Artykuły
  • Register

22Chyba nikt nie wie o Łucku więcej, niż krajoznawca Waldemar Piasecki. Ale czy wszystko wiemy o tym wołyńskim kustoszu pamięci? Dziś Waldemar Piasecki odkrywa nam niektóre stronice swojego życia.

– Panie Waldemarze, nazywają Pana często patriarchą krajoznawstwa.

– A także akademikiem Starego Miasta. Dawno zajmuję się krajoznawstwem. Kiedy rozpoczynałem, to mało kto tym się w Łucku zajmował. Zajęcie to odziedziczyłem. Krajoznawstwem zajmował się mój dziadek po linii ojca, interesowała się nim moja mama, mimo woli i ja zacząłem się tym zajmować.

 

– Rodzina była polska?

 

– Mama pochodziła z rodziny mieszanej. Ojciec był Polakiem. Rodzina miała także słowackie korzenie. W ogóle ród Piaseckich prawdopodobnie wywodzi się ze Słowacji. Moi rodzice się rozeszli. Ojciec był w AK, później zginął na Majdanku.

 

– Badał Pan swoją genealogię?

 

– Znam swoich przodków do prapradziadków.

 

– Urodził się Pan w styczniu 1934 roku...

 

– Tak. W Dubrowicy (obecnie obwód rówieński). To pierwsze miejsce, gdzie pracowała mama. Ona była nauczycielką szkoły początkowej. Ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Ostrogu. Każdego lata jeździła do rodzimego Podwołoczyska. Lubiła jeździć różnymi drogami: zatrzymywała się u znajomych, których poznała pracując jako nauczycielka i obowiązkowo oglądała domy, cmentarze, bardzo lubiła oglądać dawne groby. Chyba dlatego ja się też interesuję właśnie cmentarzami. W Podwołoczysku, skąd pochodziła moja mama (obecnie obwód tarnopolski), był cmentarz, na którym pochowano rosyjskich żołnierzy z okresu I wojny światowej: rzędy grobów żołnierskich, groby sióstr-żałobnic, pielęgniarek. Czytać uczyłem się z epitafiów. Oficerskie groby były osobne, przeważnie wszystkie z epitafiami. Liczyć nauczyłem się na parowozach. Podwołoczysko to ostatnia stacja przed polsko-sowiecką granicą i tam zawsze było wiele różnych parowozów. Zawsze lubiłem na nie patrzeć.

 

Moja mama miała piękny głos, lubiła śpiewać, znała arie z różnych oper. Od dziecka słyszałem "Och Galina, och jedyna", która wykonywana była dla mnie jako kołysanka. Starsza siostra mamy Mania, przez jakiś czas śpiewała razem z Kruszelnicką. Druga siostra, też miała piękny głos. W rodzinie zawsze lubili śpiewać. Mama zawsze miała odpowiednie towarzystwo. Oni się zbierali, słuchali nagrań znanych wykonawców operowych, czytali albo grali odcinki z różnych utworów, na przykład Słowackiego, a inni musieli zgadnąć, z której części utworu ten fragment. My, dzieci, również brałyśmy w tym udział. Tak dawniej spędzano czas. Wokół mnie zawsze byli inteligentni ludzie.

 

– Faktycznie to oni Pana ukształtowali.

 

– Inaczej nie mogło być.

11

– Jakie było dzieciństwo podczas wojny?

– Mama wtedy była na Wołyniu. A mnie przed wojną w 1939 roku, przywieziono do Podwołoczyska. Pamiętam jak nisko leciał samolot, jak w Podwołoczysku pojawili się austriaccy uciekinierzy – Żydzi. Pamiętam polską milicję ludową z opaskami, pamiętam jak przyszli bolszewicy. Kiedy przygotowywano aresztowania członków Polskiej Partii Socjalistycznej, zapytali mojego wujka – kogo on zna. On odpowiedział: "Aresztujcie tych, którzy będą wychodzić w kapeluszach". Ale wszyscy wyszli w kapeluszach, miał przez to nieprzyjemności ze strony sowietów. Kiedy przez Podwołoczysko wywożono Polaków w wagonach towarowych, ludzie starali się im coś podać. Żeby miejscowi tego nie czynili, postawiono żołnierzy dla odpędzania ich, dopóki wagony stały. Wysłano mnie wtedy, żebym podał im czajnik z wodą. Czajnik postrzelono (strzelali nie do człowieka, a do tego, co on niesie), beret na głowie też kulą zaczepiło.

 

– Panie Waldemarze, pamięta Pan dzień, kiedy weszli Niemcy?

 

– Kiedy przyszli Niemcy, byłem już we wsi Menczyce pod Włodzimierzem z ciocią Julią. Mama była wtedy na seminarium w Łucku. Pamiętam niemieckie samoloty nad wsią i zestrzelone radzieckie. W okolicach naszej wsi pojawili się uciekinierzy, ktoś z miejscowych ich grabił. Wieczorem już dookoła była strzelanina. W pierwszym dniu gospodarzowi, u którego mieszkaliśmy, zabito syna. Pamiętam jak została ranna w rękę pracownica szkoły, która biegła dalej od drogi, trzymając na rękach moją młodszą siostrę. Mnie wysłano do cioci, aby ona zabrała siostrę i pomogła sąsiadce. Wtedy po raz drugi podczas wojny zostałem postrzelony w czapkę.

 

– Okres powojenny, kiedy żył Pan we Włodzimierzu, był ciekawy? Jakich ludzi spotkał Pan i kogo zapamiętał...

 

– Moją pierwszą nauczycielką była mama. Podczas okupacji chodziłem do szkoły we wsi, a już do czwartej klasy – poszedłem po wojnie we Włodzimierzu. W zabytkowym Włodzimierzu często odbywały się wykopy archeologiczne, na które nas jako uczniów często przyprowadzano. Z nauczycieli najwięcej pamiętam Nadiję Smykaluk i zbieracza dawnych rzeczy Wiaczesława Kowalskiego. Już po zakończeniu szkoły zdarzyło mi się spotkać z wybitnym znawcą Wołynia Ołeksandrem Cynkałowskim.

33

– Wiem, że pracował Pan w szkole artystycznej.

– Nie, uczyłem rysowania w zwykłej szkole. Ale przed tym studiowałem architekturę na Lwowskiej Politechnice. Potem studiowałem w Rosji, miałem specjalizację – historia sztuki. Kiedy przyjechałem do Łucka, pracowałem jako wykładowca historii sztuki. Interesowałem się zabytkami w mieście: przez kogo zbudowane, właściwości architektury, kto projektował. Tak zacząłem zajmować się krajoznawstwem.

 

– Jaka była Pana droga do Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu?

 

– Kiedy zmarła moja mama, poprosiłem księdza Ludwiga, żeby odprawił mszę. Zacząłem częściej chodzić do kościoła. Przy nim tworzyło się stowarzyszenie, jakoś mimo woli, dołączyłem się do jego działalności.

 

– Jakie miejsce zajmuje kultura polska i język polski w Pana życiu?

 

– Po polsku czytam i rozmawiam od dziecka. Mam półukraińską, półpolską bibliotekę. Uważam, że człowiek jest bogatszy, kiedy wychowany jest w dwóch-trzech kulturach. Interesują mnie utwory, które były w pańskich majątkach, polska inteligencja. Obecnie na prośbę jednego człowieka z Rzeszowa szukam informacji o członkach jego rodziny.

 

– Jest Pan stałym gościem archiwum wołyńskiego i "mostem pamięci". Chroni Pan tę pamięć w swoich badaniach, publikacjach, księgach.

 

– Obecnie przygotowywana jest do druku moja książka, w której znajdą się historyczne podróże po mieście i historie życiowe. Niestety na wszystko brakuje czasu. Mam koleżankę w pracy – Innę Abramiuk. Spodziewam się, że ona będzie kontynuowała moją pracę i wykorzysta wszystkie zebrane przeze mnie materiały, których ja nie potrafiłem wykorzystać.

 

– Otrzymał Pan nagrodę "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Jak Pan ocenia to odznaczenie?

 

– Zaznaczę tylko, że "rozhuśtało" to ukraińską stronę, która obecnie zastanawia się nad tym, żeby odznaczyć mnie różnymi nagrodami.

 

Rozmawiał Walenty WAKOLUK


FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1