Artykuły
  • Register

«Show Must Go On» – śpiewał kiedyś śp. Freddie Mercury. Nasze «show-dyktando» trwa już czwarty rok. I znowu w tym roku było prawdziwym «á la świętem języka polskiego».

Świetna organizacja, doniosła atmosfera (!). Pomysł sam w sobie – dobry. Wymaga jedynie odpowiedniego prowadzącego, który umie zainteresować publikę, ma chęci i wizję, jak to ma wyglądać i czemu ma służyć oraz kto i gdzie ma być odbiorcą. Celem imprezy jest promocja polskiej kultury nie tylko wśród Polaków za granicą, ale także wśród Ukraińców, w ich kraju. Oczywiście bez protekcjonalności, z szacunkiem dla zaangażowanych i uprzejmością. Dobrze przecież jest spotkać się raz na rok, na wiosnę i wspólnie podjąć wyzwanie napisania wyszukanego tekstu po polsku. Bez stresu, bez przymusu, z dystansem, ze sportową postawą. Miło mi tak na moim polskim sercu, kiedy obcokrajowiec-śmiałek zechce sam z siebie napisać coś w moim karkołomnym języku.

Goście zjechali się do Łucka z dwóch obwodów. Uczniowie i wychowawcy poświęcili swój czas, a poniekąd polscy podatnicy swoje fundusze. Nie warto było marnotrawić potencjału – około 200 chętnych, z których na wyniki doczekało się może 70. Nie dziwimy się – tego dnia wreszcie zrobiło się ciepło.

Oficjalna godzina podana przez organizatorów dyktanda na Ukrainie to 12.00, ale w nieujawnionych przez miejscowego koordynatora okolicznościach w Łucku została ona przesunięta na 11.00. Nieśmiało zadzwoniłam z drogi powiadamiając, że to przecież nic nie szkodzi, że o nas zapomnieli. Zdarza się przy masowej imprezie. Przyjedziemy jednak 15 min. później. W odpowiedzi, jak uczniak otrzymałam naganę za spóźnienie słysząc, że tylko na nas czeka już 200 osób i pan konsul, a my nie umiemy dojechać na czas. Połajana przez nieznaną mi osobiście kobietę z nostalgią przypomniałam sobie czasy liceum, kiedy miałam 16 lat. No nic – nerwy, nerwy, nerwy – jak to przed «show».

Tymczasem «święto języka polskiego» zaczęło się bez nas. Wpadłam spocona z grupą na korytarz czując zażenowanie, jakbym weszła na lekcję po dzwonku. Zakłopotana zaczęłam wyjaśniać sytuację. Zostałam jednak uciszona, bo za drzwiami trwało przecież pisanie. «Nasza grupa otrzymała osobną ekstra-klasę i ekstra-dyktującego» – wyjaśniłam dzieciom. Jakoś wybrnęliśmy z opresji… Nakarmieni (pizza) i napojeni (sok) doczekaliśmy z mieszanymi uczuciami do ogłoszenia rezultatów. Rozpoczęło się uroczyste (!) ogłoszenie rezultatów. Pompatycznemu (!) wręczaniu dyplomów i nagród towarzyszyły, co prawda nieporozumienia, ale przecież to sami swoi, a nie Eurowizja. Na szczęście najstarszy uczestnik z pobłażaniem wycofał się ze sceny idąc po nagrodę, gdy został powiadomiony, że to jednak nie jego kolej. Jak na «show» przystoi były też nieoczekiwane zwroty akcji. Spośród wszystkich piszących jako pierwszy został wezwany na scenę po dyplom mój uczeń, którego nie było. «A to farciarz» – myślę sobie! Kombinował, kombinował jakby tu się wymigać, a dyplom dostał pierwszy z 200 piszących! Jak mama zapyta – to dyplom jest! Jakie tam «show-dyktando»?! «Ekstrasensy» przy tym nic! Wśród wyróżnionych – znaleźli się wszyscy – nawet ci, których fizycznie z nami nie było (z powodu braku miejsc)! Dzieci ze zdumieniem patrzyły na dyplomy dla nieobecnych. Wytłumaczyłam im, że oni byli z nami… duchem! No i było też wesoło. «Tarde venientibus ossa (spóźnionym zostają kości)» – przypomniałam sobie i zachichotałam w sercu. A kto pamięta z łaciny «absens carens»? (nieobecny traci) – niech zapomni na wieki! Gdy już się pośmialiśmy i zrelaksowaliśmy – okazało się, że Nastia nie ma dyplomu. «Przykro mi» – mówię. «Nic się nie stało, przynajmniej pospacerowałam po Łucku» – odpowiedziała.

Pomyłki się zdarzają. W zeszłym roku zdarzyły się nawet na wręczeniu Oskarów. Na naszym dyktandzie miejsce podziękowań, ciepłych słów pod adresem przybyłych, zajęło załatwianie formalności wprost ze sceny. Najpierw pokwitowania za nagrody – a potem uścisk dłoni. Niemieckie «Ordnung muss sein» (porządek musi być) – stało się niespodziewanie «tańszym odpowiednikiem» polskiej gościnności. Protokół dyplomatyczny nie obowiązuje szeregowych nauczycieli, a imprezy polonijne to przecież nie Wersal, właściwy raczej dla kultury i języka francuskiego. Ostatnim akcentem było pytanie mojego ucznia. Kiedy «ceremonia» wręczania dyplomów dobiegała końca Dima, najwyraźniej zagubiony w porządku imprezy, zapytał: «Pani Ewo, a kiedy rezultaty?» «Rezultaty? – pomyślałam – właśnie już mamy…»

Jeżeli takim dyktandem zachęciliśmy ukraińskie dzieci do pisania po polsku, pokazaliśmy, że umiemy uczyć w sposób ciekawy i inspirujący, zorganizowaliśmy ciekawą sobotę zmęczonym szkołą i nauką dzieciom i nauczycielom, to osiągnęliśmy super rezultaty. W Łucku pisało w moim ojczystym języku 198 ukraińskich dzieci (jak deklaruje organizator). Nie musiały tego robić. Przynajmniej z moich uczniów pojechali tylko ci, którzy chcieli. Jeżeli choć 50 % z nich spodobała się polska ortografia oraz atmosfera «święta» i z chęcią przyjadą za rok – to gratuluję.

Wizerunek, jaki sobie budujemy i styl, z jakim to robimy będzie się kojarzył odbiorcom nie tylko z konkretnymi osobami, ale też wpłynie na odbiór przez nich całej polskiej kultury. Dostaliśmy pieniądze na duży, ciekawy projekt. Jako Polonia powinniśmy świadomie konsumować z nich każdą złotówkę – ja w tym roku skonsumowałam pizzę i sok. I tylko to chcę zapamiętać.

Ewa MAŃKOWSKA,
nauczyciel języka polskiego jako obcego,
Ukraińsko-Polski Sojusz imienia Tomasza Padury

CZYTAJ TAKŻE:

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: 10 lAT HISTORII

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: ODWILŻ

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: CZAS ZEMSTY

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: DOMNIEMANY BANDEROWIEC

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: NIEWIDZIALNE GRANICE

STOSUNKI RÓWIEŃSKO-POLSKIE: KTO TY JESTEŚ? POLAK STARY

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1