych, szarych strojach, z wielkimi kolczykami w uszach i nosie oraz tatuażami i nacięciami na czole i policzkach.


Żołnierze załadowani zostali na luksusowy, angielski statek «Liverpool» przystosowany do przewozu wojska. Warunki socjalne, jak i wyżywienie były bardzo dobre. Można się było do woli kąpać. Statek był zabezpieczony przed atakami lotniczymi balonami zaporowymi. Posiadał uzbrojenie w postaci działek i karabinów maszynowych, jak też wyrzutni rakietowych. Wszystko było obsługiwane przez angielskie załogi doświadczonych wilków morskich.


Jako uczniowie Szkoły Podchorążych musieli świecić przykładem. Trzeba było uczyć się regulaminów, uczestniczyć w wykładach. Władysław Lechowicz wspominał po latach, że patrzyli z zazdrością na kolegów, którzy w tym czasie mogli swobodnie odpoczywać, spacerować po pokładzie czy oddawać się choćby grze w karty.


21 maja 1942 r. Władysław Lechowicz był już w Suezie. Po spożyciu obiadu załadowani zostali do pociągu i ruszyli w kierunku północnym. Podobnie jak w Persji, urzekały ich wspaniałe widoki mijane z okien wagonu. Pierwszy raz w życiu widział ogromne kaktusy i kwitnące bajecznymi kolorami oleandry, rozłożyste palmy, olbrzymie sady pomarańczowe i cytrynowe, Arabów i Arabki z dzbanami na głowach. Wieczorem w Kantarze była przeprawa przez kanał, potem krótki odpoczynek i suta kolacja, a następnie dalsza podróż do Palestyny.

 

Lechowicz Wladyslaw 1

 

Władysław Lechowicz. Zdjęcie zrobiono w Palestynie 20 października 1943 r.

 

Lechowicz Wladyslaw 2

 

Dedykacja na odwrotnej stronie zdjęcia 


22 maja 1942 r. w godzinach rannych dojechali do Rehovot, skąd samochodami 3 Batalionu Strzelców Karpackich dowieziono Szkołę Podchorążych do miejscowości Barbara, gdzie zostali rozlokowani.


Ciągła warta była koniecznością ze względu na zagrożenie napadami partyzantki arabskiej w celu kradzieży broni potrzebnej do rozgrywek z Żydami. Arabowie nie przebierali w środkach, niszczyli nowo zakładane drogie urządzenia doprowadzające wodę, wycinali kilkuletnie sady cytrynowe i pomarańczowe, palili domy, zabijając nawet mieszkańców. Partyzanckie oddziały żydowskie odpłacały zresztą tym samym.


Anglicy przyglądali się temu wszystkiemu kompletnie nie ingerując ani nie zajmując stanowiska. Dopóki sprawa nie dotyczyła ich, po prostu tolerowali ze spokojem taki stan rzeczy. Jak wielka była cena broni, niech świadczy fakt, że Arabowie byli zdolni wyrzynać wartowników. Z Anglikami chętnie wchodzili w różnego rodzaju układy. Byli zawsze chętni nielegalnie i za każdą cenę kupować broń, płacąc każdą ilość pieniędzy lub oferując swoje najpiękniejsze dziewczęta.


Załatwiając służbowe sprawy w Rehovot, Władysław Lechowicz spotkał rodaka, Józefa Obarzanowskiego z Mirocina, który powiedział, że w Brygadzie Karpackiej są jeszcze inni wspólni znajomi: Bolesław Nowakowski, Antoni Tyszarski oraz Stanisław Pieczko z Grzęski.


19 lipca 1942 r. był wraz z kolegami na przepustce w Tel-Awiwie. Było to już bardzo nowoczesne miasto żydowskie. W sklepach, restauracjach, a nawet na ulicy można się było dogadać po polsku. W obsłudze tychże pracowało dużo osób pochodzących z Polski i było się mile zaskoczonym, słysząc ojczystą mowę.


1 sierpnia 1942 r. był końcem żywota Szkoły Podchorążych. Młodszych, do lat trzydziestu, skierowano do dalszej nauki. Starsi zostali skierowani do jednostek wojskowych w swoich specjalnościach. Władysław Lechowicz miał już ukończone 33 lata, znalazł się więc w kompani łączności 3 Brygady Strzelców Karpackich stacjonującej na wzgórzu Hill 69. Spotkał tu wielu swoich kolegów szkolnych ze Lwowa, jak też i swojego szefa ze służby czynnej z pułku radiotelegraficznego. Pomogli oni, bez większych zgrzytów, wciągnąć się w codzienny wir życia Brygady Karpackiej.


Mimo dużej ilości zajęć było jeszcze na tyle czasu, aby zwiedzić miejsca święte. W tym celu były organizowane specjalne wycieczki z przewodnikami, przeważnie kapelanami wojskowymi.


Władysław Lechowicz wspominał potem, że inaczej sobie wyobrażał tę Ziemię Świętą. Raziła nie tylko jego, ale też wszystkich kolegów chciwość opiekujących się tymi świętymi miejscami, tak wyznania chrześcijańskiego, jak i muzułmańskiego – za wszystko słono kazali sobie płacić jak na ówczesne warunki.


W czasie ponownego pobytu w Jerozolimie zetknął się z kilkoma rodzinami żydowskimi polskiego pochodzenia, które wyemigrowały jeszcze przed wojną. Tęsknili za Przeworskiem, żałowali bardzo Polski. Była dla nich nie tylko Ojczyzną, ale też matką. Tam się przecież urodzili. Nie wrośli w nową rzeczywistość, nie wszystko tu im odpowiadało. Było inne.

 

U jednego z nich, Gersztena albo Herstmana, był na tradycyjnym szabasie. Wraz z żoną opowiadali historię swych przeżyć i dość licznej grupy przeworskich emigrantów w tej wymarzonej przez nich Ojczyźnie, do której zmierzali na ochotnika. Większość z nich nie pracowała w swoich zawodach. Jeśli miała jakieś zasoby pieniężne i to w dolarach, to radzili sobie. Jeśli nie mieli pieniędzy, to pracowali w Kibucach – pewnego rodzaju spółdzielni produkcyjnych, gdzie wykonywali prace, które im polecano i na które pozwalało zdrowie. Zdarzało się, że adwokaci czy lekarze, jak Landan czy Kleiman, byli ogrodnikami czy hodowcami królików. Silniejsi pracowali na roli. Z tym, że mechanizacja była znacznie dalej rozwinięta niż w owym okresie w naszej części Europy. Pracowali przy zakładaniu i pielęgnacji sadów pomarańczowych i cytrynowych. Znaczna ilość mężczyzn zatrudniona była przy załadunku i wyładunku towarów oraz w dość dobrze rozwiniętym już w owym okresie u Żydów transporcie samochodowym. W Jaffie odwiedził trochę starszego od niego wiekiem, także przeworszczanina, Rudolfa Szuldenfreja, syna byłego właściciela młyna na tzw. Mokrzance.


Wspomnienia Władysława Lechowicza opracowała Danuta Wielgosz

 

CZYTAJ TAKŻE:

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: Z PRZEWORSKA DO SOWIECKICH ŁAGRÓW

 

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1