Artykuły
  • Register

Lechowicz Wladyslaw 1

Władysław Lechowicz, syn Wincentego i Marii, urodzony 17 czerwca 1909 r. w Przeworsku. O tym, że losy rzucą Go w daleką, długoletnią tułaczkę, nigdy mu się nawet śniło, mimo że w młodości marzył o poznawaniu nieznanych, obcych krain.

 

Stało się to faktem za przyczyną bratowej, która 19 lutego 1940 r. zjawiła się niespodziewanie w Przeworsku. Wiadomości przez nią przywiezione z Warszawy, gdzie stale mieszkała, nie były najlepsze dla całej rodziny. Starszy brat (Tadeusz Lechowicz – red.), od którego od dłuższego czasu nie było żadnych wieści, jakimś cudem zawiadomił, że leży chory w szpitalu obozowym dla wojennoplennych w Radziwiłłowie koło Brodów i bardzo prosi o pomoc.

 

CZYTAJ TAKŻE: BYŁ ON BRATEM MOJEGO DZIADKA

 

Wiedziony braterskim uczuciem Władysław Lechowicz pozostawił żonę z dziećmi na łasce losu i poszedł w nieznane. W tym momencie myślał jedynie o tym, by ratować brata. Granicę przekroczył tej samej nocy w Muninie. Kierował się na stację kolejową w Surochowie, a dalej na Lwów. Okoliczności sprawiły, że poszedł jednak w kierunku Rawy Ruskiej. Zmęczony i wyczerpany przysnął gdzieś osłonięty od śniegu. Nie zdawał sobie sprawy, że za nim już ruszył pościg. Idąc zapewne po śladach pochwycono go na przedmieściach Rawy Ruskiej. Po wstępnym przesłuchaniu w miejscowej komendanturze został odesłany do Przemyśla. Trafił do niewielkiej celi, gdzie panowała niesamowita ciasnota. Już pierwsze przesłuchania utwierdziły Go w przekonaniu, że wolności to szybko nie zobaczy. Ciążył na nim zarzut nie tylko nielegalnego przekroczenia granicy, ale i szpiegostwa. Przesłuchania, wyżywienie i wszystkie okoliczności doprowadziły Go do złego stanu. Był słaby i słaniał się na nogach.


Przed Świętami Wielkanocnymi Władysława Lechowicza zapakowano do transportu do wagonów towarowych i z wieloma innymi więźniami przewieziono poprzez Lwów i Kamieniec Podolski do Dniepropietrowska. Przybyli tam w Wielką Sobotę. Po załatwieniu formalności ewidencyjnych otrzymali posiłek. Władysław trafił do celi nr 10. Spotkał tam Władysława Nowaka (brat Klemensa Nowaka – przyp. aut.) z Przeworska – mieszkańca Sieniawy. W celi nieco bardziej «komfortowej» niż w Przemyślu było łącznie 40 osób. Większość z nich to byli ludzie w średnim wieku, raczej dobrze ubrani i tytułujący się często «panie mecenasie, panie doktorze, panie profesorze». Toczyli między sobą naukowe dyskusje, które prędzej czy później i tak kończyły się na temacie jedzenia.


Na przesłuchania więźniów dowożono specjalnymi samochodami, a pomiędzy nimi były spacery, tzw. prochodki. Na jednym z takich przesłuchań Władysława Lechowicza pytano m.in. o to, czy zna Władysława Porębnego z Przeworska. Po jednym z przesłuchań wyrzucono Go przez okno – nie zabił się tylko dlatego, że pod oknami leżały jakieś śmieci, odpady. Miał jednak powybijane zęby.

 

 

W końcu sierpnia 1940 r. ogłoszono wyroki równocześnie dla wszystkich więźniów – po trzy, pięć i osiem lat. Władysław Lechowicz dostał ten najwyższy wyrok jako oskarżony o szpiegostwo. Zaczął się ruch, odsyłano więźniów w różnych kierunkach do obozów pracy. Wraz z grupą podobnie osądzonych Polaków, ale też i Rosjan, został wysłany do obozu pracy przymusowej w okolicach Uchty (obecnie Republika Komi). Pracowali tam przy obsłudze starych kopalni naftowych lub przy wyrębie lasu.


W temat wyżywienia nie będę głębiej wchodzić, gdyż jest powszechnie znana. Jak wszędzie istniał «drugi obieg» żywności. To zjawisko podsunęło plan ucieczki. Władysław wymieniał na suchary wszystkie posiadane rzeczy, które przedstawiały sobą jakąkolwiek wartość. We trzech uciekli w tajgę. Jedynym ich planem było iść na południe. Po sześciu tygodniach wędrówki wygłodniały i chory został schwytany i odesłany do obozu, gdzie stanął przed sądem, który dołożył mu do ośmiu jeszcze trzy lata i jako uciekiniera przeniósł do obozu o zaostrzonym reżimie. I tak to znalazł się w karnym obozie nr 5 w Rudniku Asfaltytnym przy ciężkiej pracy w kopalni asfaltytu.


Asfaltyt to skrystalizowana ropa naftowa używana jako składnik lakierów samochodowych. Jej wartość w owym czasie – jak im mówiono – była bardzo wysoka i wynosiła 5 rubli w złocie za 1 kilogram. Była wtedy wydobywana w Związku Radzieckim i USA w niewielkich ilościach. Ciężka praca fizyczna, 50-stopniowe mrozy, noc polarna, zaspy śniegu ponad 2 metry, czasami porywiste wichury, buty ze starych opon samochodowych i ciągle towarzyszący głód. Wiosną i krótkim latem zamiast zimna pojawiała się inna udręka: maleńkie muszki, które oblepiały każdy nieosłonięty kawałek ciała. To, że przetrwał zawdzięcza opatrzności i temu, że udawało mu się trafić na dobrych ludzi.

 

CZYTAJ TAKŻE: WSPOMNIENIA ZYGMUNTA WIRPSZY Z WOŁYNIA, SYBERII I KAZACHSTANU

 

Po podpisaniu w lipcu 1941 r. Układu pomiędzy ZSRR a Polskim Rządem Emigracyjnym w Londynie, dla Polaków znajdujących się w sowieckich obozach i więzieniach, ogłoszono amnestię. Władysław Lechowicz dostał dokumenty i skromny prowiant na drogę w celu ochotniczego zgłoszenia się do Armii Polskiej w ZSRR. Jechali większą grupą. Najpierw transportem kolejowym do Archangielska, potem statkiem do Kotłasu, by znów koleją poprzez Kirów i Swierdłowsk dotrzeć do Czelabińska. Tutaj miał miejsce dwudniowy postój. Mógł odpocząć po męczącej podróży, podczas której dostał krwotoku żołądkowego wynikłego z ogólnego osłabienia. Opieką otoczyła Go lekarka pełniąca dyżur w stacyjnym punkcie sanitarnym. Wzięła Go do swojego mieszkania i dała na dalszą drogę ubranie i bieliznę po swoim mężu (dziadek nie pamiętał, a może nie chciał mówić, jak się nazywała). Jej mąż był lotnikiem i zginął na froncie.


Do Tockoje, gdzie organizowała się Armia Andersa, dotarł przez Ufę, Kujbyszew, Orenburg w późnych godzinach nocnych. Oczekując dnia przybywający na plac przed stacją Polacy opowiadali sobie wzajemnie swoje przeżycia. Rankiem stacja Tockoje wyglądała bardzo malowniczo. Powiewały flagi radzieckie, francuskie, angielskie, amerykańskie i polskie. Drogę do obozu wskazywali służbowi z opaskami biało-czerwonymi na ramionach. W bramie stał w granatowym mundurze z koalicyjnym pasem oficer policji. Obóz migotał tysiącem świateł palonych ognisk, przy których ogrzewali się podobnie ubrani i ogoleni ludzie z kociołkami do gotowania strawy.


19 września 1941 r. pomimo ogólnego wyczerpania, mizernego stanu zdrowia i ogólnej opuchlizny komisja wojskowa uznała Władysława Lechowicza za zdolnego do czynnej służby wojskowej. Przydzielony został do łączności w stopniu starszego szeregowca. Zakwaterowanie otrzymał bardzo dobre, bo w baraku drewnianym, nieopodal kuchni (co dawało czasem możliwość repety jak coś w kotle zostawało). Duża część ludzi mieszkała w namiotach. Trzeba pamiętać, że w owym czasie racje żołnierskie różniły się niewiele od racji więziennych i trzeba było wykonywać jeszcze rozmaite ćwiczenia i zajęcia. Wojsko dzieliło się żywnością i dokarmiało wówczas także osoby cywilne, które znajdowały się w ZSRR: kobiety, dzieci, osoby starsze niezdolne do służby i pracy zarobkowej.

 

 

21 września 1941 r. był dniem niezwykłym i radosnym – spotkał się z bratem Tadeuszem, do którego szedł z pomocą przez granicę w lutym 1940 r. Podczas mszy polowej rozpoznał go z daleka, od tyłu, po sylwetce, ruchach, a najbardziej po uszach, wśród tysięcy innych umundurowanych ludzi.


Władysław Lechowicz wspominał także o innych swoich rodakach, którzy wg jego wiedzy przybyli do Wojska Polskiego z różnych stron ZSRR. Byli to:


Z miasta Przeworska: Jan Jurkiewicz, Tadeusz Stopa, Franciszek Majewski, Józef Pieniążek, dwie siostry Rzepówny.


Z okolicznych wsi przeworskich: Stefan Stafiej i Jan Wojtas z Gorliczyny, Andrzej Bożek, Franciszek Broniewski i Chruściel z Gniewczyny, Józef Ostrzywilk z Mirocina, Antoni Pieczko z Grzęski, Józef Uberman, Franciszek Kijanka i Grzybowski z Dębowa. Stańko z Gaci, Piłat z Markowej. Wincenty Szular z Mackówki, Michał Szczepanski, Stanisław Rymarz i Nosek z Urzejowic, Jan Lichtarski z Manasterza, Jan Wilk z Sieteczy, Jan Czeszyk, Andrzej Boniowski z Głogowca, Marcin Czeszyk z Tryńczy, Jan Cebulak z Gorzyc, Józef Chmura z Siedleczki, Józef Płachta z Kańczugi.


Na pewno byli tam jeszcze inni ludzie z Przeworska i okolic, ale ich nazwisk dziadek nie zapamiętał, ani nie zapisał. Wspomnieć należy jeszcze Józefa Ubermana z Dębowa, który pracował w obsłudze piekarni. Jego przełożeni to byli porucznik Romanowski, Bugajski, Bałusz.


Poza normalnymi ćwiczeniami i nauką regulaminów wojskowych trzeba było zabezpieczyć opał na potrzeby kuchni i ogrzania baraków i namiotów. Opał był noszony na plecach z pobliskiego lasu. Wodę pitną wożono beczkami. Opady śniegu bardzo utrudniały te zadania. Ludzie odmrażali sobie nogi i ręce, chorowali. Organizmy w większości mieli jednak wycieńczone.


12 grudnia 1941 r., w śniegu powyżej kostek, odbyła się defilada z okazji przyjazdu Naczelnego Wodza, generała Sikorskiego. Towarzyszył mu generał Żukow – późniejszy marszałek. Szli jeszcze w radzieckich butach z parcianymi cholewami i czapkach futrzanych z blaszanym orłem. Mundury i płaszcze były angielskie, a na rękach zamiast rękawiczek – skarpety. Wynikało to z trudności znalezienia wśród tysięcy bali (zwojów) z odzieżą, które przywieziono z Murmańska, bali z rękawiczkami. W czasie pobytu generała Sikorskiego były zachowywane szczególne środki bezpieczeństwa. Po przyjeździe generał zarządził także przerwanie ćwiczeń wojskowych w związku z mrozami dochodzącymi do –50 stopni Celsjusza. Wojsko chodziło tylko do lasu po drzewo, gdyż trzeba było ciągle palić w blaszanych piecykach, w dzień i w nocy, aby nie zamarznąć. Najgorzej przeżywali to żołnierze, którzy mieszkali w namiotach. Były one częściowo wkopane w ziemię. Na płótnie od wewnątrz osiadał szron i odpadał czasem płatami na legowiska mocząc i tak wilgotne od ludzkich wydechów koce.

 

 

Święta Bożego Narodzenia spędzane wśród rodaków urozmaicały z jednej strony monotonię trudnego życia, a z drugiej potęgowały tęsknotę za rodziną. W Wigilię Władysław Lechowicz spotkał się z majorem Banaszakiem, dowódcą zapasowego baonu łączności. Znali się jeszcze sprzed wojny. Major poinformował go o przekazaniu przez Czerwony Krzyż wiadomości rodzinie do Przeworska.


W międzyczasie docierały następne sorty mundurowe. Wojsko w końcu było umundurowane od stóp do głów. Wszyscy bardzo cieszyli się z bielizny wełnianej i swetrów, bo pomagały przetrwać coraz to większe mrozy. Czas wolny poświęcano na pogłębianie wiedzy wojskowej i ogólnej. Z braku wystarczającej ilości literatury czytano na głos. Uczono także pisać analfabetów. Inicjatywa baraku zyskała aprobatę dowództwa i polecono organizować podobne kursy we wszystkich jednostkach w Tockoje.


W pierwszej dekadzie stycznia 1942 r. Władysław Lechowicz został wezwany przez dowództwo do złożenia egzaminu weryfikacyjnego przewidzianego przez zwierzchników na kandydata do szkoły podchorążych. Egzamin zdał na piątkę. Z jego punktu widzenia nie był to egzamin szczególnie trudny. Wymagał na pewno średniego teoretycznego przygotowania i pewnego oczytania w literaturze. Będąc w Ośrodku Organizacyjnym Armii dowiedział się o przewidzianym wyjeździe polskich oddziałów w okolice Taszkientu.

 

Wspomnienia Władysława Lechowicza opracowała Danuta Wielgosz

 

CZYTAJ TAKŻE:

CYPRIAN LIBERA. POZOSTAŁ PO NIM PAMIĘTNIK

W OJCZYSTE STRONY

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1