Artykuły
  • Register

VSlapchuk

Wasyl Słapczuk jest uważany za jednego z najlepszych współczesnych literatów Ukrainy. Obecnie jest laureatem wielu nagród wręczanych najlepszym pisarzom naszego kraju, w tym też laureatem Narodowej Nagrody Ukrainy imienia Tarasa Szewczenki i Zasłużonym Artystą Ukrainy. Niedawno osiągnął sukces również w dziedzinie nauki, gdyż obronił pracę doktorską z literatury. Dzisiaj Wasyl Słapczuk jest gościem «Monitora Wołyńskiego».

«Sześćdziesiątnicy to szereg postaci, które są wzorem dla wszystkich pragnących się doskonalić …»

Tematem Pana pracy doktorskiej był «Narodowy obraz świata w twórczości poetów sześćdziesiątników (Mykoła Wingranowski i Andrij Wozneseński)». Z czym jest związane zainteresowanie tym właśnie tematem?

– Według mnie, zjawisko sześćdziesiątnictwa w literaturze ukraińskiej ubiegłego wieku  jest niemal bez precedensu. Mówię niemal, ponieważ był jeszcze okres lat 20.–30., nazywany teraz Rozstrzelanym Odrodzeniem. W obu przypadkach mamy zjawiska unikalne. Szczytowe osiągnięcia ukraińskiego piśmiennictwa są związane właśnie z tymi okresami w literaturze. Wybór tematu w pewnym stopniu był zarówno przypadkowy, jak i naturalny. Nie zauważyłem, jak do tego doszedłem. Najpierw do decyzji napisania pracy naukowej, później zaś do samego tematu. Dla mnie sześćdziesiątnicy to szereg postaci, które są wzorem dla wszystkich pragnących się doskonalić.

Czy słuszne jest twierdzenie, że gdyby nie obrażenia, które Pan odniósł podczas wojny w Afganistanie, toby Ukraina nie miała pisarza Wasyla Słapczuka?

– Trudno mi to oceniać. Podobnie jak komukolwiek. Tylko Bogu są znane możliwe drogi naszego życia. Możemy przypuszczać, rozwijać hipotezy, wyobrażać sobie, ale w tym zajęciu sensu jest nie więcej niż w dziecięcej zabawie. Z drugiej strony, nasze decyzje podejmowane w czasie obecnym wynikają z naszych poprzednich doświadczeń. Zastanawiając się nad przeszłością, analizując słuszność naszych przeszłych czynów, nieuchronnie uwzględniamy i następnie rozważamy ówczesne alternatywy rozwoju wydarzeń. Oczywiście, nie wszyscy, kogo kula trafiła w kręgosłup, stali się pisarzami. Co więcej, praktycznie wszyscy pisarze zostali mistrzami słowa, pomijając tę nieprzyjemną procedurę. Dlatego nie chciałbym dawać jakiejś jednoznacznej odpowiedzi.

«Podejrzewam, że w milczeniu jest więcej sensu niż w słowach…»

Temat wojny był szczególnie ważny dla Pana książek debiutanckich «Jak długo ta wojna trwała», «Niema kukułka» i powieści «Klątwa». Obecnie interesuje się Pan kwestiami miłości, wieczności, ludzkiej egzystencji. Proszę opowiedzieć o własnej ewolucji literackiej, skąd Pan czerpie natchnienie do twórczej niepowtarzalności, przecież trudno jest pozostawać oryginalnym po wydaniu około trzydziestu książek.

– Historia mojej twórczej ewolucji jest znacznie krótsza od  przemówienia Czeburaszki (ze znanego filmu rysunkowego) po zakończeniu budowy: „Budowaliśmy, budowaliśmy i w końcu – wybudowaliśmy”. Podobnie ja, z tą różnicą, że pisałem, pisałem i nadal kontynuuję pisanie. To jak z paleniem. Nie myślę, że jestem od pisania uzależniony bardziej niż od jakiegoś innego swojego nałogu.  Podejrzewam, że w milczeniu jest więcej sensu niż w słowach. Ale czym innym jest milczenie, kiedy słowo już zostało wypowiedziane, a inną rzeczą jest, kiedy słowo ci się opiera. Jeśliby słowo nie stawiało żadnego oporu i nie wynikałaby potrzeba przezwyciężania siebie albo czegoś w sobie, albo też czegoś poza sobą, nie robiłbym tego, co robię.

Panie Wasylu, Pan już zdążył zasłynąć jako zdolny poeta i prozaik. Być może  czas najwyższy spróbować swoich sił w roli dramaturga?

– Być może powinienem. Jednak oprócz chęci spróbowania czegoś nowego, nic mnie do tego nie skłania. Proces twórczy rozpoczyna się od wewnętrznej motywacji, ale mnie osobiście tej motywacji nie zawsze wystarcza, powinny zaistnieć zewnętrzne zachęty i bodźce. Na przykład, zbiorek dla dzieci „Kromka chleba” napisałem na zlecenie wydawnictwa. A powieść „Ryba pod parasolem” leżała u mnie około dziesięciu lat, «urwana» na piątym rozdziale. Dopisałem ją dopiero wtedy, kiedy Mychajło Słaboszpycki zaproponował mi jej opublikowanie.

Krytyczny odbiór współczesnego procesu literackiego przedstawił Pan w swoich książkach «Lot mechanicznej kukułki nad własnym gniazdem» i «W oczekiwaniu na inkwizytora». Czy mógłby Pan określić jednym zdaniem stan literatury ukraińskiej w jej najbliższej przyszłości?

– Nie, nie mógłbym. I kilkoma też nie. Byłoby to nieodpowiedzialne. Problem jest zbyt wielowymiarowy, więc nie da się go zmieścić w jednym spektakularnym wyrazie. Mnie osobiście zawsze dziwił całkowity brak dyskursu będący jedną z cech  prowincjonalizmu. Kiedyś Orchan Pamuk, oceniając stan literatury tureckiej, powiedział, że w Turcji, jeśli nawet złapać strzałę zębami, nikogo to już nie zdziwi. W Ukrainie sytuacja jest jeszcze bardziej ponura. Spróbujmy wymienić chociażby jeden światowy bestseller, który zdobył popularność na naszych terenach. Albo wymienić ukraiński bestseller i określić geografię tego „fenomenalnego” zjawiska. Do niedawna zdawało się, że na Ukrainie bestseller literacki nie jest możliwy z zasady. Nie było nań zapotrzebowania. Jednak wydaje się, że obecnie sytuacja zmienia się na lepsze. Dowodem na to jest rezonans społeczny powieści Liny Kostenko, Wasyla Szklara i naszego wspólnego rodaka Wołodymyra Łysa.

Po narodzinach drugiego syna, Dmytryka, szczególne miejsce w Pana twórczości zajęło pisanie książek dla dzieci, ciekawe również są postacie dzieci w «dorosłej» prozie. Czy trudno ukazać psychologię, wewnętrzny stan dziecka?

– Jeśli mówić o procesie nazywanym twórczością, nie wiem, co jest trudne, a co jest łatwe. Wystarczy zabrać się do czegoś i to zrobić. A ocena należy do czytelników – dobrze to zrobione czy źle. Chyba w każdej mojej powieści jest postać dziecka. Dziecięca wizja świata wydaje mi się bardziej oryginalna. Zbytnio nie angażuję się w „pokazanie psychologii” dziecka. Interesuje mnie nie logika i motywacje dziecięcego myślenia, a jego paradoksalność i spontaniczność. Pewne semantyczne zmiany, które pozwalają wniknąć w głąb istoty rzeczy i pojęć. Dziecko nie jest jeszcze obciążone i ograniczone przez system wiedzy, stan jego bytu jest naturalny. Bardzo często w pytaniach dzieci znajdujemy więcej prawdy niż w odpowiedziach dorosłych.

 

«Problem tkwi nie tylko w «pomarańczowych» liderach, to nam zabrakło konsekwencji…»

Ironia, poniekąd zmieniająca się w sarkazm, to zwykły chwyt w Pana najnowszej twórczości. Szczególnie sarkastyczna jest książka «Nowiutki rower starych binokli», która, moim zdaniem, nie tylko podważa zasadność nazywania Pawła Tyczyny zdrajcą Ukrainy, lecz też obraca w popiół wszystkich, którzy mogliby naprawdę zdradzić swoje ideały. Tylko w taki sposób dzisiaj możemy odbierać ten świat?

– Ironia jest, to prawda, ale nie sarkazm. Ta ironia jest skierowana nie tylko na zewnątrz, ale w większości jest wewnętrzną – samoironią. I nie jest to żaden chwyt, tylko część światopoglądu. Ironia chroni od zastąpienia prawdziwego sztucznym, a żywego martwym. Zapewnia pewne wyeliminowanie odnośnie świata i siebie samego. To z kolei pozwala na stworzenie i utrzymywanie obiektywnego punktu widzenia. Ironia nie tylko pomaga uniknąć wstrząsów moralnych w trakcie zetknięcia się z tragizmem ludzkiego bytu, lecz także nie pozwala na znalezienie się się na przeciwległym biegunie – doprowadzeniu tego bytu do komedii i farsy.  Oczywiście, ironia to nie panaceum, to znaczy nie działa przez cały czas. Ona jest pozytywna i oddziałuje dopiero w stosownym czasie. Inaczej musiałaby być wyniszczająca. I nieuchronnie prowadziłaby do cynizmu. Odnośnie oczyszczania z win... Nie nazywałbym problemu tak stanowczo. Pańskie określenie obejmuje kategoryczność, podczas gdy „Nowiutki rower starych binokli” jest to tyko zachęta i motywacja do rozważań. Niewątpliwie, zdrada jest zjawiskiem negatywnym, szczególnie zdrada ideałów. Jednak zapał i gorliwość w wydawaniu wyroków nie powinny zastępować rzeczy oczywistych: są ideały Osamy bin Ladena, lecz też są ideały Matki Teresy... Tyczyna jest tu tylko metaforą. Jest to książka o Ukrainie i Ukraińcach, o nas wszystkich.

Pan, podobnie jak większość Ukraińców, był zwolennikiem Rewolucji Pomarańczowej pod koniec 2004 roku, jednak już w następnym roku nastąpiła desperacja odnośnie prawdziwej  narodowej przemiany. Pan nawet pisał: «Najgłębszą jamą emocjonalną w moim życiu był okres po Rewolucji Pomarańczowej, kiedy oczywiste  stało się to, że zmiany nie nastąpią. Jest to największa moja iluzja. I największe rozczarowanie. Był to najtrudniejszy okres mojego życia. Czułem się oszukany i wzgardzony. Straciłem wiarę. Pomarańczowi liderzy potrafili uczynić ze mną to, czego nie potrafiła wojna». Czy Pan obecnie interesuje się polityką?

– Interesuję się literaturą. Pragnę czytać utwory tylko utalentowanych autorów. Na byle jakie szkoda czasu. Jeszcze bardziej nie zasługują na uwagę politycy, o których da się tylko powiedzieć, że są niekompetentni. Albo bez skrupułów. Oczywiście, to uproszczenie. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, wracać do aspektów... Dlaczego miałbym o tym mówić? Wystarczy mi , że tutaj mieszkam. Daleki jestem od myśli, że jestem w stanie całkiem odciąć się od polityki i polityków, przenosząc na nich całą odpowiedzialność za nasze istnienie. Problem tkwi nie tylko w «pomarańczowych» liderach, to nam zabrakło konsekwencji. Po roku mielibyśmy ich odwołać w ten sam sposób, który przywiódł ich do władzy. Jednak problem polega na tym, że ludzie nie mogą spędzać całego swego życia manifestując na placach. Wierzę we wspaniałą przyszłość Ukrainy i wierzę, że ta przyszłość ma początek w teraźniejszości. I tworzą ją nie tylko politycy, lecz my wszyscy.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Niech Bóg obdarzy Pana zdrowiem i dalszym twórczym niepokojem.

– Nawzajem.

Rozmawiał Wiktor JARUCZYK
FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1